Najnowsze informacje
anal pump
fot. Zbigniew Płoszewski

Małgorzata przywozi poezję

fot. Zbigniew Płoszewski
fot. Zbigniew Płoszewski
– Dlaczego mówisz tak szybko? Nie spiesz się, pokazuj słowa powoli, bo inaczej nikt cię nie zrozumie. Musisz to robić dokładnie i starannie – powtarzał ojciec. – Słowo „chleb” trzeba pokazywać wyraźnie (i tu nastąpił powolny ruch rozłożonych dłoni, „krojących” jedna drugą, tak jak się kroi chleb – od zewnątrz w kierunku serca) i tak, by każdy wiedział, że chleb ci smakuje. Jedna ręka ojca trzymała wyimaginowany bochen chleba, druga była nożem krojącym go w połowie. Powtarzałam ten gest wiele razy, w skupieniu. Za którymś razem ręce ojca powiedziały: – Dobrze, o tak jest dobrze. Teraz wiem, że chleb ci smakuje.
– Uczucie z dzieciństwa, takie jak przy nauce słowa „chleb”, występowało niejednokrotnie, dlatego wiem, że jest ono szczególne. Tak jak samo słowo. Kiedy mojej mamie ukrojona kromka spadała na podłogę, podnosiła ją i całowała z namaszczeniem. Babcia Marianna, zanim ukroiła świeżo upieczony chleb, robiła na nim znak krzyża nożem – mówi Małgorzata. Na ścianie w jej kuchni wisi plakat przedstawiający ręce łamiące kawał chleba. Dostała go od Piotra, pastora ewangelickiego, którego poznała w pierwszych dniach pobytu w Niemczech. Codziennie rano przy śniadaniu czyta słowa Johannesa Hannsena: „Przełam się chlebem z innymi, tylko przełamany dobrze smakuje. Przełam się chlebem z innymi, przełamany dodaje odwagi”.

Teatr dłoni

Język migowy, który doskonale opanowali Irena i Piotr Wróblewscy, wzbudzał zdziwienie, ale Małgosia i Pola były przyzwyczajone, że słowa nie tylko się wypowiada, ale też pokazuje. – Jest on pewnego rodzaju żywym obrazem, który się ciągle zmienia, happeningiem powstającym w mgnieniu oka, teatrem ciała, gdzie każdy ruch odgrywa konkretną rolę, jak na scenie prawdziwego teatru. Obie z siostrą żyłyśmy na granicy dwóch światów: naszego pełnego hałasu, śmiechu i zabaw, i ich – tętniącego ciszą, z której wydobywali słowa i uczucia. Przyglądałyśmy się wszystkiemu także oczami naszych głuchoniemych rodziców, a to z kolei zmuszało do zastanawiania się nad sprawami oczywistymi, jak np. modlitwa, odgłos gotującej się wody czy przechodzenie przez ruchliwą ulicę. Ważnego znaczenia nabierał każdy gest, mimika twarzy czy tupnięcie nogą. Żyjąc w obu światach, moi rodzice musieli nauczyć się odczytywania słów z ruchu ust, a my, jako córki, uczyłyśmy się od urodzenia odczytywania ich myśli z wyrazu twarzy. Małgorzata lubiła obserwować ojca. Każdy gest jego dłoni był bardzo starannie dopracowany. Potrafił mówić, ponieważ nauczył się w szkole dla głuchoniemych, ale rzadko z tego korzystał. Gdy już coś powiedział, jego głos brzmiał dźwięcznie, wyraźnie, z lekko śpiewnym akcentem pochodzącym „zza Buga”. Kiedy Pola opowiadała w akademiku o swojej rodzinie, koledzy zapytali: – Czy twój ojciec zaciąga?. Pola wybuchła radosnym śmiechem i wzruszając ramionami, odpowiedziała spontanicznie:
– Nie wiem, jest głuchoniemy. Niepełnosprawność rodziców nie była dla sióstr tragedią. Oni sami potrafili z tego żartować. To ułatwiało życie.
Pokazywanie słów sprawiało, że Małgorzata zaczęła odkrywać tajemnice wyrazów, ich kształt, nastrój, melodię – wtedy zaczęła się jej poezja. Zanim powstały pierwsze dorosłe wiersze, szukała tekstów, którymi mogłaby opowiedzieć swój świat. Po maturze znalazła się w Państwowym Studium Kulturalno-Oświatowym i Bibliotekarskim w Ciechanowie, w klasie teatru. W 1978 roku przygotowała spektakl złożony z wierszy głuchoniemych autorów. Potem był nagrodzony na Ogólnopolskim Festiwalu Teatrów Jednego Aktora w Zgorzelcu monodram według „Spirali” Anne Philipe. Wtedy ją poznałam. Niezdecydowaną i nieprzekonaną do swojego dzieła autorkę wspierały wyjątkowe instruktorki teatralne: Ula Ambroziewicz i Ewa Różbicka. Następnie zrobiła autorski spektakl według wierszy Karola Wojtyły pokazany w płockim Klubie Stowarzyszenia PAX. Tam znalazła pracę po dyplomie. Wierszy Karola Wojtyły publiczność wysłuchała, siedząc naprzeciwko gmachu milicji obywatelskiej.

