Najnowsze informacje
anal pump

Kto ukradł Świętego Mikołaja?

Nie byłoby dobrze dla ludzi, gdyby wszystko, czego sobie życzą, spełniało się – powiedział Heraklit z Efezu, być może spoglądając z wysokości na bogate i kwitnące miasto, w którym niewielu rozumiało jego wypowiedzi. Marzyłam kiedyś, żeby stanąć pod wspaniałą starożytną biblioteką, której zdjęcia robiły tak ogromne wrażenie. Udało się w… Efezie – pozycji obowiązkowej do zwiedzania w Turcji.
Po odpoczynku w Olympos ruszyliśmy dalej autostradą w stronę miasteczka Kaş – jak się okazało – sympatycznego, ale z cennikiem i hotelami dla europejskich turystów, w którym znalezienie kawałka plaży nienależącej do jakiegoś hotelu, pensjonatu lub campingu, graniczy z cudem. Chyba że lubimy skakać do wody z dość ostrych skał. Znów nie ono było celem podróży, ale brak miejsca w autobusach i czasu spowodował, że trzeba było gdzieś zatrzymać się na nocleg. Tym razem szukanie pokoju wypełniło dwie godziny kończącego się dnia. Wreszcie wylądowaliśmy w małym prywatnym pensjonacie, prowadzonym przez turecką rodzinę. Dogadaliśmy się z szefem, że chcemy cheap room (tani pokój) i dostaliśmy klucz do małego pokoju z łazienką na parterze i balkonem od podwórka. Po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy na poszukiwanie jedzenia na późny obiad. Trafiliśmy na targ i przynieśliśmy stamtąd: przepyszne czarne oliwki – w Turcji mają fantastyczny smak, trochę słonawego białego sera, winogrona, a na deser – ciastka. Dobrze, że sprzedający zaczęli już pakować stoiska, bo groziłoby nam bankructwo. Przypomniałam sobie też o pomidorach, zachęcona widokami po drodze. Podczas jazdy busem z Olympos zatrzymaliśmy się na chwilę w Kumluce, potem przejechaliśmy przez Finike. Często z okna widać było ogromne zielone tereny, na których w słońcu (na szczęście pogoda zdążyła się poprawić) lśniły jasne namioty. Okazało się, że to szklarnie. Potem dowiedziałam się, jak wiele gatunków warzyw rośnie w zachodniej części kraju, nie mówiąc o innych regionach i oczywiście takich ciekawostkach jak granaty czy bawełna. Nie namawiam do wysiadania z autobusu i przyglądania się szklarniom, ale znajdujące się około 50 km od Kumluki Demre z pewnością warto zobaczyć.

