Najnowsze informacje
anal pump

Mam taki sentyment cholerny do tego miasta…

Dziś już właściwie nie ma mojego Płocka. Mój Płock to był ten stary, piękny teatr, w którym rodzice pracowali, gdzie się wychowałam i mieszkałam, gdzie debiutowałam w sztuce ukraińskiej i uczyłam się tańczyć na „foje”, gdzie nazwano mnie „małą Mariesią”, a potem grałam tyle różnych rólek i tyle pięknych wzruszeń przeżyłam. Dziś już tego teatru nie ma. Potem jakoś o tym moim rodzinnym mieście zapomniałam. Przepraszam mój Płock za to – pisała Mira Zimińska-Sygietyńska w autobiograficznej książce Nie żyłam samotnie. Gdy 12 czerwca 1986 roku przyjechała do Płocka odebrać tytuł Honorowego Obywatela Miasta, powiedziała: Mam taki sentyment cholerny do tego miasta. Bo czy to się małej Mani śniło, że będzie honorową obywatelką miasta Płocka?
Pierwszym adresem Miry był nieistniejący już płocki Teatr Miejski na Piekarskiej (dziś budynek Hotelu Starzyński). Na początku przychodziła tu zupełnie nieświadoma, w jak wspaniałej świątyni sztuki się znajduje, ale z pewnością już wtedy chłonęła artystyczną atmosferę, przesyconą hałasem opadających dekoracji (tata był maszynistą i odpowiadał za dekoracje), rozmowami na temat brakujących pieniędzy na wystawienie nowej sztuki (mama zajmowała się sprawami finansowo-gospodarczymi teatru) i fragmentami dialogów „zasłyszanymi” podczas prób do spektakli. Gdy wreszcie Marianna Magdalena Burzyńska się urodziła, a było to najprawdopodobniej 22 lutego 1901 roku, prawie natychmiast rozpoczęła edukację teatralną. Taka data widnieje na metryce w Urzędzie Stanu Cywilnego, potwierdzona jeszcze carską pieczęcią. Czy była prawdziwa? Podobno sama Mira czasem poddawała ją w wątpliwość.
Pierwszą rolę zagrała na pewno bardzo przekonywująco. Jak sama twierdziła, debiutowała w roli dziecka płaczącego z głodu „w jakiejś sztuce ukraińskiej”. Potem wielokrotnie była pożyczana do różnych rólek dziecięcych. Zapamiętano ją m.in. jako Stasię w Ich czworo Zapolskiej (spektakl odbył się 4 lutego 1908 roku) i Isię w Weselu Wyspiańskiego (1912 rok). W międzyczasie była też Antkiem w spektaklu W małym domku Rittnera i grała w Dziadach role Dziecięcia i Aniołka. Oficjalny angaż dostała na sezon 1918/1919.
Mama Marianny Burzyńskiej – Maria pracowała w teatrze od 1885 roku. Jej pierwszym zajęciem było prawdopodobnie sprawdzanie biletów. Potem był bufet. Być może to ona zarekomendowała do pracy w teatrze swojego męża Jakuba. Z zachowanych w Archiwum Płockim dokumentów wynika, że był on z zawodu brukarzem. Ocalały nawet rachunki za układanie bruku wokół katedry i na bulwarach nad Wisłą. Razem z niejakim Techmanem brukowali też ulicę Tumską i schody na Rybaki. Według adresu zachowanego na rachunku, Burzyński mieszkał wówczas Kolegialna przy Misjonarskiej i tam prawdopodobnie urodziła się Mira.
Jakub Burzyński zmarł na gruźlicę w 1908 roku. Maria przepracowała w teatrze ponad 40 lat. Umarła w 1933 roku. Burzyńscy mieszkali przez jakiś czas przy teatrze. Mira we wspomnieniach podaje jako miejsce zamieszkania również ulicę Grodzką. Maria Burzyńska po śmierci męża wyszła drugi raz za mąż, za szewca i podobno utalentowanego bilardzistę Stanisława Wodzyńskiego. Mieszkał przy ulicy Kolegialnej 25. W Urzędzie Stanu Cywilnego zachował się akt zgonu Marii Wodzyńskiej.
Jest też Kolegialna 4, gdzie mieszkała rodzina Burzyńskich. – Mira przyjeżdżała na Kolegialną 4 z Sygietyńskim. Dopóki żył dziadek i Tadeusz, który ją mobilizował do odwiedzin Płocka – mówi Krystyna Umińska, wnuczka Zygmunta Jakuba Burzyńskiego. – Po wyjeździe z Płocka przysyłała co miesiąc swojej matce Marii Burzyńskiej pieniądze, a po śmierci mamy pomagała bratu. Mojej mamie Janinie przywoziła z „Mazowsza” bluzki do haftowania – opowiada. – Dla mnie i dla mojego najmłodszego brata Jacka była bardzo serdeczna. Wręcz go rozpieszczała – dodaje.

