Najnowsze informacje
anal pump

Jak tu żyć

Z własnej woli nikt tam nie pójdzie mieszkać, bo to jeden z najgorszych płockich adresów. A jednak są takie sytuacje w życiu, kiedy nie ma innego wyjścia i jest dylemat, iść spać pod mostem, czy zabrać dzieci i mieszkać na Otolińskiej 23. Każda osoba, która z różnych powodów godzi się na przydział do tego bloku, obiecuje sobie, że to na krótko, ale nigdy nie jest na krótko. Zostają tu na całe lata.
Na parterze budynku przy ul. Otolińskiej 23 jest kilka mieszkań z łazienkami i kuchniami, to lokale kwaterunkowe. Od I piętra mieszkania mają wspólne łazienki. Lokatorzy płacą czynsz podstawowy w wysokości około 300 zł, do tego dochodzą opłaty za media. W niektórych lokalach energia elektryczna jest na doładowanie, co oznacza, że trzeba najpierw zapłacić za prąd, a potem dostać tyle światła, za ile się wykupi.
Lokatorzy uważają, że najbardziej niesprawiedliwa jest opłata za wodę, zwłaszcza ciepłą. Bo w tym budynku woda to coś, co stale sączy się po rurach albo rozlewa po mieszkaniach, bo gdzieś jest nieszczelność. Doczekanie się ciepłej wody w kranie czasem jest niemożliwe, płaci się jak za ciepłą, a leci tylko zimna.
W lokalach mieszkają przede wszystkim rodziny, bywa że są to dzieci tych, którzy przed laty dostali przydział. Rodzice zdołali wyrwać się z tego budynku, dzieci zostały. A dziecko mieszkające przy Otolińskiej 23 także w szkole traktowane jest jak gorsze. Oczywiście jeśli do szkoły chodzi, bo nie dla wszystkich nauka to coś ważnego w życiu.
W budynku jest sporo lokali pustych, jedni odchodzą, dokwaterowują nowych. Najtrudniej jest tu rodzinom z dziećmi, bo maluchy, widząc na co dzień burdy, alkoholowe libacje, przeraźliwie brudne korytarze, wulgarne słowa, szybko się demoralizują, wpadają w złe towarzystwo, nie widząc alternatywy na lepsze życie. Do tego dochodzą kradzieże, dewastacja i robactwo, które opanowało cały budynek. Jak tu żyć, jak wychowywać dzieci?
Po budynku chodzą plotki, że jest on dawno sprzedany, inni mówią, że został przeznaczony do rozbiórki, a administracja czeka tylko na to, by wszyscy stąd uciekli. Dlatego nie ma żadnych remontów, żadnych inwestycji, by poprawić warunki lokatorom. Nie można się nawet doprosić o zmianę lokalu na pustostan, by odrobinę lepiej mieszkać. Wszyscy są skazani na niewygody dlatego, by szybciej opuścili ten mający złą opinię w mieście budynek.
Rzeczywiście strach jest wejść do bloku, strach przejść przez korytarz, zapukać do drzwi, za którymi czeka ktoś umówiony na rozmowę. A może to nie ten lokal, a może krzyki, które słychać na całym korytarzu pochodzą zza tych drzwi? A może ten wyjątkowo odpychający mężczyzna idzie do tego mieszkania? Z ogromnym niepokojem pukamy do drzwi.
Państwo Kowalscy (nazwisko zmienione) wprowadzili się na Otolińską 10 lat temu. Była to wówczas rodzina 9-osobowa, w tym 7 dzieci, troje z nich z orzeczoną grupą inwalidzką. Wcześniej mieszkali w starym budownictwie na ul. Kolegialnej. Mieszkanie się spaliło, a na remont nie było ich stać. Jeśli do tego dodać chorującą na gruźlicę panią Kowalską, to od razu wiadomo, że mieszkanie było zadłużone, a oni zostali na łasce władz miasta. Starali się o lokal w Radziwiu, potem obiecywano im na ul. Szarych Szeregów, wreszcie trafili na Otolińską. – Od razu wiedziałam, że to dla nas najgorsze rozwiązanie, ale tu przynajmniej była łazienka z ciepłą wodą, a dla moich dzieci, zwłaszcza tych chorych, to konieczność – tłumaczy.
W lokalu, który odwiedziliśmy, wiatr hula swobodnie. Na parapecie leży gruby koc, który częściowo zatrzymuje zimne powietrze. Wilgoć aż przenika, ściany są czarne, grzyb wyłazi ze wszystkich kątów. Patrzymy w górę, czy na głowę nie spadną nam z sufitu kasetony. Chyba tylko na nich trzyma się lokal na I piętrze. Po kilku zalaniach przez deszcz, płynący do mieszkania przez szpary w oknach, wszystko jest do wymiany. A na remont rodziny Kowalskich nie stać.
Dziś 37,5 m kw. zajmują trzy osoby dorosłe i 8 dzieci. – Rozwiedliśmy się z mężem, ale mieszkamy razem, teraz są tu trzy rodziny, bo jest też najstarsza córka z dzieckiem – wylicza pani Kowalska. – Jak możemy tu mieszkać? A jakie mamy inne wyjście. Tyle razy byliśmy w Urzędzie i nic. Pisaliśmy też pisma, ale chyba nikt tego nie czyta. Nikt się nami nie przejmuje.
