Najnowsze informacje
anal pump

Jestem niepokorny, lubię poszukiwać

Z aktorem Krzysztofem Bieniem rozmawia Lena Szatkowska

W jakim teatrze chciałby pan grać?
Teatr powinien być dobry. Zadawać pytania o sens istnienia, o Boga, o historię, prowadzić spór, ale nie dostarczać gotowych odpowiedzi. Z tym dzisiaj jest problem. Uważam się za człowieka starej daty, trochę z XIX wieku i rzadko porusza mnie dzisiejszy teatr w wydaniu Klaty, Rubina czy Łysiaka. Jarzyna i Warlikowski – tak. Bardzo sobie cenię również duet Strzępka–Demirski. Ważne spektakle zdarzają się rzadko. Nie zawsze gra się w Hamlecie. Brakuje mi w repertuarze polskiego teatru Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego i Wyspiańskiego, ale także Witkacego, Gombrowicza, Różewicza i Mrożka. To degraduje naszą narodową kulturę, historię i ciągłość tradycji. Aktor musi grać to, co zaproponuje dyrektor czy reżyser. Dobra farsa też może satysfakcjonować, tak wykonawcę i widzów. Choć zdarza się, że aktor odmawia.

Pan się na wszystko zgadza?
Nie. Nie należę do pokornych aktorów. Z chwilą, kiedy jestem przekonany, że powinno coś pójść w inną stronę to się bardzo bronię i walczę o swoje. Bywa to kłopotliwe w relacjach z reżyserem, ale czasem przynosi dobre rezultaty. Aktor musi być świadomy tego, jaki efekt chce osiągnąć. To jest rodzaj pewnego przekonania wypływającego z wewnątrz, że musi tak być i nie da się inaczej. Jest niewielu reżyserów, do których miałem bezgraniczne zaufanie, tak, żeby kompletnie ulec ich wizji.

Wymieńmy te znakomite nazwiska.
Myślę, że dla mnie takim reżyserem byłby do dzisiaj Krystian Lupa. Miał niesamowity dar przekonywania, łamania aktora, wydobywania z niego takich emocji, o które by się nie podejrzewał, przełamywania blokad i barier. Krystian cudownie pracuje z aktorami. Kocha ich. Poznałem go w moim pierwszym teatrze w Jeleniej Górze, za dyrekcji Aliny Obidniak. To był jego pierwszy sezon, zaraz po dyplomie, który zrobił ze studentami akademii krakowskiej. Nadobnisie i koczkodany powtórzył potem w Jeleniej Górze. Ja zagrałem wówczas we wszystkich spektaklach Krystiana Lupy. Również w tych autorskich: w Kolacji i Przeźroczystym pokoju. Krystian nie bazował tylko na gotowych dziełach, ale razem z aktorami poszukiwał, tworzył scenariusz. Musieliśmy pisać coś w rodzaju wypracowań o tym, jak wyobrażamy sobie sztukę. Pytał nas nawet o sny. To wszystko zamieniał w literacką partyturę. Później, jak tylko mógł, oglądał każdy spektakl, pilnował, robił omówienia. Miało się do niego zaufanie, aczkolwiek czasami wchodził w bardzo delikatne i niebezpieczne rejony. Potrafił się też wkurzyć i wyjść, trzasnąwszy drzwiami.

Miał pan szczęście trafiając na scenę, o której było wtedy głośno?
Adeptem teatru w Jeleniej Górze zostałem we wrześniu 1977 roku. Skończyłem Liceum im. Bolesława Chrobrego w Gnieźnie. Tam chodziłem do klasy matematyczno-fizycznej. Moja polonistka w I klasie, słysząc jak recytuję wiersze, zaproponowała mnie do teatrzyku amatorskiego. Teatrzyk zorganizowała III klasa, żeby sobie zarobić na wycieczkę do Zakopanego. Matka jednej z uczennic, która była emerytowaną aktorką, wymyśliła, że zrobią przedstawienie. Brakowało im chłopaka do głównej roli Oskara von Schwerina. Spektakl według Ludzi i cieni Andrzeja Wydrzyńskiego graliśmy w różnych miejscach, także na wsiach. Ludzie schodzili prosto z pola, żeby zobaczyć teatr. Zarobiliśmy na tę wycieczkę. Granie mi się spodobało. Nie miałem jeszcze wtedy warunków fizycznych, ale miałem głos. Wybrałem aktorstwo. Zaraz po maturze zdawałem do Warszawy, ale się nie dostałem. Zacząłem pracę w Gnieźnie, w urzędzie miasta, w komisji porządku i czystości. Na tej posadzie wytrwałem rok i ponownie składałem papiery do PWSTiF w Łodzi. Doszedłem do końca. Nie przyjęli mnie z braku miejsc. Napisałem odwołanie, nie pomogło. Może zrobiłem wrażenie, ponieważ pani profesor Mieczysława Walczak od wymowy poleciła mnie dyrektor Alinie Obidniak. Nic mi nie powiedziała. Niespodziewanie dostałem telegram, że jeśli jestem zainteresowany etatem adepta, mogę przyjeżdżać. Wsiadłem w pociąg. W Jeleniej Górze przeszedłem kolejny egzamin przed panią dyrektor i przed Krystianem Lupą. Debiutowałem 18 listopada 1977 roku w Androklesie i lwie Shawa, w reżyserii Henryka Tomaszewskiego.

