Najnowsze informacje
anal pump

VII Festiwal Kultury i Sztuki dla Osób Niewidomych

Publiczność z audiodeskrypcją
Kilkanaście filmów polskich, trzy zagraniczne, spotkania z gwiazdami kina, spektakl teatralny, recitale i rozmowa z autorem kryminałów. To wszystko działo się zaledwie w ciągu jednego tygodnia na VII Festiwalu Kultury i Sztuki dla osób Niewidomych. Tak dociekliwych i kulturalnych odbiorców mógłby pozazdrościć Płockowi niejeden światowy festiwal. – To jest festiwal dla osób, które chłoną kulturę całymi sobą, wszystkimi dostępnymi zmysłami – powiedziała prezes Stowarzyszenia „De Facto”, Renata Nych.
– Bardzo się cieszymy, że jest pani z nami – usłyszała Agata Kulesza po projekcji filmu Macieja Pieprzycy „Jestem mordercą”, w którym zagrała rolę drugoplanową, nagrodzoną Orłem 2017. Spotkanie z aktorką odbyło się w NovymKinie Przedwiośnie. Poprowadził je Maciej Gil.

Agata Kulesza opowiadała publiczności o ważnych dla siebie rolach, współpracy z różnymi reżyserami, nagrywaniu audiobooków i sposobach na odpoczynek. Na pytanie, jak po trudnych rolach wraca do zwykłego życia, odpowiedziała, że równowagę zapewniają jej dom i rodzina.
– Śledzę pani drogę aktorską. To pasmo sukcesów. Ile w tym wszystkim konsekwencji, a ile przypadków? – pytała uczestniczka Festiwalu, Danuta Szewczyk z Płocka. – Nie wiem, jak to się dzieje. Trzeba cisnąć, wejść na ten rynek, czekać, kiedy akurat nie ma zapotrzebowania na ten typ urody. Mam szczęście, dostaję dużo propozycji. Wyglądam jak normalny człowiek, nie jestem ostrzykana, nie mam zrobionej twarzy. Gram role silnych ofiar. Kamera w moich oczach widzi smutek. Teraz mogę już przebierać w propozycjach, ale to zawód niepewny, nieprzewidywalny. Nie najlepiej się czuję w świetle jupiterów, ale potrafię się wbić w sukienkę i iść na ściankę.


Prowadzący spotkanie przypomniał także film „Ida”. – Po „Idzie” miałam propozycje ról za granicą, ale mam za słaby angielski, żeby o to walczyć. Tu jest mój świat, moje miejsce. Nie potrzebuję większych pieniędzy.
Istotną częścią pracy aktorki jest również dubbing. Chętnie nagrywa audiobooki, np. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk czy książki Katarzyny Bondy. – Lubię czytać. Siedzi się w ciemnym pomieszczeniu, ze słuchawkami w uszach. To jest moment samotności, ale też miłego obcowania z książką. Po pięciu godzinach przestaję mówić. Wtedy muszę odpocząć. Mój sposób na wypoczynek to 3k: książka, kanapa, koc. Czasami dochodzą jeszcze kominek i kot.

W klapie Robert de Niro
Po pokazie filmu „Wołyń” w sali NovegoKina Przedwiośnie wciąż trwała pełna napięcia cisza jak podczas projekcji. Kiedy na scenę wszedł Jacek Braciak, emocje trochę opadły. Głos aktora przywołał wiele znanych tej wyjątkowej widowni ról. Od Ediego po Tyriona Lanistera z audiobooka „Gra o tron”. – Takiego charakterystycznego głosu nie pomylę z żadnym innym aktorem – zapewniała uczestniczka Internetowego Klubu Filmowego.


Jacek Braciak opowiadał o spotkaniach z reżyserem Wojtkiem Smarzowskim na planie „Drogówki” i „Wołynia”. – Nie odpowiadam na pytania na każdy temat. Nie jestem historykiem, politykiem ani socjologiem. Jestem prostym aktorem – zastrzegł Braciak. – Ze Smarzowskim spotkałem się na zdjęciach próbnych do filmu „Grom”, który nie powstał. Później była „Drogówka”. On jest człowiekiem lakonicznym, robi pracę przed ujęciem, nie ma u Wojtka żadnych niesamowitości. Ja też staram się nie nadmiernie przygotowywać. Potem był „Wołyń”. Wiem, co jest moim przekleństwem – ludowa emocjonalność. Moja matka płacze, babka płacze. Podczas kręcenia filmu myśmy dużo żartowali, żeby odreagować. To był gest samoobrony. Nie doszło do pokazu filmu na Ukrainie. Obraz nie wszedł do kin i nie wejdzie. Aktorzy ukraińscy byli świetnie przygotowani. Teraz kino i telewizja ich nie biorą. Mnie się wydaje, że ten film jest dość obiektywny – powiedział aktor.
Pytany, czy chciałby stanąć po drugiej stronie kamery, stwierdził, że kiedyś z Cezarym Żakiem próbował reżyserii. – Ale nie mam takiej potrzeby. Mogę podróżować różnymi drogami. Tu się postrzygę, tam się odchudzę, żeby państwa trochę pooszukiwać. Lubię to, co robię. Pojmuję ten zawód jako podróż, zabawę, zmianę – mówił.
Aktor podkreślił jednak, że nie pracuje ze wszystkimi reżyserami, bo nie ze wszystkimi potrafi się dogadać. Zapytany o to, co nosi w klapie marynarki, odpowiedział, że swojego idola, Roberta de Niro.

