Najnowsze informacje
anal pump

Uczą się liczyć na kartach

Od wielu lat niewielki Bielsk znany jest w całym kraju jako „wylęgarnia” miłośników brydża. Niewiele osób wierzy, że tak wielu zawodników z tak małej miejscowości może grać na wysokim poziomie. Najbardziej znany z nich jest Grzegorz Narkiewicz, wicemistrz świata, który jest jednym z niewielu polskich zawodowych graczy.
Wszystko zaczęło się prawdopodobnie w latach sześćdziesiątych, kiedy to działał Klub Rolnika i nie jest wykluczone, że pierwsze turnieje towarzyskie rozgrywano na plebanii u księdza. Wśród ówczesnych graczy w brydża dziś bielszczanie wspominają: Jerzego i Zbigniewa Słomskich, Wiesława Skupińskiego, Janusza Piątkowskiego, Marylę, obecnie Zdrojewską, Waldemara Kujawskiego i Jerzego Dankowskiego.
Po latach grupa została reaktywowana. – To było jeszcze w stanie wojennym, Jerzy Maszenda uczył nas grać w brydża – wspomina Jacek Iwański, obecnie trener szkółki działającej przy GOK Bielsk. – Pamiętam, jak graliśmy całe noce, bo przecież nie można było wrócić do domu po godzinie policyjnej. Kończyliśmy o 6 rano. Kolejny etap rozpoczął się w 1985 roku, kiedy do Bielska przyjechali Maria i Bogdan Trabszysowie, matematycy, którzy wcześniej grali w Toruniu. Oni pierwsi uczyli bielszczan brydża sportowego.
Jacek wrócił po studiach do Bielska, gdzie dostał pracę w Gminnym Ośrodku Kultury. Dziś wspomina, jak z ówczesnymi władzami podczas pierwszej rozmowy zaproponował, że ponieważ nie umie tańczyć ani śpiewać, chętnych będzie uczył grać w brydża. Pomysł się spodobał, a wkrótce okazało się, że dla młodych ludzi to znakomity sposób na życie.
Pierwsza szkółka powstała w 1991 roku. Na zajęcia przyszło wtedy 30 osób, ale szybko została tylko czwórka najbardziej zapalonych. – Początkowo startowaliśmy w turniejach bez sukcesów, ale pojechaliśmy we czwórkę na Mistrzostwa Polski młodzieży szkolnej i zupełnie dla nas niespodziewanie zdobyliśmy dwa medale – mówi Mariusz Chyliński, prezes GOK Carts Bielsk. – Ja z Piotrem Sobczakiem zdobyliśmy srebrny, a Aleksander Marciniak z Grzegorzem Narkiewiczem wywalczyli brązowy medal. To był największy sukces naszego klubu. Dzięki niemu wszystko potoczyło się gładko i dziś kolejni zapaleńcy startują w turniejach.
Brydżyści grali w lidze okręgowej, w której momentami występowały nawet dwie drużyny. Na początku tego wieku awansowali do III ligi, ale najważniejsze było to, że mogą się regularnie spotykać, zwykle w piątki po pracy i po lekcjach, i grać do późnych godzin nocnych. Bywały ponoć takie czasy, że Bielsk miał więcej zawodników niż Płock.
Szkółka działająca teraz przy GOK liczy dziewięcioro zawodników. Zaczynali we wrześniu 2009 roku, a pomysł reaktywowania poddał Narkiewicz. Dziś regularnie trenuje 6 chłopców i 3 dziewczynki.
– Jak przed laty dyryguje stolikiem Jerzy Maszenda – pokazuje J. Iwański. – A naprzeciwko niego siedzi nasza maskotka, 7-letni Michał, który wcale nie jest taki łagodny jak wygląda. Jak na turniejach widzą takiego malucha, to patrzą z zaciekawieniem, a potem okazuje się, że ten mały naprawdę potrafi grać.
Na razie partnerem Michała jest jego ojciec Jerzy Maszenda. – Zacząłem grać w liceum, koledzy mnie nauczyli. To było chyba w 1976 roku, najpierw przeczytałem książkę i okazało się, że mi się spodobało. Po studiach uczyłem kolejnych bielszczan. Grałem do 1995 roku, można powiedzieć na poważnie. Potem była przerwa i wróciłem do treningu teraz, z chłopcami. Jeździmy we trzech, z Michałem i Rafałem na turnieje. Obaj od zawsze grają w karty, uczyli się liczyć na grze w tysiąca. Potem były kierki, 3 5 8, stale w coś graliśmy. W telewizji nie ma co oglądać i w ten sposób spędzaliśmy czas. Rafał kilka lat grał w szachy, ale wrócił do brydża. A Misiek ostatnio poważnie zaszalał w Ciechanowie, wygraliśmy drugą sesję i został wywołany po odbiór nagrody. On wszędzie wzbudza zainteresowanie. W końcu to nie ma w okolicy 7-letniego zawodnika, który świetnie radzi sobie przy stole.
