Najnowsze informacje
anal pump

Odrobina radości

Świąteczna akcja „Tygodnika Płockiego” i firmy Provident – 100 gwiazdowych prezentów
Zdziwienie to była pierwsza reakcja, gdy stawaliśmy ze świątecznymi paczkami w drzwiach domów. Potem były szerokie uśmiechy, zwłaszcza u dzieci, i podziękowania. Były momenty ściskające za serce, gdy słyszeliśmy, że przywiezione przez nas paczki będą jedynymi prezentami, jakie dzieci dostaną pod choinkę.
Już po raz drugi wyruszyliśmy z paczkami w charytatywnej, świątecznej akcji „Tygodnika Płockiego” i firmy Provident. Mieliśmy więc już jakieś doświadczenia z ubiegłego roku, czego możemy spodziewać się u rodzin, które odwiedzamy. Mimo to były momenty, kiedy dorosłym mężczyznom zakręciła się łezka w oku.
To uczucie towarzyszyło nam w ubiegłym roku. Identycznie jak rok temu wyglądała też czerwona skoda kombi naszego redakcyjnego fotografa Darka Ossowskiego. Paczki po sufit wypełniły cały bagażnik i tylną kanapę. Nie zmienił się też aksamitny głos Krzysztofa Hołowczyca w nawigacji, który prowadził nas po drogach Mazowsza Płockiego. Za to zupełnie inna była aura. W tamtym roku brnęliśmy przez zaspy i zaśnieżone drogi. W tym prawdziwa zima jeszcze nie przyszła, ale i tak mieliśmy pewne obawy, czy uda nam się dotrzeć do każdego domu. Wynikały stąd, że przed naszą wyprawą kilka dni było deszczowych. Wiedzieliśmy, że nasze „punkty docelowe” raczej nie leżą przy głównych arteriach komunikacyjnych. Wielką niewiadomą było, czy gruntowe drogi zbytnio nie rozmiękły i da się nimi przejechać. Na szczęście nigdzie nie ugrzęźliśmy w błocie i dotarliśmy do wyznaczonych punktów. Chociaż trzeba przyznać, że skoda naszą blisko 200-kilometrową wyprawę odczuła w zawieszeniu. Bo drogi Mazowsza Płockiego, niezależnie, czy to wojewódzkie, powiatowe, czy gminne, wymagają jeszcze wiele pracy.
To nie jedyna refleksja z naszej wyprawy. Kolejna jest taka, że sporo matek samotnie wychowuje dzieci. Ale to wcale nie oznacza, że nie mają męża, a dzieci ojca. Ojcowie są, tyle tylko, że nie w domu, bo sytuacja zmusiła ich, żeby szukali pracy gdzieś w Polsce. I większość czasu spędzają w delegacjach albo na dojazdach do pracy. I jeszcze jedna obserwacja. Zobaczyliśmy, jak wygląda życie na popegeerowskiej wsi. Nie jest wesołe.

