Najnowsze informacje
anal pump

Dobrze być świętym Mikołajem

Najpierw była nieufność. Później zdziwienie i niedowierzanie. A na koniec serdeczne podziękowania za niespodziewane prezenty. Podsumowanie świątecznej akcji „Tygodnika Płockiego” i firmy Provident „200 gwiazdkowych prezentów” było przede wszystkim bardzo wzruszające. Na tyle, że nawet nam, dorosłym mężczyznom, którzy sporo przeżyli w swojej pracy, robiło się ciepło w sercu, gdy widzieliśmy radość na twarzach dzieci otwierających otrzymane paczki.
Czerwona skoda kombi naszego redakcyjnego fotografa Darka Ossowskiego została wyładowana paczkami. Jedziemy w pierwszą z wielu tras po miejscowościach w powiecie płockim (i nie tylko), żeby dostarczyć gwiazdkowe prezenty. Z wstępnych wyliczeń wynika, że mamy do pokonania ponad 200 kilometrów. W słoneczne lato taka trasa to trzy – cztery godziny. Ale mamy mroźną i przede wszystkim śnieżną zimę. A my musimy dotrzeć do wsi, które nie zawsze są na wszystkich mapach. Zakopiemy się czy nie – to nasze podstawowe pytanie.
Darek przezornie włożył do auta saperkę i kilka szmat, którymi w razie czego obwiązalibyśmy koła, żeby wydobyć się ze śniegu. Do środka trafił Krzysztof Hołowczyc, a właściwie jego dźwięczny głos w nawigacji samochodowej. Tak wyposażeni ruszamy w drogę.
– „Tygodnik” on tour – śmiejemy się.
Pierwszy jest Niździn
Pierwszy punkt naszej wyprawy to Niździn, wieś w gminie Mała Wieś. Dopóki jedziemy trasą na Warszawę, wszystko jest w porządku. Ale gdy zjeżdżamy z głównej drogi, już wiemy, że będzie to długa podróż. Szosa jest co prawda odśnieżona, ale tak z „grubsza”. Zalega na niej rozjeżdżony śnieg i jest ślisko. Czterdzieści na godzinę to prędkość, której nie warto przekraczać.
Gdy docieramy do Niździna, zaczyna się szukanie właściwego numeru. To nie takie proste, bo domy są rozrzucone w dużej odległości od siebie. Niektóre, spory kawałek od zasadniczej trasy. Trochę błądzimy, wreszcie decydujemy się zasięgnąć języka. Gospodarz, do którego trafiamy, zna poszukiwaną przez nas rodzinę. – Musicie z głównej skręcić w prawo, a potem w lewo koło stawów. Ale do gospodarstwa nie wjeżdżajcie, bo tam jest górka i nie wyjedziecie. Lepiej iść piechotą – tłumaczy. Okazuje się, że nie tak daleko, bo jakieś 100 metrów.
Tak poinstruowani trafiamy na miejsce. Budynki są trochę na uboczu. Dom raczej niewielki. Witają nas dwa bardzo głośne psy. Na szczęście tylko szczekają. Gdy stajemy przed panią Grażyną, jest całkowicie zaskoczona. Paczki przywieźliśmy dla jej córek – 3,5–letniej Amelii i dwuletniej Natalii. Pani Grażyna z mężem i dziećmi mieszka w jednej części domu, a w drugiej jej szwagierka i teściowa. Amelia ma dziecięce porażenie mózgowe. Początkowo nasz przyjazd i paczka nie robią na niej większego wrażenia. Ożywia się dopiero, gdy ciocia zaczyna ją przebierać i czesać przed zrobieniem zdjęć. Za to Natalia cały czas biega za mamą. Wreszcie dziewczynki sięgają do paczek. Na podłodze lądują batony, delicje, ptasie mleczko, puszki z ananasami i brzoskwiniami. Jest sporo radości. Darek robi kilkanaście zdjęć i musimy się żegnać, bo przed nami kawał drogi. Ujadające psy odprowadzają nas do samochodu.