Budynek jest w fatalnym stanie technicznym, dodatkowo jest zarobaczony. Co kilka miesięcy ci, którym to przeszkadza, przeprowadzają odrobaczanie. Inaczej nie dałoby się żyć, bo te szkodniki nie tylko włażą do jedzenia, do ubrania, ale także do urządzeń elektrycznych, niszcząc je. Bywało, że mieszkańcy musieli wymienić pralkę lub lodówkę, bo nie nadawała się do użytku. – I komu ja mam się poskarżyć, do kogo iść po pomoc? Przecież panie z administracji nawet nie chcą tu przychodzić – mówi. – Boją się. A jak już zrobię jakiś mały remont albo coś wymienię i chcę zwrot wydatków, to oczywiście nikt nie chce ze mną rozmawiać. Oni mogą dać nam tylko 10 litrów farby na pomalowanie sufitu, to cała pomoc i rekompensata kosztów remontu.
Pani Kowalska, pokazując swoje mieszkanie, czarne od rdzy, cieknące rury w łazience, upychane wszędzie wilgotne rzeczy, zarwaną podłogę, nierówny sufit, tłumaczy swoją filozofię życiową. – Tu trzeba nauczyć się żyć, trzeba umieć mieszkać. Inaczej szybko człowiek zostanie zdeptany, zniszczony przez sąsiadów. A zniszczyć jest łatwo, wystarczy iść do kuratora czy opieki społecznej i powiedzieć, że w rodzinie źle się dzieje. Z takim donosem nie ma żartów, miesiącami potem trzeba udowadniać, że człowiek w miarę swoich możliwości robi co może, by nie zabierali dzieci. Najlepiej trzymać się od wszystkich z daleka.
Pani Kowalska marzy o tym, by się wyprowadzić z Otolińskiej, ale szans żadnych nie widzi na to. Z taką ilością dzieci nikt jej nie przyjmie na stancję, kupić mieszkania w żadnym wypadku nie zdoła. Musi sobie radzić, żeby przeżyć. Korzysta z dostępnej pomocy, bo nawet z 1400 zł, które miesięcznie zasilają jej portfel, tak dużej rodziny nie da się utrzymać. – A najgorsze jest to, że jeśli nawet dostanę inne mieszkanie, to tylko socjalne, a tam może nawet nie być ciepłej wody i ogrzewania – twierdzi. – Mamy zadłużone mieszkanie, ale mój mąż chciał zmniejszyć dług pracując, bo była taka możliwość. Niestety, nie dostał zgody.
W innym mieszkaniu na parterze czeka na nas kolejna kobieta. Jej lokal jest przynajmniej dwa razy do roku całkowicie zalewany deszczówką, a po osuszeniu trzeba wszystko wymieniać. Zwykle jest tak, że kończą jeden remont, a trzeba zacząć drugi. – Całe szczęście, że mąż pracuje w branży, to przynajmniej przynosi do domu materiały, które zostaną na budowach, i można coś zrobić taniej.
Ich historia jest podobna do innych rodzin. Pani Hanna zostawiła pierwszego męża, nadużywającego alkoholu w dawnym mieszkaniu. Córka mieszkała w internacie, syn u babci, a ona u koleżanki. Na stancję nie było ich stać, więc sześć lat temu wreszcie uprosiła urzędników i dostała przydział na Otolińską. – Było mi obojętnie gdzie, byle byśmy mogli razem zamieszkać – dodaje.
Najmłodsza córka, już tutaj urodzona, jest chora, ma uczulenie na grzyba, a tego w mieszkaniu nie brakuje. Dwa razy w tygodniu chodzą do lekarza, a kilka tygodni temu miała ogromne bąble na rękach, wszystko od tej wilgoci. W styczniu zostaną zrobione badania alergologiczne. Wtedy będzie wiadomo, jak ją leczyć.
Zalewanie mieszkania na pewno sprzyja rozwojowi choroby. Co z tego, że obok jest pustostan, nie ma zgody, by się do niego przeniosła. – W tym roku już się zmobilizowaliśmy, żeby przeprowadzić porządny remont – wyjaśnia. – Do tej pory przez kilka zimnych miesięcy w roku siedzieliśmy w mieszkaniu w kurtkach. Wreszcie wymieniliśmy okna, pod sufitem zainstalowane zostało coś w rodzaju rynny, która odprowadza wodę na zewnątrz. Wszystko zrobiliśmy na własny koszt, bo dłużej nie dało się żyć. Przy każdej awarii, a te są na porządku dziennym, przychodził fachowiec i zakręcał wodę oraz wyłączał prąd. W domu natychmiast robiło się lodowato i człowiek całkowicie się załamywał.
Takich albo podobnych historii mogliśmy się nasłuchać w całym budynku znacznie więcej. Zapytaliśmy w MZGM, który administruje budynek, o plany wobec niego. Niestety, na zadane przez nas pytania nikt nie potrafił odpowiedzieć. Do tematu będziemy wracać.
Jola Marciniak

Zobacz kolejny artykuł

Zgubne ponęty trucizny alkoholowej

Niegdyś alkohol sprzedawano w karczmach i szynkach, produkowano w prywatnych gorzelniach i browarach. Czasami służył …