Mąż w delegacji

Naszą wyprawę rozpoczęliśmy od Brudzenia Dużego. Nie męczyliśmy „Hołka”, bo do Brudzenia łatwo trafić. Ale na miejscu okazało się, że znalezienie ulicy Długiej już nie jest takie proste. W miejscowym ośrodku zdrowia tylko jedna z lekarek potrafiła wskazać nam drogę. Widać, że Brudzeń się rozrasta.
Po dotarciu na miejsce najpierw powitało nas tradycyjne szczekanie psów. Ale potem w drzwiach pojawiła się pani Wioletta. Przywieźliśmy jej cztery paczki dla 12-letniej Oli, 9-letniej Alicji, 7-letniego Adama i 11-miesięcznego Antka. Ola była w szkole, więc nie mogła od razu zajrzeć do paczki. Momentalnie zrobili to Alicja i Adam, a Antek z ciekawością im się przyglądał będąc u mamy na rękach. Pani Wioletta pracuje w sklepie. Gdy idzie do pracy, Antek trafia do babci, a starsze dzieci muszą się wyszykować do szkoły i zostają na świetlicy. A mąż? – Mąż ma taką pracę, że jest wiecznie w delegacji – mówi pani Wioletta.
Na pożegnanie Adam chwali się, że zna już sporo liter, ale przyznaje, iż z wiązaniem butów ma jeszcze kłopoty.
Męża w permanentnej delegacji ma także pani Nina. Mieszka w jednym z bloków w Sierpcu razem z 15-letnią Pauliną, 12-letnią Olą, 5-letnim Sebastianem i 3-letnim Bartoszem. W mieszkaniu, które ma 48 m kw., udało się wygospodarować trzy pokoje. Jeden zajmują dziewczyny. Pani Nina mówi, że starsza po gimnazjum wybiera się do technikum budowlanego. Z kolei młodsza chce iść do gimnazjum PUL i w przyszłości zostać policjantką. – Wigilia będzie tradycyjna. Na pewno przyjedzie na nią mąż. Będą jakieś drobne prezenty, ale te paczki bardzo się przydadzą – mówi pani Nina.

Ludzka zazdrość

W Szumaniach Pustołach w gminie Zawidz trafiamy do domu państwa Anny i Bogdana. Pani Anna jest całkowicie zdziwiona naszą wizytą. Zaprasza nas do pachnącego nowością domu. – Przeprowadziliśmy się do niego trzy tygodnie temu – mówi.
Pan Bogdan pracuje w Płocku. Pani Anna nie może pracować. Opiekuje się 15-letnim synem Dawidem, który ma dziecięce porażenie mózgowe. Dawid nie mówi, nie chodzi, jest właściwie przykuty do łóżka. – Dotychczas mieszkaliśmy w stojącym obok drewnianym domku. Nie mieliśmy w nim łazienki z prawdziwego zdarzenia, Dawid właściwie nie miał pokoju. Teraz mamy zdecydowanie lepsze warunki. Jest normalna łazienka, mamy miejsce, żeby postawić sprzęt potrzebny przy pielęgnacji syna – mówi pani Anna. Kilka razy podczas naszej rozmowy idzie sprawdzić, co słychać u Dawida.
Przysłuchuje nam się 6-letnia Daria. – Pan Bóg dał nam jeszcze taką pociechę – mówi pani Anna. Daria, gdy tylko to możliwe, ląduje na kolanach u mamy. Chodzi do zerówki. – I są kłopoty z pisaniem literek. Ale kupiliśmy takie długopisy, które same będą pisać i chyba będzie dobrze – żartuje pani Anna.
Ma łzy w oczach, gdy opowiada, że są ludzie, którzy im zazdroszczą. – Wydaje im się, że my wszystko dostajemy od państwa, że żyjemy w Bóg wie jakich luksusach. A na dom wzięliśmy kredyt, który będziemy spłacać przez kilkanaście lat. Ale trzeba było to zrobić – mówi. Dodaje, że nikt nie zdaje sobie sprawy, ile nocy nie przespała, ile wypłakała łez, ile przeżyła przyjazdów karetek. – Niech przyjdą i pomieszkają z nami przez tydzień. Ciekawe, czy wtedy będą się chcieli zamienić – mówi.