Pan Jerzy jest zdania, że szachy i brydż to dyscypliny, które powinien znać każdy inteligentny człowiek. W niektórych krajach uczą ich w szkole. Niedościgłym wzorem jest Rosja, gdzie świetnych szachistów jest chyba najwięcej na świecie. Na Zachodzie brydż jest dla dzieci niemal obowiązkową dyscypliną. Niestety, u nas nikt o tym nie myśli, a próby stworzenia szkółek zwykle kończą się porażką.
Michał Maszenda jest bezwzględnie najmłodszym brydżystą startującym w zawodach. – Bardzo lubię grać, już dużo umiem i potrafię wygrać z przeciwnikami. Kilka miesięcy temu tata zaczął mnie uczyć, ale gram dopiero od czerwca. Chodzę do II klasy i na pewno lepiej liczę niż moi koledzy. Stale muszę liczyć i to lubię. Chciałbym długo grać w brydża, a na razie jak jadę na turniej, to wielu graczy myśli, że ja jestem kibicem. Potem się dziwią, że biorę karty i gram. Nie wierzą, że potrafię.
Kamil Skupiński jest najstarszym z najmłodszych graczy. – Od dawna obserwowałem starszych, jak grali, i bardzo chciałem się nauczyć. Denerwowało mnie, że nie wiedziałem, o co chodzi. Tata nie chciał mnie nauczyć, bo, jak wiadomo, potrzeba czterech osób, by zagrać. Ucieszyłem się, że powstała sekcja. Od razu przyszedłem, nawet namówiłem kilku kumpli. Przychodzimy raz w tygodniu, ale bardzo to lubimy, bo to świetna rozrywka.
Damian Niedzielski jest uczniem III klasy Gimnazjum. – Planowałem iść do szkoły gastronomicznej albo zostać żołnierzem. Nie wiem, co będę robił w przyszłości, ale mam nadzieję, że umiejętność gry w brydża mi pomoże. Lubię nie tylko karty, także grać w komputerze w strzelanki. Podobał mi się udział w turnieju, ale nie wiem, czy to mój cel w życiu. Na pewno dobra przerwa od komputera.
Atrakcją bielskiej drużyny są także panie, w wieku od 9 do 14 lat. Najstarsza Michalina Pilichowska zaczęła grać później niż dwie pozostałe. – Zajęcia zaproponował mi wujek, tata Niny i Alicji. Na początku było to trochę dla zabicia czasu, ale potem bardzo mi się spodobało i zostałam. Muszę powiedzieć, że to spora przyjemność. Trenuję niezbyt wiele, bo dwie godziny tygodniowo, ale to wystarcza, żeby poznać zasady. Dla mnie to nie jest tylko hobby, ale coś poważniejszego. Może coś uda mi się osiągnąć w tej dyscyplinie.
Nina i Alicja to córki Aleksandra Marciniaka, który na początku lat 90., wraz z Narkiewiczem zdobył brązowy medal Mistrzostw Polski. Nina uczy się w III klasie SP w Bielsku i nie ukrywa, że duży udział w wyborze dyscypliny miał tata. Raczej nie wierzy, że odniesie w brydżu sukcesy, ale wie, że dobrze jest umieć grać. Alicja lubi grać, uważa, że to fajne zajęcie, ale również nie wie, jak to będzie w przyszłości. Na razie podobają jej się zajęcia i nie zamierza zrezygnować. Może zmieni zdanie, jak wygra pierwszy turniej.
Podczas rozmowy z młodymi brydżystami stale przewijało się nazwisko wójta Józefa Jerzego Rozkosza, bez którego pomocy szkółka na pewno by nie istniała, a brydż poszedłby w całkowite zapomnienie. Władze gminy bardzo przychylnie spoglądają na zajęcia dla młodzieży, a wójt osobiście uczestniczy w wielu imprezach, które są w gminie organizowane.
Wójt podkreśla, że bardzo zależy mu na takich inicjatywach. – Chodzi przecież o to, by dać młodzieży zajęcie, rozrywkę, by zachęcić ich do czegoś pożytecznego i akceptowanego przez społeczeństwo. Wszyscy: ja, Rada Gminy, pracownicy, będziemy ze wszystkich sił wspierać takie pomysły, które pozwolą na zaproponowanie, nie tylko młodym ludziom, dobrego sposobu na spędzanie wolnego czasu. Muszę powiedzieć, że przez ostatnie cztery lata w gminie rozwijały się wszystkie organizacje pozarządowe, jesteśmy dumni, że z żadnej nie ubyło, a nawet wszędzie przybywa ludzi, którzy chcą zrobić coś dla innych. A brydżyści to od dawna nasza chluba i duma, cieszymy się, że promują gminę i udowadniają, że nawet w tak małej społeczności można zrobić coś fajnego.    Jol.

Zobacz kolejny artykuł

Czołówka ucieka Nafciarzom

Wisła zanotowała wcześniej trzy zwycięstwa z rzędu na swoim boisku. A ponieważ grała ciekawie, szybko …