Dla Piotrka rycerz
Teraz kolej na Wiciejewo Dolne w gminie Bodzanów. Nawigacja i Krzysztof Hołowczyc prowadzą nas raczej polnymi drogami. Zresztą większość trasy wiedzie właśnie nimi. Odczuwamy lekki niepokój, gdy skoda sunie po śliskiej drodze, a z obu stron są zwały śniegu wyższe od samochodu. Ale i tak mamy powody do radości, bo śnieg sprzątnięto z drogi i da się przejechać. Inaczej nie dotarlibyśmy do Wiciejewa.
W tej miejscowości musimy odnaleźć dom pani Wiesławy. Udaje się po kilku minutach i ponownym zasięgnięciu języka. Długi budynek nie robi najlepszego wrażenia. Nad jego częścią nie ma dachu. – Jesteśmy w trakcie remontu i dlatego tak to wygląda – tłumaczy pani Wiesława. W domu z ciekawością patrzy na nas czwórka maluchów. To podwójne bliźniaki. Piotr i Paulina mają po 5 lat. Natalia i Bartosz po 3 lata. Pani Wiesława wychowuje je sama. Zaskoczenie naszą wizytą jest kompletne. – Dzieci niedawno wstały i nawet nie są ubrane. Ale zaraz je wyszykuję – mówi pani Wiesława.
Gdy czekamy na dzieci, żeby wręczyć paczki, nieufnie i delikatnie warcząc, obwąchuje nas pies. Zresztą w domu jest więcej zwierząt, bo dzieci są ich miłośnikami, zwłaszcza Paulina. Jest więc jeszcze jeden pies i dwa koty. – Klakier – mówi Paulina, gdy pytamy o imię maleńkiego kotka, którego nosi na rękach. Wreszcie dzieci dostają swoje prezenty. Każde z niecierpliwością zagląda do torby i wyławia z niej słodycze. Przez kilka minut jest głośno jak w ulu. – Ciężko, bo to w końcu czwórka dzieci – mówi pani Wiesława. – Te starsze trochę już pomagają przy młodszych. Ale gdyby nie pomoc mamy, to nie wiem, jak dałabym sobie radę. Jest sporo wydatków, a ja na razie nie mogę iść do pracy, bo trzeba zajmować się dziećmi. Może jak starsze pójdą do przedszkola, wtedy uda się znaleźć jakąś pracę?
Czego by sobie życzyła od Mikołaja pod choinkę? – Dla dzieci łóżka, regał – odpowiada pani Wiesława. A dla siebie? Długa chwila zastanowienia i brak odpowiedzi. Za to Piotrek ma ją od razu gotową. – Napisałem list do Mikołaja i chciałbym dostać rycerza – mówi.
Zdjęcie jastrzębi
Opuszczamy Wiciejewo i próbujemy ustawić Krzysztofa Hołowczyca na Nową Wieś w gminie Staroźreby. Ale bez powodzenia. Mapa w nawigacji nie ma takiej miejscowości. Pozostają mapy wydrukowane z internetu i dobra wola okolicznych mieszkańców, żeby wskazać nam trasę. Po drodze w Darku odezwał się instynkt fotografa. Jakimś sobie znanym sposobem wypatrzył, że na polu niedaleko drogi trzy jastrzębie urządziły sobie ucztę. – Muszę zrobić im zdjęcie – stwierdził i po kilkunastu metrach stanęliśmy. Darek chwycił za aparat, ale jastrzębie były szybsze i poszybowały na pobliskie drzewo. Problem w tym, że stanęliśmy na niewysokim, podjeździe. W normalnych warunkach nie byłoby problemu z ruszeniem. Ale szosa była skuta lodem. Po kilku próbach udało się ruszyć z pobocza.