Dlaczego zostawił pan Jelenią Górę?
Ciągnęło mnie życie studenckie. Nie chciałem, żeby mnie coś ominęło. Szkoła uczy pewnych podstaw, których mi brakowało w teatrze (teoria wiersza, historia teatru, dramatu, klasyka, proza). Zdawałem do Wrocławia i się dostałem. Moje studia (1980-1984) przypadły na dość smutny okres. Bo po chwili przebudzenia, festiwalu wolności i „Solidarności”, przyszedł stan wojenny. Trochę mi brakowało w szkole atmosfery, jaką wytwarzała pani Alina Obidniak. Z teatrem jeździliśmy na prestiżowe festiwale. Do Jeleniej Góry zjeżdżały teatry na wrześniowe Spotkania Jeleniogórskie, odbywały się ciekawe sympozja. W szkole poznałem swoją pierwszą żonę, Kaję, z którą mam trzy córki. Pod koniec czwartego roku studiów zagrałem w Teatrze w Rzeszowie u Matyldy Krygier, by za chwilę po szkole znaleźć się w Olsztynie. Później w Gdyni, ale gdy na dyrektora przysłano Bogdana Porębę, nie wytrzymałem. W 1987 roku zostawiłem PRL.

O wyjazd z kraju nie było wtedy łatwo.
Pod pretekstem operacji przegrody nosowej i zatok we Francji dostałem zezwolenie na paszport od dyrektora teatru. Kupiliśmy w Orbisie wycieczkę i z dwójką dzieci pojechaliśmy do Grecji. Stamtąd polecieliśmy do Australii. Teściowa była już w Melbourne. Wyemigrowała jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego.

Nie żal było teatru?
Myślałem, że to moje pożegnanie z zawodem. Liczyłem się z tym, że mając rodzinę, będę musiał iść do każdej pracy. Bez trudu znalazłem pierwszą pracę w fabryce odzieżowej. Potem znalazłem ogłoszenie, że poszukują w Hiltonie stewarda. Okazało się, że to miejsce przy zmywaku. Wytrzymałem 3 miesiące. Proponowali mi nawet inne stanowiska, że będę mógł korzystać ze szkoleń, pójść na specjalne studia, ale jakoś nie widziałem się w hotelarstwie. Czasem żałowałem, bo mogłem piąć się po szczeblach „kariery” na wysokie stanowisko. Znalazłem pracę u Polaka, który miał fabrykę wykrojników rotacyjnych. Ostrzyłem bardzo precyzyjne narzędzia pod mikroskopem. Czułem się jak grawer. Płacili bardzo dobrze. Można było z powodzeniem utrzymać rodzinę. W międzyczasie zaangażowałem się w życie polonijne i tworzenie polskiej grupy radiowej w wielokulturowej stacji 3zzz. W Australii poznałem Marka Perepeczkę. Agnieszka Fitkau, jego żona, miała wtedy zakład fotograficzny. W weekendy dawała nam aparaty i wysyłała do jakichś knajpek czy restauracji, gdzie odbywały się spotkania firmowe, wesela. Myśmy robili wszystkim zdjęcia, a potem je sprzedawano. Marek zrobił z amatorami udany spektakl Szewców Witkacego, a później organizowaliśmy różne wieczory poetyckie.

Kiedy udało się wrócić na scenę?
W drugiej połowie lat 90., już po systemowej transformacji w Polsce w roku 1989. Wraz z Kają zostaliśmy zaproszeni przez Jana Pietrzaka do udziału w jego programie kabaretowym pod trochę przydługim tytułem „Wszystkie nasze polskie sprawy i z Londynu i z Warszawy”. Australijskie tournee obejmowało wszystkie stolice stanowe Australii, poza Darwin w Północnym Terytorium. Gwiazdą programu była Irena Bogdańska-Anders, pseudonim artystyczny „Renata”, żona generała Władysława Andersa, która wraz z jego Armią Polską na Wschodzie wydostała się z Rosji Sowieckiej. Renata była nie tylko wspaniałą, znakomicie śpiewającą artystką, świetną interpretatorką tekstów Mariana Hemara, ale także piękną kobietą o olbrzymim poczuciu humoru, celnych, błyskotliwych ripostach i dystansie do siebie. W Melbourne mieszkał pierwszy mąż Ireny, Gwidon Borucki, aktor rewiowy i wodewilowy przedwojennych warszawskich i lwowskich kabaretów. Pan Gwidon, którego poznałem w Melbourne i z którym wielokrotnie występowałem w różnych programach artystycznych prezentowanych Polonii, był pierwszym wykonawcą słynnej pieśni Czerwone Maki. Przed występem siedzieliśmy we wspólnej garderobie z Renatą. Kończąc makijaż, zapytała, patrząc na nas w odbiciu lustra: „Znacie Gwidona Boruckiego?”. Potwierdziliśmy. „Wiecie, że to był mój pierwszy mąż?” – zapytała. Potwierdziliśmy. A ona z czułością: „Jakiż to był piękny mężczyzna, za grosz talentu, ale piękny był”. Wspólne tournée trwało trzy tygodnie. Gdy się skończyło, zacząłem tęsknić do aktorstwa.

