Najnowsze informacje
anal pump

Niby nic – kanapka

Nie często zdarza się, aby jakaś potrawa miała określoną, co do roku, datę powstania. Bowiem trudno chociażby o taką datę dla naszego poczciwego schabowego, czy dla ryby po grecku. Inaczej sprawa przedstawia się z pozoru banalną kanapką. Otóż, kanapka powstała w roku 1762, i to przez przypadek. Wówczas to John Mantagu, czwarty lord Sandwich uczestniczył w dość ekscytującej rozgrywce karcianej (dlatego ekscytującej, gdyż stawki były wysokie). Nie przerywając gry poprosił służącego o ugotowanie mięsa i włożenie go między dwie kromki chleba. W ten sposób chciał spożyć posiłek nie brudząc sobie rąk, ani kart. Kanapka Johna Mantagu nie była wyszukana, bo też taka nie miała być – miała jedynie szybko i skutecznie zaspokoić głód – co też pewnikiem się stało. Moja propozycja będzie nieco bardziej skomplikowana i z niższych sfer społecznych – po prostu sandwicz po wiejsku.
Sandwicz po wiejsku (porcja na cztery rożki)
Skład:

  • 50 g wędzonego boczku (szynka też się nadaje);
  • 1 cebula;
  • 1 por (ok. 10 cm długi);
  • 2 łyżki tartego ostrego sera;
  • 2 łyżki gęstej śmietany;
  • 1 łyżka masła;
  • 1 łyżka posiekanego szczypiorku;
  • sól, pieprz;
  • 4 kromki chleba tostowego.

Wykonanie:
Boczek, cebulę i por bardzo drobno kroimy. Następnie dodajemy śmietanę, ser, szczypiorek i przyprawy. Pieczywo tostowe smarujemy cienko masłem, a w dalszej kolejności uprzednio przygotowaną masą. Kromki pieczywa tostowego składamy po dwie i opiekamy w specjalnie do tego celu przeznaczonym opiekaczu ok. 6 minut. Jeśli nie mamy takiego urządzenia to wystarczy sandwicze szczelnie owinąć folią aluminiową i przygnieść maksymalnie rozgrzanym żelazkiem na parę minut, a kanapka będzie gotowa.

Mam swoje własne wspomnienie związane z najdroższą kanapką mojego życia. Dawno, dawno temu, z moim świeżo poślubionym mężem wybraliśmy się na zorganizowaną przez biuro podróży wycieczkę do Włoch. Nasza przewodniczka w odmienny od nas sposób pojmowała słowo przyjemność. Mianowicie pewnego razu bardzo wczesnym rankiem (ok. godziny 5-tej), gdyż wybieraliśmy się na zwiedzanie Watykanu, spożyliśmy śniadanie. My naszym zwyczajem lekkie, ponieważ z rana apetyt nie dopisuje, trochę sera i dżemu. Natomiast nasza przewodniczka bardziej pożywne, gdyż w jego składzie miała jeszcze przywiezioną z Polski suchą kiełbasę. Po jej „wciągnięciu” (tu posługuję się terminologią moich domowych mężczyzn), oświadczyła, że do Włoch przyjechaliśmy zwiedzać, a nie jeść. Świeżo po posiłku to jej nawet przytaknęliśmy. Perspektywa zmieniła się jednak ok. godziny 11-stej. Byliśmy potwornie głodni, a przewodniczka syta (cóż kiełbasa długo trzyma), przez co nic sobie z tego nie robiła. Atmosfera gęstniała, mój mąż demonstrował swój stan rozdrażnienia, zaczynało być nieprzyjemnie. Wówczas to wspomniana kobieta podjęła desperacką próbę ratowania sytuacji. I zaciągnęła nas do budki z sandwiczami na Placu św. Piotra w Watykanie. I tam kupiliśmy kanapki, nic wyszukanego, bułki z frittatą (włoski omlet), ale za to cena extra. Jak dziś pamiętam, moja kosztowała 50 zł (przeliczenia naprędce dokonał mój księgowy), co było 1/16 mojej miesięcznej pensji pracownika naukowego PAN. Cóż, ponoć przez żołądek można trafić do serca. Moim zdaniem wspomniany żołądek to ma szersze opiniotwórcze znaczenie, gdyż mój mąż wspominając panią przewodnik zawsze używa słowa, które zwykle odnosi się do łaciatego zwierzęcia, powszechnie kojarzonego z mlekiem.
Tekst i stylizacja Izabela Chudzyńska

Zobacz kolejny artykuł

Repertuar października

„Jesień” pędzla Giuseppe Arcimbolda (1526–1593) to postać z nosem z gruszki, grzybowym uchem i dyniową …