W podwórku pod wskazanym adresem w Nowej Wsi powitały nas oczywiście psy. Tym razem były to dwa solidne zwierzaki, mające donośny głos. Na szczęście były też na solidnych łańcuchach, więc w miarę bezpiecznie przeszliśmy przez podwórze do drzwi niewielkiego domku. Można było przypuszczać, że mieszkają tutaj dzieci, bo na podwórzu stał sporych rozmiarów bałwan. Otworzyła nam starsza pani. Gdy wyjaśniliśmy cel naszej wizyty, nie potrafiła ukryć zaskoczenia. – Dałam koledze listonoszowi kupon, żeby wysłał, ale na niewiele liczyłam. A tu taka niespodzianka – stwierdziła.
Okazało się, że starsza pani to 61–letnia Hanna Majtkowska. Opiekuje się czwórką swoich wnucząt: 14–letnią Kasią, 12–letnim Karolem, 10–letnim Adamem i 4–letnim Pawłem. Trzy lata temu zmarł ojciec rodzeństwa, matka ma natomiast kłopoty z prawem. Starsze dzieci były w szkole. Pawełek nie chciał się jednak z nami spotkać. – Te dzieci bardzo dużo przeżyły. Potrzebują przytulania i dobrego słowa. Pawełek jest trochę zagubiony i nieśmiały – mówi pani Hanna.
Paczki zostawiliśmy w maleńkiej sieni. Z panią Hanną rozmawiamy w równie małej kuchence, w której z trudem mieszczą się dwie osoby. Ale to w niej przygotuje wieczerzę wigilijną. Będą pierogi z kapustą, grzybami i makiem, ryba, kapusta z grochem, barszcz czerwony z uszkami. I będą małe paczuszki z prezentami, bo na więcej nie stać pani Hanny. – Ale się dzieciaki ucieszą z tych paczek, jak wrócą ze szkoły – mówi przy pożegnaniu pani Hanna.
Pięcioletni mężczyzna
Nie opuszczamy gminy Staroźreby. Przenosimy się do Żochowa Starego. Kilka pytań o właściwy dom i udaje nam się dotrzeć do pani Joanny. Podjeżdżamy akurat, gdy wnosi drzewo. Tak jak inni jest zaskoczona celem naszej wizyty. Serdecznie zaprasza nas do środka. Pani Joanna wynajmuje w domu dwa pokoje. Ma czwórkę dzieci: 11-letnią Martę, 5-letniego Kacpra, 4-letnią Julkę i 2-letniego Bartosza. Chociaż większość latorośli to maluchy, w mieszkaniu panuje wręcz idealny porządek. Gdy odwiedziliśmy panią Joannę, Marta akurat leżała chora. Julia nie bardzo chciała nam zaufać i schowała się pod biurko, ale z ciekawością wystawiała głowę, obserwując, co się dzieje. Do pamiątkowego zdjęcia ustawili się z mamą tylko chłopcy. Julka zainteresowała się paczką, gdy przeszliśmy do kuchni porozmawiać z panią Joanną.
Czwórkę dzieci wychowuje sama. W styczniu miną dwa lata, gdy nagle zmarł jej mąż. – Na nic nie chorował. Położył się spać i następnego dnia już się nie obudził – opowiada. Pomaga jej tata, ale sam choruje na serce i oczywiście Marta. – Jest ciężko, bo chociażby nie ma kto głupiego drewna narąbać – mówi.
Gdy szykujemy się do wyjścia, Kacper, najstarszy mężczyzna w domu, dziękuje i żegna się z nami uściskiem dłoni. W aucie przez kilka minut milczymy, żeby opanować wzruszenie.
„Tygodnik” po raz drugi
Przed nami najdłuższy odcinek trasy bez odwiedzin. Musimy dotrzeć do Tłubic w gminie Bielsk. Krzysztof Hołowczyc informuje nas, w którą kolejną gminną drogę musimy skręcić, a my podziwiamy mazowiecki krajobraz. Zimą dość monotonny, w którym dominuje często już nieznośna biel. A jakby było jej mało, to zaczyna padać śnieg, a przed nami jeszcze kilka przystanków.