Pisarz zdyscyplinowany
VII Festiwal Kultury i Sztuki De Facto obfitował nie tylko w seanse filmowe. W Hotelu Herman odbyło się spotkanie z autorem retro kryminałów Markiem Krajewskim. – Nic nie zapowiadało, że będę pisarzem. W liceum język polski nie należał do moich ulubionych przedmiotów, a mój polonista zaopatrywał każde moje wypracowanie w taką mniej więcej recenzję: „Krajewski, staraj się opanować myśli i pióro”. Trzy – opowiadał publiczności.
Po maturze wybrał filologię klasyczną. Marek Krajewski opowiadał, jak powstała jego pierwsza książka. – Był lipcowy upalny poranek 1992 roku. Jako młody 26-letni mężczyzna siedziałem w bibliotece Ossolineum we Wrocławiu, gdzie pracowałem w dziale starych druków i nie miałem co robić. Wykonałem pracę, którą polecił mi szef, siedziałem w magazynie i przeglądałem stare wydania i druki. Trafiałem na książki dotyczące zjawisk nadprzyrodzonych, o widziadłach, o demonach. Przyszła mi do głowy myśl: a może by tak napisać horror, bo tego typu książki też uwielbiałem, którego akcja rozgrywa się we Wrocławiu? Tego dnia wymyśliłem fabułę mojej pierwszej powieści – „Śmierć w Breslau”. Byłem młody, bystry, szybko wymyślałem plan akcji. Teraz mi to zajmuje miesiące. Potem czekałem pięć lat na to, by móc ją napisać – mówił.
Uczestnicy spotkania pytali autora, dlaczego akcję swoich kryminałów umieszcza we Wrocławiu. Stwierdził, że miasto, w którym mieszka do dziś, jest jego ukochanym miejscem. Natomiast Lwów, w którym działa drugi bohater, Edward Popielski, był zawsze obecny w pamięci rodzinnej. Mama autora i jej rodzina pochodzili z Kresów.
Publiczność dowiedziała się m.in. jakie cechy wspólne dzieli autor ze swoimi bohaterami: – Po pierwsze jestem człowiekiem do bólu pedantycznym. Moi bohaterowie też są pedantyczni, jeden i drugi. Z Popielskim mam wspólną fryzurę, z Mockiem – wspólne zainteresowania ideologiczne. Jestem smakoszem tak jak oni: golonka, żeberka, śledzie to są moje ulubione potrawy. Wiele rzeczy nas też różni: nie palę papierosów, nie piję ani kropli alkoholu, bo alkohol mąci umysł, a ja jako pisarz nie mogę sobie pozwolić na chwilę zmąconego umysłu.
Pedantyczność narzuca też styl pracy twórczej. Krajewski przyznał, że pracuje codziennie 3,5 godziny od 6.00 rano. Nastawia sobie timer, który wyłącza, gdy idzie zrobić np. herbatę. Po upływie czasu przerywa pracę, nawet jeśli jest w połowie zdania. – To, że jestem zdyscyplinowany sprawia być może, że nie choruję na syndrom białej kartki albo migającego kursora na ekranie. Pracuję bez żadnej pasji, ale staram się robić to najlepiej jak umiem. Jestem dla państwa i dla państwa tworzę, państwa szanuję i chciałbym, żeby każda moja kolejna książka dostarczała państwu godziwej rozrywki. To jest mój cel. Nie jestem artystą, jestem wyrobnikiem, rzemieślnikiem literatury, który stara się opisać czytelnikom jakiś dawno zaginiony świat w atrakcyjnej formie powieści kryminalnej – opowiadał Marek Krajewski.
Spotkanie z Markiem Krajewskim poprowadziła Renata Kraszewska z Książnicy Płockiej.
Projekcje filmowe, spotkania z krytykami i aktorami odbywały się w NovymKinie Przedwiośnie i Młodzieżowym Centrum Edukacyjno-Wychowawczym Studnia. Goście VII Festiwalu Kultury i Sztuki, którego organizatorem jest Stowarzyszenie „De Facto”, uczestniczyli również w spektaklu teatralnym z audiodeskrypcją i koncercie Megitza Trio. Z recitalem wystąpiła aktorka Katarzyna Anzorge. Grupa Teatralna Osób Niewidomych Poligon BLACK wystawiła spektakl „Kto nie ma, nie płaci” w reżyserii Mariusza Pogonowskiego.
(lesz)
fot. Dariusz Ossowski

Zobacz kolejny artykuł

Premiera filmowa w Muzeum Żydów Mazowieckich

Jest za czym tęsknić – Wzruszenie tak mnie krztusi, że nie wiem, od czego zacząć …