Teatr Ruchu

Kiedy założyła rodzinę, porzuciła Płock dla Poznania. W 1985 roku wyjechała z mężem i małym synkiem do Niemiec. Nie wiedziała, co ją czeka, ale była pewna, że w Polsce nie ma dla nich miejsca. I nie chodziło tu o półki w sklepach, gdzie był tylko ocet. Wokół: internowani, więzienia, cenzura. Tych pierwszych miesięcy za granicą Małgorzata nie chce pamiętać. Poszukiwanie mieszkania, pracy, niemożność porozumienia się. Ratowała ją poezja i miłość do teatru. – Bez perspektywy powrotu do Polski rzuciłam się w wir nauki języka niemieckiego. Miałam dobrą motywację – byłam wściekła, że nie mogę się z nikim porozumieć. Już w dwa lata po przyjeździe przygotowała pierwszy monodram w języku niemieckim. „Ewę” napisała sama i pokazała w Instytucie Języków w Tybindze. Gdy zobyła uprawnienia ekonomistki, znalazła pracę. – Ale nie mogłam nagle przestać interesować się teatrem, który pozostawiłam w Polsce – mówi Małgorzata. – Mój teść stwierdził po latach, że jestem maniaczką, że tam, gdzie się pojawiam, musi powstać teatr albo coś na kształt teatru. Syn Leszek poszedł do szkoły, w której nikt specjalnie nie bawił się z dziećmi w teatr. Ośmieliwszy się trochę, zaproponowała dyrektorowi, że będzie prowadzić zajęcia jako wolontariuszka. W Teatrze Ruchu, który powstał w Szkole Podstawowej im. Josa Weissa, znalazły się dzieci z różnych krajów. – Teksty pisałam wspólnie z uczniami. Powstały spektakle: „Czyż nie jesteśmy jak kwiaty?”, „Podróż odkrywcza czyli Myśli wędrujące”, „Nikt do mnie nie dzwoni” (fonodrama), „Komputerowa miłość”, „Czy jestem tu obca?”, „Anioły są wśród nas”, „Śpij dobrze” (połączony z pokazem dziecięcej mody ekologicznej). Wydawałam też minigazetkę „Die Maske” („Maska”) o historii teatru.

Z listu:
Padła propozycja, żebym spróbowała prowadzenia zajęć indywidualnych w bardzo małych grupach (2–3 osoby), mających charakter terapeutyczny. Zaistniała po prostu taka potrzeba wśród uczniów. Myślę, że się chyba na to zgodzę, jeśli ma to pomóc dzieciom. A na razie muszę się zmieścić w czasie (do końca roku szkolnego mam 3 tygodnie), by zrobić dyplomy moim dzieciakom z Teatru Ruchu. Jest ich 24 sztuki. Życz mi przyjemnej zabawy.