W Tłubicach zostawiamy pani Alinie paczki dla 12–letniej Marty, 7–letniej Karoliny oraz 4–letniego Mateusza i jedziemy do Bielska. Tam mamy dostarczyć paczki dla bliźniaków 15–letniego Damiana i Bartosza. Gdy pod wskazanym adresem pytam o chłopców, na twarzy kobiety, która wychyliła się z okna, zaczyna malować się przerażenie. – Tak, mieszkają tutaj. A co się stało? – pyta pełna trwogi. – Przywieźliśmy dla nich świąteczne paczki – odpowiadam. – O Jezu. Proszę bardzo – mówi z ulgą.
Przerażona kobieta to mama bliźniaków. Podczas rozmowy okazuje się, że to nie pierwsza wizyta „Tygodnika Płockiego” w tej rodzinie. Ponad 20 lat temu pisaliśmy o trojaczkach, które przyszły na świat właśnie w tej rodzinie.
Opatrzność była z nami
Po szybkiej kawie, którą musi wypić Darek, żeby nie zasnąć, opuszczamy Bielsk. Kolejne przystanki są już w pobliżu Płocka. Najpierw Stróżewko. Śnieg pada coraz mocniej. Ale czuwała nad nami opatrzność. Udało nam się nie zakopać i odwiedzić rodziny mieszkające daleko od Płocka. Teraz co prawda pogoda robiła się coraz gorsza, ale byliśmy bliżej domu. Opatrzność czuwała nad nami także w Stróżewku. Bo to dość rozległa miejscowość, z nowymi osiedlami. O ile np. w Niździnie prawie wszyscy się znają i właściwie nie ma problemu, żeby wskazali drogę pod właściwy adres, to w Stróżewku nie jest to już tak oczywiste.
Nie poddajemy się jednak. Poszukamy informacji w sklepie. Gdy już jesteśmy od niego kilkadziesiąt metrów, pytamy o drogę młodą dziewczynę. – Ja tam mieszkam – opowiada, gdy podajemy adres. Taki zbieg okoliczności zakrawa na coś więcej.
Naszą przewodniczką okazuje się Elżbieta, która ma 15 lat. Paczka jest też dla jej siostry, 13–letniej Aleksandry. W Stróżewku po raz pierwszy podczas całej wyprawy nie zostaliśmy obszczekani przez psy. Więcej, młody szczeniak był wręcz przyjaźnie do nas nastawiony.
Ostatnim punktem na naszej mapie było Białkowo. Znowu musieliśmy trochę pokluczyć, ale było łatwiej, bo znaliśmy numer telefonu do rodziny, której mieliśmy dostarczyć paczki. Pani Danuty nie było w domu, bo miała zebranie w szkole u jednego z dzieci. Na drodze czekał na nas najstarszy syn, 15–letni Mateusz. Pomógł nam zabrać paczki, bo było ich pięć. Oprócz Mateusza dostali je 14–letnia Ania, 13–letni Marcin, 12–letnia Agnieszka i 9–letnia Karolina. – Bardzo dziękujemy, to niesamowita niespodzianka – mówi na pożegnanie Mateusz.
Śnieg pada coraz gęstszy, jest coraz ciemniej. Do zakorkowanego Płocka docieramy po godz. 16. Ponad siedem godzin spędziliśmy w trasie. Jutro kolejny wyjazd, żeby ktoś miał przynajmniej trochę radośniejsze święta.
Grzegorz Szkopek

Zobacz kolejny artykuł

Wracamy do zasad pracy przychodni stomatologicznej w Sikorzu

Nocna pomoc z przeszkodami Kilka tygodni temu informowaliśmy, że z bólem zęba w nocy lub …