Edukacja Miry

Nie ulega wątpliwości, że „mała Mariesia” była utalentowanym dzieckiem. Grania uczyła się podpatrując starsze aktorki płockiego teatru, m.in. Marię Mariewską, tańca – kręcąc się po foyer, a śpiewu – trochę od rodzeństwa, które chodziło na próby do chóru „Harfa”, trochę od organisty w farze, gdzie przez czas jakiś uczęszczała do chóru. Nieco gorzej było z edukacją ogólną. Co prawda czytać nauczyła się sama, ale jednak matka postanowiła posłać ją do regularnej szkoły. Najpierw była ochronka u Mariawitów przy ulicy Dobrzyńskiej 27 (dziś Kazimierza Wielkiego). Tam przy klasztorze siostry zajmowały się dziećmi z ubogich rodzin, w systemie freblowskim. Oprócz lekcji był obiad. Była tam i szkoła powszechna dla dzieci różnych wyznań i narodowości. Choć w autobiografii wspomina ten epizod bardzo ciepło, długo nie zagrzała miejsca u Mariawitów. Oburzone sąsiadki kazały jej mamie natychmiast zabierać dziecko od „poganów”. Mania chodziła później trochę do szkoły powszechnej rosyjskiej i do rosyjskiego gimnazjum. Jednak i od „ruskich” została zabrana po interwencji zapobiegliwych kum.
Następnym przystankiem w edukacji Marianny była pensja pani Gutkowskiej. Pensja była początkowo dwuklasowa, z językiem wykładowym rosyjskim. W 1905 roku w szkole wprowadzono polski język wykładowy. A rok później powstało siedmioklasowe gimnazjum im. Adama Mickiewicza, mieszczące się na I piętrze domu przy ulicy Kolegialnej 10. Potem przeniosło się na Kolegialną 19.

Anioł z katedry

Mira jako mała dziewczynka śpiewała w chórze farnym. Oprócz kościoła św. Bartłomieja, bardzo lubiła katedrę. Siadała w ławce na wysokości sarkofagu króla Bolesława Krzywoustego. Pewnego dnia, jak wspomina w swojej biografii, przyszła do katedry i zobaczyła mnóstwo desek, którymi pozakrywane były ściany. „Kiedy te deski zdjęli, ukazało się na ścianie malowidło. Mówili, że jest to polichromia.(…) Potem na lewo od głównego ołtarza zaczęli malować główki aniołków, tylko skrzydełka i buzia. (…) Chodziłam do katedry patrzeć, jak malują”. Pewnego dnia jeden z malarzy poprosił ją o pozowanie. I w taki sposób mała Mania została uwieczniona w najważniejszym kościele płockim jako aniołek.
Mało brakowało, a Mira Zimińska-Sygietyńska, zamiast kariery aktorskiej, zrobiłaby karierę bufetowej. Podobała się bardzo pewnemu kelnerowi z Warszawy, który przyjechał do Płocka, do Hotelu Warszawskiego, szkolić personel. Wynajmował pokój u krawcowej, do której Mira przychodziła uczyć się szyć. Kelner miał wkrótce dostać bufet na dworcu w Kutnie. A gdy Mira trochę podrośnie – chciał się z nią ożenić. Niestety, według wspomnień Miry, kelner utopił się w naszej Wiśle. Planów matrymonialnych ani biznesowych nie zdążył zrealizować. A Mira pozostała bez „narzeczonego”. Za mąż wyszła za Jana Zimińskiego, utalentowanego muzyka. Słynny bufet na dworcu w Kutnie, który nie zmieniał się przez całe lata, przeszedł jej koło nosa…
Mira Zimińska-Sygietyńska miała dwie siostry. Bronisława zmarła tuż po urodzeniu. Emilia Aleksandra urodzona w 1893, kilka lat starsza od Miry, zmarła mając piętnaście lat. Brat Aleksander żył bardzo krótko, a Józef – kilka dni. Najdłużej żył Zygmunt Jakub, który zmarł w 1958 roku. Rodzice, siostra Emilia i brat Zygmunt zostali pochowani we wspólnym grobie rodzinnym, na starym cmentarzu przy Kobylińskiego, niedaleko głównej alei.
Ostatnim płockim adresem Miry jest Muzeum Mazowieckie. W podziemiach NovegoKina Przedwiośnie we wrześniu br. otwarto ekspozycję upamiętniającą jedną z najsławniejszych płocczanek.
Lena Szatkowska

Zobacz kolejny artykuł

Brak tlenu osłabia sumienie

– My dramaturgowie powinniśmy dążyć do tego, aby za pomocą naszej twórczości ulepszyć istniejący porządek …