Teatr wspomnień

Po ośmiu latach nieobecności Małgorzata pierwszy raz odwiedziła Płock. Potem wracała każdego roku. Zawsze, kiedy przyjeżdża, gromadzi wokół siebie mnóstwo ludzi. Zaczyna wieczorem w Domu Darmstadt. Później wszyscy ciągną za nią na Grodzką i przy pierogach snują wspomnienia. Z Wierką Małgorzata rozmawia o Jagiellonce, w której nie z własnej woli wędrowała z klasy do klasy, zaczynając od matematyczno-fizycznej, kończąc na ogólnej. I choć z matematyką było jej po drodze, inne przedmioty zwyczajnie ignorowała. Najbardziej lubiła kawiarnię PTTK z widokiem na Wisłę i krem sułtański, do którego zamawiało się siedem łyżeczek, popijając jedną wodą mineralną z siedmiu szklaneczek i winem bułgarskim, przemyconych w nogawce szwedów Wierki. Z kolegą Karolem wspominają Kraków, Piwnicę pod Baranami i Piotra Skrzyneckiego, który teatralnych kursantów wpuszczał tylnymi drzwiami do kabaretu. Małgorzata odwdzięczyła mu się wierszem. Objęły cię niebieskie anioły/ przelotny wiatr/ zdmuchnął twój teatr/ cień w ulicznym mroku/ rozdaje teraz suche gesty i pocałunki/ szeleści/ twoim płaszczem. Z Anką Rejmanką, która na czas pobytu Małgorzaty w Płocku sfruwa z Torunia, dywagują, czy da się zaśpiewać haiku. Z płockimi poetami jest zawsze długie nocne gadanie o wszystkim, czyli życiu i wierszach, kontynuowane na Nocach Poetów.
Podczas jednej z nich zrodził się pomysł pierwszego polskiego tomiku Małgorzaty. Związek Literatów Polskich w Płocku wydał jej debiutancki zbiór W pobliżu milczenia. W wierszu „Powrót” czytamy:
Powitało mnie dziurą na drodze/ Deszczem – odmieniającym szarość/ We wszystkich przypadkach/ Zachwyciło mnie brzozą/ Z sercem wyrytym na korze/ Śladami dzieciństwa/ I lwem bez korony/ milczącym kamiennie/ Rzuciło mnie w ramiona/ Stojących na drodze/ Dobrodusznie rozrzutnych/ W słowach i pocałunkach. Kolejny, pt. Kokarda na wietrze, w rok później. Potwierdzał on fascynacje kulturą i estetyką japońskiego wiersza. Egzotyczna kraina poezji pomogła jej znaleźć poetycką tożsamość. Wydaje się, że przez długi czas zmierzała w tym kierunku – ku powściągliwości, precyzji i krótkiej formie. Paradoksalnie był to powrót do języka dzieciństwa, w którym jeden gest musiał wystarczyć za obraz, dźwięk, barwę. – „Uchwycenie odprysku chwili w kilkunastu sylabach nie jest proste. Wymaga niesamowitej dyscypliny słowa, ale mimo to, że można skarżyć się na nieelastyczność języka polskiego (w porównaniu do japońskiego) – z przyjemnością popełniam ten grzech czynu. Tego typu liryka potrzebuje »kogoś z naprzeciwka«, by wtedy móc rozwinąć skrzydła i nabrać tego właściwego bogactwa znaczeń. Wręcz nieograniczona możliwość interpretacji – to fascynuje” – napisała w dołączonym do wierszy eseju.

