Najnowsze informacje
anal pump
fot. Ze zbiorów Sz. Marciniaka

To był lekko słodki, leciutko gorzki rok

Z Szymonem Marciniakiem, sędzią międzynarodowym w piłce nożnej, rozmawia Jola Marciniak

Rok 2016 był najlepszym rokiem w karierze Szymona Marciniaka?
– Bez wątpienia, bardzo dobry.
Mam nadzieję, że wpływ na taką ocenę miało przyznanie przez czytelników Tygodnika Płockiego tytułu wydarzenia sportowego roku. Czytelnicy uznali, że nominacja na sędziego w mistrzostwach Europy była ważniejsza niż wszystkie inne, o których pisaliśmy w 2015 roku?
– Oczywiście. Każda taka zabawa, rankingi, głosowania są bardzo mile. To namacalny dowód, że jest się docenianym za to, co się robi. A muszę powiedzieć, że sędziowanie to nie jest łatwy kawałek chleba. Zawsze pojawiają się uszczypliwości, złośliwości, więc te sympatyczne nagrody są bardzo mile widziane. Jeśli jednak wygrywa się w takich plebiscytach raz, to potem by się chciało stale, bo to potwierdzenie, że dobrze wykonuje się swoją robotę.
Prasa ma duże znaczenie w pana pracy. W Europie mówią i piszą o panu dobrze, w Polsce jest bardzo dużo głosów krytycznych.
– Tak, szczególnie po Euro we Francji. Gdzieś ta poprzeczka, którą sobie zawiesiłem, jest bardzo wysoko. Konstruktywna krytyka jest potrzebna, szczególnie w sędziowaniu, aby nie popaść w samozachwyt. To jest taki rodzaj pracy, w której jest wkalkulowany margines błędu i wiadomo, że nie zawsze będzie idealnie. Sędziemu międzynarodowemu, tym bardziej po udanym Euro, błędy nie przechodzą niezauważone, są bardziej nagłaśniane, wielokrotnie opisywane. I trzeba sobie z tym radzić. Ja wiem, czyją krytykę mogę przyjmować. Na pewno nie biorę do siebie opinii tzw. hejterów, bo to byłoby niepoważne. Potrafię też być samokrytyczny. Wiem, kiedy się pomyliłem i jeśli mogę, to staram się to naprawić.
W czasie meczu ma pan sekundę, by podjąć decyzję, a potem komentatorzy oglądają klatka po klatce fragmenty ocenianego zdarzenia i też nie do końca są w stanie jednoznacznie ocenić sytuację.
– Ja już do tego przywykłem, ale wciąż mnie nie przestaje zadziwiać i wydaje mi się to wręcz śmieszne, że tak łatwo wydaje się osądy, siedząc przed ekranem telewizora.
Kibiców zapewne interesuje, jak to jest dziś być sędzią piłkarskim. Przed laty, kiedy pracowałam w Wiśle, w dzień meczu jechałam rano na stadion i w budynku papieskim smażyłam sędziom jajecznicę na śniadanie. A jak jest dziś, chyba że to tajemnica?
– Dzisiaj nie ma żadnych tajemnic, musimy być transparentni. Nawet schodząc z boiska nie możemy zasłaniać mikrofonu, żeby było słychać, co między sobą mówimy. Nie możemy mieć nic do ukrycia. Nigdy nie jadłem jajecznicy w klubie, jestem za młody. Dziś wszystko jest w pędzie, człowiek szybko jedzie na mecz, szybko wyjeżdża, bo za dwa, trzy dni, jest kolejny, choćby w Lidze Mistrzów. My tak dużo czasu spędzamy poza domem, że chcemy szybko tam wracać. Poza tym konieczny jest trening, odnowa regeneracyjna, by karierę sędziego maksymalnie wydłużyć. Staramy się wracać od razu do fizjoterapeuty, na trening wyrównawczy, po to by organizm doszedł do siebie. Nie ma czasu na pomeczowe biesiady, dyskusje…
Sędziowie nie uczestniczą w pomeczowych spotkaniach z prezesami?
– Oczywiście, że nie, ale fajnie jest np. spotkać się gdzieś na trasie z inną czwórką sędziowską. Kiedyś to było normą. Dziś brakuje czasu. Zdarza się to rzadko, ale spotykamy się głównie na trasie katowickiej, w drodze do Krakowa. Znajdzie się wtedy chwila, by pogadać. Oczywiście nie wszystko kręci się wokół piłki, ale to sympatyczne i pozwala na „reset”, na oderwanie się od meczu.
Ale nikt nie nagrywa spotkań i pewnie materiału do Piłkarskiego Pokera II nie da się zebrać?
– Nie, na pewno się nie da. Po filmie nastąpiła inna era, inna generacja sędziów. Większość obecnych arbitrów doskonale wie, co może osiągnąć i staramy się być profesjonalistami. Mamy kontrakty, więc pewne rzeczy są niemożliwe. Niestety, takie mamy czasy, że nie każdemu można ufać. Musimy się pilnować, by nie dawać powodów do pisania o sobie, tylko o wydarzeniach boiskowych. Współpracujemy z PZPN i tam też nas uczulają, by nie trafiać na łamy plotkarskich portali, nie narażać na szwank Związku i nas samych. Szczególnie dotyczy to mnie, bo jestem charakterystyczny i mocno rozpoznawalny.
Pewnie się pan ze mną nie zgodzi, ale w Płocku są takie teorie spiskowe, że Wisła płaci frycowe za Pana dobry kontakt z Legią Warszawa. Spotkałam się z takimi opiniami, że sędziowie są do nas nastawieni negatywnie, dlatego że pan faworyzuje warszawski klub.

Zobacz kolejny artykuł

Dariusz Jakubowski i Dariusz Kiełbasa przed kolejnym wyzwaniem

Przed biegaczami maraton na pustyni Kilka miesięcy temu na łamach Tygodnika Płockiego pisaliśmy o niezwykłym …