Dużo dzieci w małych domach

W gminie Mochowo jedziemy do Adamowa. Gdy docieramy pod wskazany adres, stajemy przed niewielkim domkiem częściowo pomalowanym na zielono. W oczy rzuca się wiszące na dworze pranie. Wkrótce tajemnica domu się wyjaśnia. Pani Marzena opowiada, że jest to gliniany budynek. Jego część mąż ocieplił, ale jeszcze nie wszystko. Pani Marzena jest mamą szóstki dzieci: 12-letniej Natalii, 9-letniej Klaudii, 8-letniej Mai, 6-letniego Kacpra, 3-letniej Oliwii i 9-miesięcznego Przemka. Za dwa miesiące przybędzie kolejna latorośl. Będzie to chłopczyk, ale jeszcze imię nie zostało wybrane.
Cała rodzina ma do dyspozycji dwa pomieszczenia. W jednym jest przestronna kuchnia. W drugim szafa, piętrowe łóżko, łóżeczko dla malucha, wersalka. Gdy odwiedzamy panią Marzenę, starsze dzieci są w szkole. W domu jest Oliwia i Przemek. Zawstydzona Oliwia nie chce zbytnio pozować do zdjęcia, ale po pewnym czasie odzyskuje rezon i z dumą prezentuje pokolorowany przez siebie obrazek. – Dzieciaki uczą się dobrze. Najstarsza miała świadectwo z paskiem i bardzo lubi rysować – mówi z dumą pani Marzena. Wigilia najpierw będzie w domu. – Przy złączonych stołach jakoś się pomieścimy – mówi pani Marzena. Potem jest wyprawa do Ligowa do teściów. To wyprawa, bo dzieci trzeba zawieźć na dwie tury.
W Szumaniach (gm. Zawidz) trafiliśmy do pani Magdy. Z mężem i czwórką dzieci mieszkają w niewielkim drewnianym domu. Nie jest ich. Mieszkają tam na stancji. Mają do dyspozycji dwa pokoje. Gdy przekraczamy próg domu, do pani Magdy przytula się roczna Karolina, a po pokoju buszuje 4,5-letni Kuba. Za chwilę pojawiają się 10-letni Michał i 6,5-letni Karol, którzy wrócili ze szkoły. Gdy widzą paczki, szybko zrzucają plecaki i kurtki. Karol tak szybko, że kurtka ląduje na podłodze. Młodzieńcy są podekscytowani i nawet Karolina sprawdza, co jest w paczkach.
Pani Magda mówi, że przydałby się większy dom, ale to tylko marzenia. – Pracuje tylko mąż i ciężko nam związać koniec z końcem. Na razie musi być tak jak jest – mówi. Dodaje, że ciężko będzie o prezenty dla dzieci pod choinkę. Chyba że dostaną coś od dziadków.
Do państwa Sylwii i Piotra w Stanowie (gm. Bodzanów) trafiamy tylko i wyłącznie dzięki uprzejmości jednego z mieszkańców wsi, który podprowadził nas niemal pod sam dom. I znowu stajemy pod niewielkim domkiem, w którym mieszka dużo dzieci. Jest ich pięcioro: 13-letni Daniel, 11-letni Jakub, 9-letni Bartek, 5-letnia Milena i 2-letni Dominik. Pani Sylwia opowiada, że dom ma z 50 lat i należał do babci męża. Cała rodzina mieszka teraz w dwóch pokojach. Do domu zostało przyklejone jeszcze jedno pomieszczenie. Ale na razie to gołe pustaki.
Pani Sylwia mówi, że w domu rządzi Milena. Chociaż w naszej obecności jest bardzo zawstydzona. – Co prawda Mikołaj zagląda do dzieci, ale te paczki będą na pewno wspaniałym prezentem. Jest nam ciężko, ale musimy sobie radzić, nie poddajemy się. Najważniejsze, że wszyscy jesteśmy zdrowi i to jest powód do zadowolenia – mówi pani Sylwia.