Znad Morza Śródziemnego
nad Morze Egejskie

Na miejscu Demre znajdowała się niegdyś słynna Mira – jedno z najważniejszych miast Związku Licyjskiego. Dlaczego słynna? Dla nas z pewnością z powodu jej biskupa, którym był Święty Mikołaj. Mikołaj urodził się w Patarze, w zamożnej rodzinie około 270 roku. Po śmierci rodziców swój pokaźny majątek rozdał biednym. Gdy został biskupem Miry, bardzo troszczył się o swoich wiernych. Zasłynął licznymi cudami. Podobno uratował rybaków, których na morzu uwięziła straszliwa burza. Dzięki temu, że w tajemnicy przekazał pieniądze, kilka panien, których rodziców nie stać było na posag, mogło wyjść za mąż. Wyprosił też ułaskawienie od kary śmierci dla trzech młodzieńców skazanych zbyt surowo przez cesarza Konstantyna. Był prześladowany za cesarzy Dioklecjana i Maksymiana, został nawet uwięziony. Uczestniczył w pierwszym soborze powszechnym w Nicei w 325 roku. Dożył sędziwego wieku. Gdy zmarł 6 grudnia (między rokiem 345 a 352), pochowano go w Mirze. Spoczywał tam do 1087 roku. Potem jego szczątki zostały przewiezione do włoskiego miasta Bari, leżącego nad Morzem Adriatyckim. Grobowiec można dziś oglądać w tamtejszej bazylice. W kościele św. Mikołaja w Demre znajdują się pozostałości pierwszego grobu. Są tam również ruiny amfiteatru i wspaniałe wykute w skałach grobowce licyjskie wyglądające niczym domy. Większości ozdobnych fryzów niestety już nie ma (wiele starożytnych zabytków zostało wywiezione z terenu Turcji i „zaanektowane” przez duże europejskie placówki), ale można je zobaczyć – jeśli wybiorą się państwo do British Museum.
Wieczorem na rynku w Kaş, pod wielkim ekranem telewizyjnym, zebrała się spora grupka ludzi. Wobec tego i my przystanęliśmy, żeby obejrzeć to, co tam pokazywano. Było to nagranie z bicia rekordu w tzw. swobodnym nurkowaniu. Rekord ustanowiła kobieta – Derya Can, która zeszła na 71 metrów. Następnego dnia rano poszliśmy na plażę. Znalezienie „miejskiego kąpieliska” zabrało dużo czasu. Gdy wreszcie wylądowaliśmy na nieogrodzonej i niezastawionej leżakami plaży – nie zachęcała do kąpieli. Poszliśmy więc w drugą stronę i korzystając z porannego zamieszania na campingu, wykąpaliśmy się razem z ludźmi „spod namiotów”. Wracając, zwiedziliśmy ruiny amfiteatru, z którego roztaczał się przepiękny widok na morze.
Z Kaş pojechaliśmy do opanowanego przez angielskich turystów Fethiye. Nie jestem pewna, czy to miasto ma w ogóle centrum. W każdym razie od dworca do portu prowadziła bardzo bardzo długa droga, którą umilały sklepy i knajpki. W Fethiye przez ostatnich kilka lat głównym językiem na ulicach stał się angielski. Anglicy kupują tam domy, których właścicielami stają się za stosunkowo nieduże pieniądze. Nazwa miasta pochodzi od tureckiego lotnika Fethiego Beya, który wsławił się m.in. nocnymi lotami podczas II wojny bałkańskiej. Szkolony w Bristol Aircraft Factory w Anglii był pionierem tureckiego lotnictwa. Zginął nie podczas działań wojennych, ale próby przewiezienia pierwszej poczty lotniczej na długiej trasie z Istambułu do Aleksandrii. Samolot spadł 3 marca 1914 roku w pobliżu Jeziora Tyberiadzkiego w Izraelu. Po Fethim Beyu został w mieście pomnik.
Kolejnym przystankiem w naszej podróży było Bodrum – miasto-dyskoteka, z oszałamiającą liczbą knajp i klubów na metr kwadratowy, w którym cisza zapada grubo po północy, a zabawa przenosi się w rejony nieco oddalone od głównej ulicy ciągnącej się od dworca do portu. Bodrum (kiedyś Halikarnas) leży naprzeciwko greckiej wyspy Kos, czego nie omieszkaliśmy wykorzystać, udając się tam na jednodniową wycieczkę. W samym mieście jest trochę zabytków – zamek św. Piotra, którego budowę w XVI wieku ukończyli joannici, i ruiny Mauzoleum – niegdyś jednego z 7 cudów świata. Mauzoleum, czyli grobowiec Mauzolosa, kazała zbudować żona perskiego satrapy, Artemizja, która „miłowała swojego męża Mauzolosa ponad wszystkie miłosne wiersze i ponad trwałość ludzkiej namiętności” – pisał Pliniusz Starszy. Budynek przypominał nieco piramidę i był ozdobiony wspaniałymi rzeźbami. Zniszczyli go trzęsienia ziemi, upływ czasu i ludzie. Dziś można oglądać ruiny. Najładniejsze ocalałe rzeźby i fryzy znajdują się w… British Museum.