Most z wierszy

Drugi tomik był już dwujęzyczny. Kokardę na wietrze (die Schleife auf dem Wind) Małgorzata opatrzyła mottem-wierszem. Jego autor – Peter Huckauf z Berlina to pierwszy poeta niemiecki, którego przetłumaczyła i „przywiozła” do Płocka. Później byli: Renate Axt, Barbara Zeizinger, Ursula Teicher-Maier, Michael Schäfer, E.A. Diroll. Małgorzata zaprzyjaźniła się z literackim środowiskiem Darmstadt – miastem partnerskim Płocka. Z tej przyjaźni w 2001 roku powstała unikatowa antologia Most poezji (Poesie Brücke). Opublikowano w niej wiersze takich twórców, jak: Renate Axt, Harald Dastis, Alexander Deppert, Fritz Deppert, Alexander Diroll, Kurt Drawert, Johannes Jourdan, Matthias Kneip, Jan Koneffke, Karl Krolow, Hans Helmut Maier, Reinhardt Olschanski, Fritz Pratz, Heinz Winfried Sabais, Silke Scheuermann, Bettina Schuck, Gila Stromberger, Ursula Teicher-Maier, Marie-Louise Trobitius, Wolfgang Weyrauch, Gabriele Wohman, Barbara Zeizinger i 25 polskich poetów. Wszystkie wiersze przełożyła Małgorzata Płoszewska. Dzięki niej stały się one realną częścią wymyślonego mostu, bo jak napisał Karl Dedecius: „Literaturę można porównać do okna, przez które jeden naród patrzy drugiemu w oczy. […] Pisarz gdziekolwiek by był i tworzył, jest budowniczym mostów. Poprzez zgłębianie ducha obcego języka, odkrywamy piękno i możliwości mowy własnej”.
Wiersze, które zawędrowały na poetycki most, utwierdzają nas w przekonaniu, że poetom nie przeszkadzają granice. Kurt Drawert zastanawiając się nad sensem poezji, przypomniał swoją przyjaźń z polskim poetą Zbigniewem Herbertem. Spotkaliśmy się w supermarkecie blisko/ kasy, obaj w tym samym czasie stypendyści/i stróże dystyngowanego domu wielkiej sztuki./ On w powiewającym letnim płaszczu, pachnący/Paryżem, albo tym skąd właśnie owej zimy przybywał./Ten niespokojny między światami. […] Maciej Woźniak w wierszu „Lipsk, grudzień 1736” przywołał Bacha. Skrzypiące stopnie, po których co dzień schodzę/ niczym Bóg Spinozy, spod błękitnych sklepień/ i srebrzystych piszczałek o głosach aniołów,/w dół. Pomiędzy obojętne ukłony ludzi,/ zbierających się o tej porze na wieczorną mszę/ u Świętego Tomasza. Skąd mieliby wiedzieć,/że to ja jestem tym Bachem, o którym świat/ dowie się dopiero pół wieku po mojej śmierci. Wiersze wybrali: Fritz Deppert, Marek Grala i Bohdan Urbankowski.
W 2008 roku Małgorzata przygotowała przekłady utworów Bernda Kebelmanna. Niedowidzący poeta był inicjatorem kolejnego międzynarodowego projektu, w który również się włączyła. W Berlinie wydana została antologia Lyrikbrücken (Liryczne Mosty) zawierająca wiersze 14 niewidomych poetów z 10 krajów. Napisali je: Bernd Kebelmann, Pilar Baumeister, József Bényei, Zsuzsa Csikós, Sára Rietz, Pavel Dvořák, Marcel van Maele, Patricia Sanders, Ryszard Machowski, Andrzej Bartyński, Jolanta Kutyło, Eero Vartio, Evgen Bavčar, Rune T. Kidde. Niektóre tłumaczyła Małgorzata.

Z listu:
Posyłam ci trzy teksty, które wycisnęłam na papier, otwierając dwa nowe cykle: krótką prozę o moich przypadkach scenicznych oraz nowy cykl wierszy o moich przypadkach na tzw. scenie życia, które będą posiadały także swój wyraz graficzny. Przeczytaj i oceń. […] Lubię, strasznie lubię, jak się coś fajnego dzieje, nawet jeśli mnie przy tym nie ma. Ale tak naprawdę to nie moja zasługa, to ci ludzie sami.
Nie minęły trzy lata, gdy mogła się pochwalić kolejnymi przekładami, które weszły do tomu „Okno po horyzont – Ein Fenster bis zum Horizont”. – „Ponieważ poruszam się w magicznym kręgu dwóch kultur, staję się mostem między językiem polskim a niemieckim. Obydwa języki mają dla mnie dzisiaj duże znaczenie i jako autorka przekładów poetyckich, zagłębiając się w znaczenia słów, znajduję w nich coraz więcej podobieństw. Każde słowo ma swoją ojczyznę, swój dom, ale jego przekład na inny język ma szansę na pozyskanie nowego miejsca, w którym może się zadomowić. Moja praca translatorska stała się takim właśnie otwieraniem okna, by wpuścić do wnętrza nowe, mało znane, ale świeże wersy, przewietrzyć nasze rozumowanie, wzbogacić nasz dom” – napisała.

