Najnowsze informacje
anal pump

Brazylia, Japonia, Katar

Najlepsi płoccy sportowcy i sędziowie odnoszą sukcesy nie tylko na arenach krajowych, ale również na innych kontynentach. Dalekie wyjazdy stały się okazją do opowieści o miejscach egzotycznych, które nie każdy ma możliwość odwiedzić.
Dariusz Bednarski, weteran skoku wzwyż, wybrał się w tym roku na mistrzostwa świata w lekkoatletyce do Porto Alegro w Brazylii. – Do Brazylii leciałem przez Berlin i Nowy Jork. Bilet kosztował ponad 4,5 tys. zł. Od wyjazdu z Płocka na miejsce dotarłem po 28 godzinach. Z powrotem było gorzej, podróż trwała 48 godz. z 12-godzinnym pobytem w Nowym Jorku i nie będę jej zbyt miło wspominał. Powodem były drobiazgowe kontrole na lotnisku w Stanach.
Płocki skoczek w Brazylii był w październiku, czyli w chwili, gdy zawitała tam wiosna. Część opowieści to wspomnienia rodzącej się przyrody i wysokich temperatur. – Brazylia to kraj kontrastów, na każdym kroku widać było jak nie luksus i bogactwo, to ogromną biedę. Mnóstwo policjantów patrolujących ulice z psami, pieszo, na koniach i w radiowozach. Ludzie są uczynni, spontaniczni i weseli, a lokale wypełnione do świtu, ciężko nam się było wyspać, bo nocą mało kto tam śpi.
Dariusz Bednarski spacerował po ulicach Porto Alegre w biało-czerwonym dresie. Bardzo szybko nawiązał liczne znajomości. Brazylijczycy kojarzą Polskę z Grzegorzem Lato, który strzelił ich drużynie bramkę na Mundialu, znają także Zbigniewa Bońka i Włodzimierza Szarmacha oraz Jana Pawła II i Lecha Wałęsę.
Życie w Brazylii do tanich nie należy. Wszystko jest tu droższe niż w Polsce, z wyjątkiem krótkich, czerwonych w środku bananów. Ulice są szerokie, a ich środek zarezerwowany dla buspasów, po których nikt nie odważy się jeździć. Autobusów miejskich jest mnóstwo, przystanek stoi koło przystanku, ale nie ma rozkładów jazdy.
Najciekawsze odwiedzone miejsca? – Pojechaliśmy z kolegami na „brazylijskie safari”, ponad 120 km za Porto Alegre, gdzie na wyciągnięcie ręki były egzotyczne zwierzęta – opowiada Bednarski. – Byliśmy także w Hamburger, miasteczku, gdzie mieszkają uciekinierzy z Niemiec po II wojnie światowej. Mają takie swoje państewko, w którym panuje niewyobrażalny luksus. Żeby się tam dostać, trzeba zapłacić za jazdę autostradą.
Dla płocczanina nie była to wyprawa życia, w swojej karierze sportowej był wcześniej między innymi w USA, Australii i Kanadzie. – Te wyjazdy nie byłyby możliwe, gdyby nie wsparcie finansowe Wojciecha Wojtyłko, który przez cały czas wyciąga do mnie pomocną dłoń. Dziękuję także dr. Markowi Więckowi ze szpitala św. Trójcy, który pilnuje, żebym leczył kontuzje.
Dariusz Bednarski żegna się w tym roku z kategorią wiekową 55–59 lat, od następnego roku będzie startował w następnej, M60. Od 2005 roku, kiedy rozpoczął swoją karierę w kategorii weteran, na swoim koncie ma 13 medali z najważniejszych imprez sportowych na świecie, 8 tytułów halowego mistrza Polski i 8 na stadionie oraz rekordy Polski. W 2010 roku przewodził światowej liście rankingowej, w 2011 wyprzedzili go dwaj młodsi zawodnicy, ale płocczanin zapowiada, że w przyszłym roku wróci na fotel lidera. Jest nauczycielem w SOSW nr 1 im. ks. Jana Twardowskiego.