W drodze do Efezu

Z pełnego turystów Bodrum wyruszyliśmy do Kuşadasi – miejscowość reklamowała się jako „wrota do Efezu”. Kuşadasi okazało się bardzo rozwiniętym, dużym kurortem, w którym ceny w sklepach są stałe (wyższe niż gdzie indziej), jest mnóstwo hoteli i ludzi. Pamiętam natomiast, że zjadłam tam bardzo dobry obiad w małym barze prowadzonym przez turecką rodzinę. Być może miasto nie zrobiło na mnie wrażenia, bo czekałam na Efez. Wszystkie inne wrażenia zeszły na drugi plan.
Pominę opowieść o tym, jak dostaliśmy się do Efezu. Nieco zagubionych turystów kierowca dolmuşa wyrzucił przy drodze prowadzącej do starożytnego miasta. Zanim zdążyliśmy przeczytać informacje na tablicy, zajął się nami „przyjazny taksówkarz”. Przekonywał, że stąd do wejścia jest bardzo daleko i z tymi plecakami nie damy rady. Oferował specjalną cenę – only for you (tylko dla was), która w przeliczaniu na polską walutę wynosiła ponad 150 zł. Już byłam skłonna przystać na jego propozycję, ale gdy męski pierwiastek naszej wyprawy przyjrzał się jeszcze raz uważniej umieszczonej na tablicy mapie stwierdził, że mimo że do wejścia rzeczywiście jest kilka kilometrów i trzeba by iść naokoło, to mniej więcej 1 kilometr stąd znajduje się wyjście, do którego można podejść. Zostawiając niezbyt zadowolonego z obrotu sprawy taksówkarza, ruszyliśmy w drogę, która prowadziła obok sadów z gruszkami i granatami. Dość szybko doszliśmy, choć ja ciągle obawiałam się, że jednak będziemy musieli szukać wejścia. Niepotrzebnie. Weszliśmy do Efezu bez żadnych problemów, zostawiając u przyjaznych strażników nasze bagaże. Potem, gdy je odbieraliśmy, byliśmy jednymi z ostatnich turystów wychodzących z tego cudownego miejsca.
W Efezie – niegdyś najważniejszym porcie w Azji Mniejszej można było zmieścić dwa „Płocki”. Podobno żyło tu około 400 tysięcy ludzi. Wielu przyjeżdżało też, aby zobaczyć kolejny z siedmiu cudów świata – świątynię Artemidy. Artemizjon – zbudowany przez króla Krezusa – tak jak i Mauzoleum spotkał smutny los, aczkolwiek miał bardziej „spektakularny koniec”. W 356 r. p.n.e. spłonął podpalony przez szewca Herostratesa, który chciał w ten sposób unieśmiertelnić swoje imię. Cóż, udało mu się. Na szczęście nikt nie zrujnował wspaniałego amfiteatru, który zobaczyliśmy zaraz po wejściu wyjściem na teren miasta. Przepiękna budowla z marmuru mogła pomieścić dwadzieścia kilka tysięcy ludzi. Budowę rozpoczęto w czasach hellenistycznych, a potem teatr powiększano aż do czasów panowania cesarza Trajana (98–117 r.). Chyba każdy z odwiedzających nie może się oprzeć chęci sprawdzenia, czy akustyka w tym miejscu jest nadal dobra. Zapewniam, że jest. Samo założenie pierwszej na miejscu Efezu osady owiane jest legendą. Wyrocznia kazała ją założyć Androklosowi z Aten w miejscu, które wskażą ryba i dzik. Przemierzając kolejne kraje, nad rzeką Kaystron, spotkał rybaków przygotowujących sobie posiłek. Jedna z ryb wyskoczyła z ogniska, a od rozpryskanych iskier zapaliły się krzaki. Siedział tam dzik, który uciekł spłoszony ogniem. Był to znak, że wędrówka dobiegła końca. Wiele wieków później do Efezu przybył św. Paweł, a św. Jan napisał tu ewangelię. W 431 roku w Efezie miał miejsce ważny sobór, na którym ogłoszono dogmat o Bożym Rodzicielstwie Maryi (431 r.). Przypominają o tym pozostałości okazałej bazyliki Marii Panny. Gdy już miałam ruszyć dalej, moją uwagę przyciągnął dźwięk dzwoneczków. Przedarłam się przez krzaki i zobaczyłam stado pasących się za ogrodzeniem białych owieczek. Nic nie robiły sobie z tak świetnego sąsiedztwa.
Tekst i fot. Marta Szatkowska-Kunavar

Zobacz kolejny artykuł

Spacer śladami historii miasta

Warto wybrać się na kolejny wakacyjny spacer, by poznać wyjątkową historię naszego miasta związaną z …