Ukradziona chwila

Spotkania z poetami, których przywozi Małgorzata już nie tylko do Płocka, zawsze mają szczególną aurę. To nie jest zwykły wieczór, kiedy autor czyta swoje wiersze. Małgorzata z jednego tomiku potrafi wyczarować cały spektakl: z muzyką, światłami, dwujęzycznym dialogiem. Tak właśnie dzieje się podczas tournée poetyckich grupy QuadArt, której założycielami oprócz Małgorzaty są: Piotr Szczepańki i Bernd Kebelmann. Wiersze w przekładach polskich i niemieckich przedstawiali w Warszawie, Włocławku i Gdańsku. Na prezentację tylko własnych utworów Małgorzata ma zawsze mało czasu. Kiedyś, zanim na dobre zajęła się przekładami, udawało się częściej. Niektórych wieczorów autorskich nigdy nie zapomni, jak na przykład tego w łódzkiej Przechowalni.

Z listu:
Jestem ogromnie podniecona, a jednocześnie nie wierzę w to. Andrzej Poniedzielski z Elą postanowili zorganizować swój wieczór ze mną jako gościem. Andrzej ma prowadzić spotkanie, Ela będzie śpiewać, a recytacją ma się zająć Ania. Już przygotowałam foldery z moimi wierszami, ale mimo wszystko w to nie wierzę. […] Szkoda, że nie udało ci się przyjechać do Łodzi. Myślę, że pokrzyżowały ci się plany, co? Lilianna była bardzo zwiedziona, bo tak miała ochotę się z tobą zobaczyć. Andrzej Poniedzielski z Elą Adamiak zgotowali mi bardzo serdeczne przyjęcie w tej ich norce. Mimo upału (najcieplejszy dzień wiosny – 36 stopni) doliczyłam się 36 osób. A najmilsze i najbliższe też były.
Pisanie i przekładanie wierszy odbywa się u Małgorzaty pomiędzy tzw. życiem codziennym a pracą zawodową, tu i tam, np. na stacji benzynowej, w szkole, kolejnych prywatnych firmach. Z literackich podróży przywozi wiele zdjęć. To też pasja zapamiętana z dzieciństwa.
– Dlaczego ciągle robisz zdjęcia? – dręczyłam ojca. – To jest nudne dla mnie i dla Poli. – Dlaczego? Bo lubię to robić. Od dziecka robiłem zdjęcia. Postaraj się to zrozumieć – migały jego ręce. – Wyobraź sobie, że czas jest filmem, a ja jestem złodziejem. – Dlaczego jesteś złodziejem? Przecież nic złego nie robisz… – pytałam zdziwiona. – Bo ja kradnę tylko niektóre chwile z czasu i chowam je na kliszy. Każde zdjęcie to jest ułamek sekundy złapany aparatem fotograficznym. Kiedy później będziesz je oglądać, przypomnisz sobie to, co było, jak było w twojej rodzinie, jaki był twój dom, będzie to miłe wspomnienie. Trzeba pomagać pamięci. Moje zdjęcia z dzieciństwa, a było ich bardzo dużo, bo mieściły się chyba w 40 albumach, spłonęły w powstaniu warszawskim w 1944 roku. I mój dom z dzieciństwa został tylko w mojej pamięci. Teraz muszę zbudować nowy, dlatego znowu kradnę chwile z czasu. – Tato, ty jesteś dobrym złodziejem, budujesz dla nas dom – szybko migały teraz moje ręce. – Pokaż jeszcze raz, jak migasz słowo „dom”. W odpowiedzi złożyłam ręce jak do modlitwy, ale tata przecząco pokręcił głową. – Nie, nie, tak składasz ręce, żeby zacząć modlitwę. Słowo dom trzeba pokazać inaczej. Wyprostuj obie dłonie i przystaw je do siebie tylko czubkami palców tak, by tworzyły dach i wymawiaj wtedy wyraźnie: d o m. Powtórzyłam kilkakrotnie ten gest, mówiąc jednocześnie słowo „dom”. Tata uśmiechał się, potakując głową. – A teraz popatrz – migałam dalej, patrząc zadziornie. – Mój… (i tu położyłam otwartą dłoń na klatce piersiowej) cichy… (przyłożyłam palec wskazujący do ust) dom… (złożyłam otwarte dłonie w dach) jest… (jedna piąstka potarła drugą) na… (na otwartej lewej dłoni położyłam dwa palce, złożone jak do przysięgi) ulicy… (dwie otwarte dłonie ustawione pionowo wykonały ruch od ciała w przód) Królewieckiej… (prawą rękę ułożyłam tak, jakby trzymała wyimaginowane jabłko i położyłam na głowie, jakbym zakładała koronę). – O, bardzo dobrze! – powiedział tata.
– Ale dlaczego powiedziałaś „cichy dom”? Czy dlatego, że ja i mama jesteśmy głuchoniemi? – Nie… Dlatego, że jak robisz zdjęcia, to nie robisz hałasu, a jak oglądasz album ze zdjęciami, to kartki nic nie mówią, tylko szeleszczą. Bardzo cicho i prawie tego nie słychać.
Do 2014 roku Małgorzata Płoszewska przełożyła na język polski i niemiecki ponad 100 autorów i zaczęła nowy projekt Europejskiego Zrzeszenia Autorów KOGA.

