Najnowsze informacje
anal pump

„Pięć i pół Bladego Józka”. Spotkanie z aktorami

Pokazem „Szatana z siódmej klasy” zakończył się w Kinie za Rogiem cykl Filmowy Płock. Widzowie mieli okazję obejrzeć kilka interesujących filmów, których akcja rozgrywa się w Płocku lub okolicach. Jednym z wybranych do prezentacji tytułów był „Pięć i pół Bladego Józka” Henryka Kluby. Seansowi towarzyszyło spotkanie z Haliną Golanko i Wojciechem Echilczukiem.
Film „Pięć i pół Bladego Józka” okazał się dla reżysera pechowy. Nigdy nie trafił do kin, zasilając szeregi „półkowników”. Ponadto duża część z wyjściowego materiału została zniszczona, gdy Kluba odmówił wprowadzenia nakazanych przez cenzurę zmian. Autorem scenariusza – historii rozgrywającej się w prowincjonalnym miasteczku Kamienica, które zagrał Płock – był Wiesław Dymny. Główne role powierzono Andrzejowi Malcowi i Annie Dziadyk (później Dymnej). Przywódcę gangu harleyowców – Basiora zagrał Wojciech Echilczuk, a w postać Haliny „Kaczusi”, recepcjonistki, która zaczyna sympatyzować z gangiem, wcieliła się Halina Golanko.
– Mówi się, że lata 70. należały do pani. Rola w serialu „Kolumbowie”, w debiucie Janusza Zaorskiego „Uciec jak najbliżej”, „Brylantach pani Zuzy”. Później w „Karierze Nikodema Dyzmy”, „O7 zgłoś się”, „Komediantce” w latach 80. Po długiej przerwie powróciła pani w filmie „Persona non grata” Krzysztofa Zanussiego – wymieniał prowadzący spotkanie Radosław Łabarzewski. – W jaki sposób została pani aktorką? – pytał. – Trafiłam do filmu w sposób typowy dla tamtego okresu. Kuba Morgenstern robił zdjęcia próbne do „Kolumbów”. Szukał obsady również wśród modelek i pojawiał się na pokazach. Był zaprzyjaźniony z Grażyną Hase, z którą wtedy współpracowałam, i w ten sposób trafiłam do niego. Zaproponował mi rolę bez żadnych próbnych zdjęć. Po „Kolumbach” miałam kolejne propozycje. Gdy przestałam dostawać ciekawe role, postanowiłam się wycofać – opowiadała Halina Golanko. Do powrotu namówił ją reżyser Krzysztof Zanussi. W 2005 roku zagrała w jego filmie „Persona non grata”. – Bardzo długo się broniłam przed tym filmem. Nie miałam ochoty wracać. Ale znajoma, która robiła obsadę, niesłychanie mnie namawiała. Gdy stanowczo powiedziałam, że nie, zadzwonił do mnie sam Krzysztof Zanussi. Ogromnie mnie zaskoczył. Pytał, dlaczego nie, dlaczego się tak upieram. Zrobiło mi się głupio, zabrakło argumentów i zgodziłam się. To była wspaniała ekipa, zdjęcia kręciliśmy w Montevideo.
Pasjonat motocykli, wówczas student politechniki Wojciech Echilczuk, sam zaproponował reżyserowi udział w jego filmie. – W tygodniku „Ekran” przeczytałem, że szuka statystów do swojego filmu o motocyklistach. Natychmiast napisałem do niego list. Chcieliśmy zarobić pieniądze. W 1968 roku założyłem w Warszawie klub harleya davidsona – H-DC’68. Kupiłem motocykl, wyremontowałem, znalazłem jeszcze kilku kolegów. Ta pasja pochłaniała wszystkie moje pieniądze. Dorabiałem malowaniem mieszkań – opowiadał Echilczuk. Reżyser zaprosił motocyklistów na stadion warszawskiej Gwardii. Przyszedł razem z Wiesławem Dymnym i kierownikiem produkcji. – To była jesień 1970 roku. Pojawiliśmy się na tym stadionie. Gdy usłyszeli dźwięk harleyów, zmienili koncepcję filmu. Pierwotnie bohaterowie mieli jeździć na lekkich motocyklach. Dla mnie to była kapitalna przygoda. Zobaczyłem, jak wygląda praca za kamerą, ogromny trud całej ekipy. I jeszcze te problemy z cenzurą, która dokuczała im na wszystkie sposoby.
Zdjęcia kręcono zimą. Ostatnia scena, kiedy pięciu motocyklistów jedzie po śliskiej kostce brukowej na moście, goniąc głównego bohatera odjeżdżającego pociągiem, powstawała przy minus dwudziestu stopniach. – Wtedy ręka przymarzła mi do kierownicy, a byłem w rękawiczkach – wspominał Wojciech Echilczuk. Opowiadał także o częstych wizytach władzy na planie. – W połowie filmu przyjechał jakiś minister. Chciał zabrać pieniądze i rozpędzić ekipę. Wybuchła awantura. Bohater na motocyklu amerykańskiej produkcji nie mógł się w tamtym czasie podobać. Autor scenariusza Wiesław Dymny przyniósł nożyce krawieckie, położył przed ministrem i powiedział: „Pozwólcie nam zrobić swoją robotę, a potem możecie sobie ciąć, ile chcecie”. Tak się niestety stało. Film został pocięty, sporo materiału zniszczono. Po Warszawie krążyły kopie, bo nie wszedł do kin. Reżyser próbował robić dokrętki, montować na nowo, ale to już nie było to. Scena z mostem ocalała.
Przy okazji pobytu w Płocku miało miejsce niezwykłe wydarzenie. W kinie Przedwiośnie ekipa uczestniczyła w prawie tajnym pokazie amerykańskiego filmu „Easy Rider”. – Nie pamiętam dokładnie, jak to się stało. Przywiózł go chyba ktoś z ambasady. Pokaz odbył się koło północy. Przyjechał wtedy m.in. Jerzy Skolimowski – opowiadał Wojciech Echilczuk. Organizatorami spotkania i pokazu była Płocka Lokalna Organizacja Turystyczna.
Szef Kina za Rogiem Radosław Łabarzewski zapowiada już kolejne projekcje „Z Płockiem w tle”. – Pomyśleliśmy, że to, co robiliśmy dotychczas, można poszerzyć o filmowców związanych z Płockiem. W styczniu zaprosimy na spotkanie poświęcone Tadeuszowi Wybultowi – wybitnemu scenografowi. To postać mało w Płocku znana, jeśli nie zapomniana. Syn płockiego dziennikarza Franciszka Wybulta ukończył Małachowiankę, a następnie w 1953 roku Wydział Architektury Wnętrz Politechniki Wrocławskiej. Był melomanem. Rozmowę o scenografii zaczynał od pytania, jaka muzyka będzie w filmie użyta.
A już 16 grudnia w Kinie za Rogiem odbędzie się I Płocki Przegląd Filmowy o Art Brut.

(lesz)

Zobacz kolejny artykuł

Onkocelebryta ksiądz Jan

Ktoś nam może podać rękę i wszystko zmienić – Nie możemy dać więcej umierającej osobie …