Najnowsze informacje
anal pump

Chyba nie dam rady

Dzień po swoich 14 urodzinach, 2 sierpnia 2010 roku Sandra Szelągowska miała tak ciężki atak, że została przewieziona do szpitala. Lekarze uznali, że konieczny jest przeszczep wątroby. Po operacji, dziewczynki nie zdołano wybudzić. Jest w śpiączce do dziś. Po półrocznej tułaczce po szpitalach i ośrodkach mama zdecydowała zabrać Sandrę do domu. Córka cały czas jest pod opieką lekarzy, ale matka ma świadomość, że ci nie wierzą w jej wybudzenie. Niestety nie spotkała na swojej drodze empatycznych medyków, jakich możemy oglądać w serialach telewizyjnych.
Pani Ewa, mama dziewczynki, chwyta się różnych sposobów, by znaleźć odpowiedź na najważniejsze pytanie: czy Sandra ma szansę na wybudzenie? Mimo upływu miesięcy lekarze nie potrafią określić, czy coś czuje, czy kontakt, który zdaniem mamy utrzymują, jest realny. Bo pani Ewa jest pewna, że dziewczynka czuje się coraz lepiej, że reaguje na dotyk, na muzykę, na wypowiadane do niej słowa.
Zdaniem fachowców chora w takim stanie powinna leżeć w szpitalu. Trudno się jednak dziwić, że pani Ewa, która woziła córkę w różne miejsca, nie chce się z nią rozstawać. Ona najlepiej wie, że Sandra wymaga opieki przez całą dobę, a w żadnej placówce pielęgniarki nie mogą poświęcić tyle czasu jednemu pacjentowi. Próbuje znaleźć takie miejsce, gdzie lekarze pomogliby jej w wybudzeniu dziecka, ale najczęściej spotyka ją rozczarowanie.
Pod koniec wakacji pani Ewa odwiozła Sandrę do Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego „Światło” w Toruniu. W ośrodku mają „cyber oko”, dzięki któremu można zdiagnozować stan pacjenta. – Niestety tam nie tylko nam nie pomogli, ale widzę, że stan córki się pogorszył – opowiada. – Według mnie Sandra wcześniej uśmiechała się, rozumiała co do niej mówię, reagowała na bodźce, teraz wszystko się cofnęło. Wbrew temu, co obiecywano, nie było odpowiedniej rehabilitacji, córka ma straszne przykurcze mięśni, a okazało się, że tam wykorzystała cały przyznany jej limit zabiegów i do końca roku zostanie bez pomocy. Sandra potrzebuje codziennej rehabilitacji, więc muszę ją robić sama. A ja już nie mam siły.
W Toruniu dziewczyna miała być pionizowana, nic z tego nie wyszło, bo nie było sprzętu, mogła skorzystać z hydromasaży, ale uznano, że się dwa lata nie kąpała, to taki zabieg może jej zaszkodzić. – O co poprosiłam, wszystko było na nie, w końcu zdecydowałam się zakończyć to „leczenie” i wróciłyśmy 9 listopada do domu – mówi mama Sandry. – Od tego momentu nie wychodzę z domu, śpię najwyżej cztery godziny na dobę, reaguję na każdy dźwięk, który wydaje córka. Poza tym podaję jej leki, 15 różnych, niektóre dwa, trzy razy dziennie. Pierwszy o godz. 8 rano, ostatni o 23.
Pani Ewie brakuje już sił, zastanawia się, czy nie ma powyłamywanych rąk. Codziennie oklepuje córkę, przebiera ją, wykonuje toaletę i ćwiczy, ale na własną odpowiedzialność. Sandra jest coraz większa, niedawno ważyła 65 kg, teraz schudła do 60, ale i tak jest wyższa i cięższa niż mama. – Siłowo już nie daję rady, krzyż mnie boli, jestem wykończona – tłumaczy kobieta. – Jestem jednocześnie pielęgniarką, lekarzem, rehabilitantką, wszystkim. Teraz z nadzieją czekam na otwarcie kliniki „Budzik”, ale nie wiadomo, na jakich zasadach będą tam przyjmowani pacjenci. Mam nadzieję, że Sandra zostanie przyjęta i wybudzona.
Najgorsza jest świadomość, że zostały zupełnie same, bez pomocy znikąd. Tygodnik Płocki napisał o Sandrze w maju 2012 roku i po naszej publikacji, dzięki dodatkowemu wstawiennictwu posłanki Elżbiety Gapińskiej, pani Ewa dostała pomoc finansową. Na konto Sandry wpłynęły także środki ze sprzedaży nakrętek oraz z ubiegłorocznej loterii gwiazdkowej. Niestety to wszystko mało.
Wydaje się, że w Płocku pani Ewa wyczerpała już wszystkie możliwości. Być może Sandra dostanie się do kliniki „Budzik”, ale to nieprędko. Wcześniej można byłoby ją przewieźć do Ośrodka Mazovia w Warszawie, który ma świetną opinię, znakomitą opiekę i rehabilitantów, ale pobyt tam kosztuje 9 tys. zł miesięcznie. – Moim zdaniem jest szansa, by Sandrę wybudzić. Bo cały czas jest stymulowana, ale do tego potrzeba specjalisty, ja sobie z tym na pewno sama nie poradzę – mówi matka dziewczynki.
Zapytaliśmy Beatę Olszewską, szefową Centrum Wolontariatu, czy zna sytuację pani Ewy. – My staramy się pomóc pani Ewie i Sandrze, ale nie jest to takie proste – wyjaśnia.
– Dziewczynka wymaga specjalistycznej pomocy, a my nie jesteśmy służbami medycznymi. Sandrę trzeba dokarmiać, odbarczać, oklepywać, nie mamy wśród wolontariuszy osoby o takich kwalifikacjach, ale bardzo staramy się znaleźć. Na razie spróbujemy znaleźć kogoś, kto zrobi panie Ewie zakupy, przynajmniej dwa razy w tygodniu. Postaramy się zorganizować pomoc, ale to musi być osoba, która nie będzie się bała opiekować Sandrą. I proszę mi wierzyć, dziewczynka jest jedną z naszych najbardziej dopieszczanych podopiecznych, ale nie wszystko jesteśmy w stanie załatwić zgodnie z potrzebami i życzeniami.
Fachowcy twierdzą, że Sandra powinna leżeć w szpitalu, gdzie miałaby zapewnioną pomoc i opiekę. Mama dziewczynki nie może znaleźć takiej placówki, która pomogłaby jej córce. Szuka na różne sposoby, wierzy także w ludzi mających dobre serce. Sandra jest podopieczną Fundacji „Zdążyć z pomocą”, gdzie w banku BPH na koncie o numerze 15 1060 0076 0000 3310 0018 2615 ma subkonto: „17177 Sandra Szelągowska”. Każdy grosz jest cenny, bo ułatwi zakup leków albo umożliwi kontynuację fachowej rehabilitacji, a może zapewni miejsce w ośrodku opiekującym się osobami w śpiączce.     Jola Marciniak
fot. D. Ossowski

Zobacz kolejny artykuł

Zgubne ponęty trucizny alkoholowej

Niegdyś alkohol sprzedawano w karczmach i szynkach, produkowano w prywatnych gorzelniach i browarach. Czasami służył …