PS Kartka z Konstancji
Małgorzata zabiera mnie sprzed dworca w Darmstadt. Jest doskonałym kierowcą i pruje po równej autostradzie 130 na godzinę. Żartuje, że boi się tylko jednopasmówek np. z Płocka do Warszawy. Wtedy woli, żeby prowadził mąż. Nazajutrz z Reutlingen ruszamy oglądać wodospady na Renie. Ja chcę zobaczyć Konstancję z powodu Włodkowica. Krajan z podpłockiego Brudzenia, doktor praw i światły humanista przekonał Europę, że Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, czyli po polsku – Krzyżacy, nie zachowuje się tak, jak powinien. Małgorzata nie chce przypominać historii soboru w wierszu. Ewentualnie jej bohaterem mógłby być spalony na stosie Hus. Moczymy nogi w Jeziorze Bodeńskim, z widokiem na rzeźbę Imperii. – Zróbmy jakiś wspólny projekt – proponuje Małgorzata. – Dobrze, napiszę o Tobie.
Lena Szatkowska

Małgorzata Płoszewska

terapia

najskuteczniejszą metodą
na jeża w krtani
jest uśmiech

studiuję więc
jego definicje
sposoby użycia w nagłych wypadkach

napycham nimi kiszenie
napełniam spiżarnię
wystarczy
na długi czas

by prosto się trzymać
by z kogoś zadrwić
by skutecznie pokonać
ból głowy
i moralnego kaca

prawidłowo dozowany
rano i wieczorem
działa bez ryzyka
i skutków ubocznych

Bernd Kebelmann

Między dwoma marzeniami

sterczę zagubiony
i pomijam fakty

Moje ręce posyłam
do kuchni
a moje stopy dociskają
pedał pianina

Między dwoma marzeniami
staję się starszy
i coraz mniej
zrozumiały

Chyba że
ktoś mnie obudzi

ale kto to lubi

Zobacz kolejny artykuł

Brak tlenu osłabia sumienie

– My dramaturgowie powinniśmy dążyć do tego, aby za pomocą naszej twórczości ulepszyć istniejący porządek …