Popegeerowska wieś

W Miłobędzynie (gm. Sierpc) i Majkach Małych (gm. Zawidz) mamy okazję przekonać się, jak wygląda życie w popegeerowskiej wsi. Pani Katarzyna mieszka w jednym z bloków należących kiedyś do PGR-u w Miłobędzynie. We wsi takich bloków jest kilka. Pani Katarzyna mieszka w jednym ze starszych. I od razu to widać. Klatka schodowa i elewacja chyba od momentu zbudowania domu nie były odnawiane. Ludzie radzą sobie jak mogą, chociażby wymieniając okna, ale i tak mieszkanie w takich warunkach jest trudne. – Dbamy o to, żeby w mieszkaniu był porządek. Ale przydałoby się np. wymienić podłogę. Jednak nie ma z czego. Mąż jest na bezrobociu, ja też nie pracuję – mówi pani Katarzyna.
Oprócz pani Katarzyny i jej męża w trzypokojowym mieszkaniu musi się znaleźć miejsce dla 15-letniej Weroniki, 14-letniego Patryka, 12-letniego Adriana, 9-letniej Dominiki, 5-letniego Dawida i czteromiesięcznej Agatki. I jeszcze dla teścia pani Katarzyny. Przy tak licznej rodzinie i braku pracy rzeczywiście trudno myśleć o remontowaniu mieszkania.
– Samo utrzymanie takiej rodziny jest trudne, bo np. dziennie potrzebujemy czterech bochenków chleba – mówi pani Katarzyna.
Gdy rozkładamy paczki, zajmują one sporą część dużego pokoju. Pani Katarzyna nie kryje radości. – Jestem zaskoczona. To wspaniały prezent. Dzieciaki na pewno będą zadowolone – mówi. Nie mogliśmy zobaczyć tego zadowolenia, bo starsze dzieci były w szkole, a Dawid spał. Nasza wizyta i małe zamieszanie nie wyrwała ze snu także Agatki. Mogliśmy tylko pooglądać wiszące na ścianie zdjęcia dzieci pani Katarzyny. Przy fotografii Patryka dumnie wisiał medal, który zdobył w szkole podstawowej z drużyną koszykówki.
W Majkach Małych nie trafiamy do bloku, tylko do popegeerowskiego domu. Już na pierwszy rzut oka widać, że dom lata świetności ma dawno za sobą. Stoi w pobliżu dwóch bloków, jest nieotynkowany, dach też nie jest pierwszej młodości. Pani Ewa z mężem wynajmuje go od Agencji Nieruchomości Rolnych. Pani Ewa jest matką siedmiorga dzieci. Czwórka jest już dorosła. Paczki zostawiamy dla tych najmłodszych, czyli 14-letniego Michała i 10-letniej Darii oraz dwójki wnucząt pani Ewy: rocznego Kacpra i czteromiesięcznej Mai. – Córka z mężem nie mają swojego mieszkania, więc mieszkają trochę u nas, trochę u teściów. A jakie mamy warunki, to panowie widzą. Palić trzeba w piecu, a jeszcze nie mamy decyzji, czy dostaniemy zapomogę na węgiel. Trzeba więc zbierać drzewo – mówi pani Ewa.
Dodaje, że tak naprawdę jej dzieci nigdy właściwie nie miały świątecznych paczek. Te, które przywieźliśmy, są pierwszymi.
Grzegorz Szkopek

100 gwiazdkowych prezentów
Akcję „100 gwiazdkowych prezentów” zaczęliśmy prawie dwa miesiące temu. Przez kilka tygodni drukowaliśmy specjalne kupony, na których rodzina, znajomi, sąsiedzi mogli wskazywać tych, którym taki świąteczny prezent szczególnie jest potrzebny. Jak rok temu, zgłoszeń było tak dużo, że moglibyśmy rozdać prawie dwa razy tyle prezentów. Ale niestety do dyspozycji było 100 paczek, sponsorowanych przez firmę Provident, a przygotowanych przez PSS „Zgoda”. Musieliśmy więc wybierać. Robiliśmy to naprawdę z ciężkim sercem. Zdecydowaliśmy, że głównym kryterium będzie liczba dzieci w rodzinie, i przede wszystkim paczki powędrują do rodzin wielodzietnych oraz dzieci niepełnosprawnych. W pozostałych przypadkach zdaliśmy się na ślepy los.

Zobacz kolejny artykuł

Zgubne ponęty trucizny alkoholowej

Niegdyś alkohol sprzedawano w karczmach i szynkach, produkowano w prywatnych gorzelniach i browarach. Czasami służył …