Nagroda za udany sezon

O czym marzy każdy judoka? O wyjeździe do Japonii, stolicy swojej dyscypliny sportowej. Takie marzenie spełniło się zawodnikowi MMKS Jutrzenka, Patrykowi Ciechomskiemu, który zdobył w tym sezonie brązowy medal mistrzostw świata juniorów.
– Wyjazd zaproponował mi trener kadry narodowej. Pojechałem z seniorami i byłem tam 18 dni – opowiada.
Do Tokio ekipa leciała 13 godzin, ale było warto. – To nie był wyjazd turystyczny, tylko treningowy. Na koniec był camp, w którym wzięli udział najlepsi zawodnicy na świecie, medaliści olimpijscy, świata i Europy. To niesamowite doświadczenie, gdy można walczyć z najlepszymi, podpatrywać ich umiejętności.
Czasu na zwiedzanie nie było, bo najważniejsze były treningi. Z hotelu jeździli do hali, potem z powrotem, by odpocząć. – Mieszkaliśmy w 46-piętrowym hotelu w centrum Tokio i nie pozostało nam nic innego, jak oglądać widoki z okien. Podziwialiśmy Tokio Skytree – najwyższą wieżę w Japonii i największe skrzyżowanie, na którym panował niesamowity ruch. Patryk już planuje drugą wizytę w Japonii. Najprawdopodobniej poleci tam w marcu z kadrą narodową juniorów.
Rok 2013 był bez wątpienia najlepszym w karierze młodego zawodnika. Medal mistrzostw świata, drugi dan i mnóstwo zwycięstw w zawodach krajowych i zagranicznych, to najkrótszy opis jego dokonań. – Wszystko zawdzięczam trenerowi, gdyby nie on, nie byłbym dziś tam, gdzie jestem. Bardzo mu za to dziękuję – powiedział Ciechomski.

