anal pump

Siedzą mi w głowie fruwające anioły

Z Zofią Samusik-Zarembą rozmawia Lena Szatkowska

W lipcu w Płockiej Galerii Sztuki można oglądać twoją jubileuszową wystawę „W poszukiwaniu metafory”. Przygotowałaś ją na 50-lecie pracy twórczej. Czy trudno było dokonać selekcji, wybrać obrazy na tak dużą ekspozycję?
Dawno chciałam zrobić wystawę przekrojową. Zachęcała mnie dyrektor galerii Alicja Wasilewska. Przez dobre pół roku, właściwie od stycznia ją przygotowywałam. Musiałam dotrzeć do rozmaitych archiwalnych tek z najwcześniejszymi pracami, zrobionymi moją własną techniką.
Po przyjeździe do Płocka i rozpoczęciu pracy w Muzeum Mazowieckim, otrzymaliśmy małe mieszkanko na Jaśminowej. Pracownię urządziłam w łazience. Tadek (Tadeusz Zaremba, mąż artystki – przyp. red.) zainstalował mi tam dobrą lampę. Kładłam na wannę dużą deskę, przysuwałam krzesełko, brałam taflę grubego szkła i robiłam matrycę, żeby potem nanieść na nią farbę drukarską i odbić. Szkło trawiłam kwasem, ale z wielkimi oporami. Te wyziewy nie były przyjemne. Przy pomocy wosku i małych lejeczków robiłam rysunek, przyklejałam też sznureczki o rozmaitej fakturze. Powstawała taka namiastka grafiki, ale to było bardzo pracochłonne. Mogłam z tego uzyskać 3-4 odbitki. W łazience, która była dość obszerna, miałam spokój i ciszę. Stało tam jeszcze wiaderko z piaskiem. Czasami mój syn robił obok babki.
Na wernisaż przyszło bardzo dużo ludzi: i miłośnicy twojej twórczości, i stali bywalcy galerii.
Byłam zaskoczona, oszołomiona, zdumiona, zwłaszcza że to czas wakacyjny. Dostałam mnóstwo kwiatów. Przyjechali moi przyjaciele z plenerów w Lucieniu i w Chełmie, płockie koleżanki. Bardzo dziękuję mojej wiernej publiczności i przyjaciołom za wszystkie komplementy i dobre słowa.
W swoich pracach najczęściej sięgasz do pejzażu. Jak zapamiętałaś najszczęśliwszy dla wielu artystów krajobraz dzieciństwa?
Mama mieszkała 60 km od Wilna. Ojciec skończył seminarium nauczycielskie i zaczął tam pracę. Tak się poznali. Byłam małym dzieckiem, kiedy musieliśmy opuścić tamte strony. Na Wileńszczyźnie został dom i piękny ogród, w którym każdy miał swoją jabłonkę. Gdy wyjeżdżaliśmy, mama zaprowadziła mnie i brata do sadu. Kazała pocałować jabłonkę. Zawsze w rodzinie się o tym pamiętało i mama powracała do tych wspomnień. Do dziś bardzo lubię sady i jabłonki. Wiele ich w swoim życiu namalowałam. Miałam taki spory pastel, który jest własnością Neli Lewandowskiej. Są na nim jabłonki z sadu Alka Balcerzaka w Koszelówce. Jabłonki mam też w swoim domu letnim w Olsztynku. Jabłka na jabłoniach, w tym natłoku zieleni, błyszczą jak gwiazdy, ciągną oko.
Skończyłaś studia na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Jak je oceniasz z perspektywy czasu? Czy spotkałaś tam profesorów, którzy szczególnie wpłynęli na twoje widzenie sztuki?
Toruń był taką moją bajką. Nagle znalazłam się w zabytkowym mieście, pełnym pięknych budowli. Przyjechałam z mało ciekawego Elbląga, bardzo zniszczonego w czasie wojny. Rodzice osiedlili się tam po prostu z konieczności. Mama pracowała w szkole wieczorowej, była światłą kobietą. Wiedziała, że nie mam co robić w Elblągu. „Musisz iść w świat” – powtarzała.
Ten mój wyjazd do Torunia to była wielka odskocznia. W końcu byłam wolna. Mogłam chodzić do kina, do teatru, na zajęcia, na które chciałam. Zajęcia naprawdę były wspaniałe. Wcale nie wagarowałyśmy.
Kiedy trzeba było wybrać specjalizację, zdecydowałaś się na grafikę.

Zobacz kolejny artykuł

Lato w Płockiej Galerii Sztuki

22 lipca o godz. 12.00 Płocka Galeria Sztuki zaprasza na kolejne warsztaty rodzinne. Czy koło …