100 dni w roku w rozjazdach

Rok 2013 dla pary sędziów piłki ręcznej Bartosza Leszczyńskiego i Marcina Piechoty był wyjątkowo udany, można nawet powiedzieć, najlepszy w ich karierze. Około 100 dni spędzili w rozjazdach. Byli dwukrotnie w Katarze, raz w Arabii Saudyjskiej, prowadzili spotkania młodzieżowych mistrzostw świata na Węgrzech, mecze Ligi Mistrzów, między innymi w Barcelonie i w Madrycie, gdy w zespole Atletico grał Mariusz Jurkiewicz oraz finał Challenge Cup w Mińsku. To tylko wybrane przykłady ich sędziowskich podróży.
Najbardziej egzotyczne wyjazdy to bez wątpienia podróże do Kataru. Sportowo najwięcej satysfakcji miał im przynieść pojedynek Ligi Mistrzów Barcelona – Metalurg Skopje. Okazało się jednak, że gospodarze wysoko wygrali, nie dali szans rywalom i nie było żadnych niespodzianek na parkiecie.
Najczęściej w gronie znajomych muszą wspominać wyjazdy do Kataru i Arabii Saudyjskiej. – W Arabii byliśmy tylko raz, ale raczej nie tęsknimy za tym krajem – opowiada Leszczyński. – Czuliśmy się trochę jak wtedy, gdy w Polsce był stan wojenny. Powitała nas kolejka na lotnisku i szczegółowa kontrola. Przez cały czas żyliśmy tylko w dwóch miejscach: w hotelu i w hali. Nie było mowy o spacerach ani zwiedzaniu. W Arabii nie ma turystów, wszędzie widać było policję religijną. Przydałaby się tam ustawa śmieciowa – ze względu na leżące wokół śmieci. Gdy wracaliśmy z siłowni w krótkich spodenkach, to ochrona nie wpuściła nas do centrum handlowego.
Zupełnie inaczej było w Katarze, gdzie w ciągu ostatnich dwóch lat byli cztery razy. – Po raz pierwszy zaprosiła nas tam Światowa Federacja Piłki Ręcznej do prowadzenia spotkań miejscowej ligi – dodaje Piechota. – Katar to taka „mała Ameryka”, jak mówią jego mieszkańcy. Na każdym kroku jest przepych i luksus. Każdy hotel jest przynajmniej 5-gwiazdkowy. Na dodatek Katarczycy wszędzie mają swoich ludzi do pracy. Byliśmy zaskoczeni, że piłkarze nie znoszą sobie do autokaru toreb, tylko wołają boya hotelowego, nie idą sami do szwedzkiego stołu, by wybrać jedzenie. Robią to za nich inni. Podczas jednego z pobytów, 2-tygodniowego, mieliśmy sporo czasu na zwiedzanie, chodziliśmy wszędzie pieszo. Oni nam nie wierzyli, że można przejść 4 km, żeby coś zobaczyć. Przecież od tego są samochody.
Płocczanie szybko przejęli niektóre katarskie zwyczaje. – Staraliśmy się do nich dostosować: gdy wszyscy jedli rękami, to my też, choć były dla nas przygotowane talerze wraz ze sztućcami – opowiadają. – Widać, że im żyje się łatwiej niż nam, a oni nie zawsze wierzą, że gdzieś może być trudniej, inaczej. Na pytanie, co przenieśliby do Polski, bez wahania odpowiadają: – Przede wszystkim złoża ropy i gazu. Dobrze byłoby znieść podatki, nie płacić za prąd i wodę, tak jak jest w Katarze. Raczej nie warto przenosić klimatu. Obu panom nie udało się przyzwyczaić do 50 st. C w cieniu. Brakowało im także rodzin oraz tego, że panowie cały czas przebywają tylko z panami, zgodnie z zasadami Islamu.
W przeciwieństwie do Arabii Saudyjskiej w Katarze był dostęp do popularnych komunikatorów, dzięki czemu płocczanie swobodnie mogli porozumiewać się z rodziną i znajomymi. Zupełnie inaczej niż w Arabii nawiązuje się też kontakty. Ludzie są mili, otwarci, chętnie podtrzymują znajomość, piszą maile, a przede wszystkim robią wiele dla wyniesienia na wyżyny piłki ręcznej. Bardzo im zależy na tym, by ta dyscyplina stawała się coraz popularniejsza.
Katarczycy są ludźmi wolnymi, nic nie muszą. Może dlatego wszystko robią na ostatnią chwilę i uważają, że jak Allah pozwoli, to się uda, jak nie, trudno. – My, Polacy, jesteśmy super organizatorami, u nas nigdy byśmy sobie nie pozwolili na taką improwizację przy ważnych okazjach – zapewniają.
Prawdopodobnie, gdyby nie sędziowanie meczów piłki ręcznej, płocczanie nigdy nie byliby w miejscach, które teraz bez problemu odwiedzają.
– Mieliśmy bardzo udany sezon, ale to nie znaczy, że osiągnęliśmy wszystko. Jesteśmy młodzi, prezentujemy wysoki międzynarodowy poziom i marzymy, jak każdy, kto się sportem zajmuje, o uczestniczeniu w igrzyskach olimpijskich, mistrzostwach świata czy Europy seniorów. Bardzo żałujemy, że nigdy nie poprowadzimy meczu Vive Targi Kielce – Orlen Wisła, choć nie wyobrażamy sobie, że moglibyśmy faworyzować którąś z drużyn. W Polsce są trzy, maksymalnie cztery pary, które mogą takie mecze prowadzić, nam pozostaje tylko je dopingować i trzymać kciuki.     Jol.
fot. Archiwum

Zobacz kolejny artykuł

Czołówka ucieka Nafciarzom

Wisła zanotowała wcześniej trzy zwycięstwa z rzędu na swoim boisku. A ponieważ grała ciekawie, szybko …