Po dziesięciu latach niełatwo było zacząć od początku. Tyle się zmieniło w Polsce. Teatr też nie stał w miejscu. Jak Pan się odnalazł w nowym środowisku?
W 1997 roku, po 10 latach nieobecności w zawodzie, podjąłem rozmowy z Teatrem w rodzinnym Gnieźnie, ale nie było dla mnie miejsca. Przyjął mnie Zbigniew Marek Hass w Olsztynie. Od razu zostałem rzucony na głęboką wodę. Zaproponowano mi główną rolę Hamma w Końcówce Becketta. Olbrzymia rola, nie mówiąc już o ilości tekstu do opanowania, a miałem na to tylko 5 tygodni. Uważałem też, że byłem za młody do tej roli. Na premierze nie zagrałem najlepiej. Była trema. Z każdym spektaklem jednak było coraz lepiej. Później otrzymywałem komplementy. Ludzie chcieli rozmawiać po przedstawienich. Spektakl utrzymywał się w repertuarze trzy lata, zagraliśmy aż sto przedstawień. W Olsztynie na etacie długo nie zabawiłem. Lubiłem zmieniać teatry, poznawać nowe zespoły teatralne, poszukiwać, więc był gościnnie Elbląg i dwuletni etat w Szczecinie w Teatrze Polskim za dyrekcji Opatowicza, od 2000 roku. Zaczęliśmy od Wesela – grałem Czepca – reżyserował Janusz Józefowicz. Był to oryginalny spektakl, bo przeniesiony w realia lat 70., do remizy strażackiej, dużo discopolowej muzyki. Przestrzeń była wspaniale zaaranżowana, także choreograficznie, ale miałem niedosyt pod względem reżyserskiej interpretacji. Dziesięć lat po odejściu z etatu grałem tam nadal gościnnie w farsie Okno na parlament i Mistrza w Mistrzu i Małgorzacie. Po drodze zagrałem gościnnie w Teatrze Nowym w Poznaniu, gdzie Androklesa i Lwa reżyserował Erwin Axer. W latach 2004–2007 grałem w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Była też fajna przygoda z prywatnym Teatrem Komedia we Wrocławiu.

Potem był Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku, w którym spotykamy się od czterech sezonów.
Trafiłem do Płocka trochę przypadkiem. Spotkałem nową miłość, obecnie żonę Joannę. Uważam siebie za aktora charakterystycznego i takie role lubię. Nie lubię postaci plastikowych, szeleszczących papierem, niewyrazistych. Dlatego uwielbiałem grać w Romansie z Czechowem, zwłaszcza Swietłowidowa z Łabędziego śpiewu. Mam satysfakcję z roli Dziadka w Być jak Kazimierz Deyna, ze względu na odbiór publiczności, który dowiódł mi, że warto było się kłócić z reżyserem i cenię sobie P.O.D. Storczyka z Trzech mężczyzn w różnym wieku. Mam nadzieję, że jeszcze parę ciekawych ról na mnie czeka.

Myśli pan o serialach czy scenie teatru?
Nie zamieniłbym pracy w teatrze na seriale. To zabija aktora. Wprawdzie gdy pojechałem do Gniezna i wyszedłem z ojcem na spacer, a ludzie rozpoznawali mnie i prosili o autografy, było przyjemne i miło się robiło, ale potem raczej męczyło. Zdarza się, że zanim ludzie na mnie spojrzą, rozpoznają mnie po głosie. Gdybym miał jednak wybierać między pracą w serialach a teatrem, zdecydowanie wybrałbym teatr. Wolałbym zrezygnować z tzw. twarzy i popularności. To teatr rozwija warsztat aktora, kształtuje go, rozwija osobowość. Gra w serialach niesie niebezpieczeństwo, że trudno oderwać się od granych w nich bohaterów. Jest mało udanych przykładów. Poradził sobie z tym Janusz Gajos. No, ale to wielki aktor. Przygodę z filmem zacząłem od roli skorumpowanego komisarza policji Hofmanna w Prawie ojca, w reżyserskim debiucie Marka Kondrata, a serialową wędrówkę zapoczątkowała Plebania. Te odcinki reżyserował Radosław Piwowarski. Potem było M jak miłość i inne seriale. Także praca w Teatrze Telewizji w spektaklach odkłamujących polską historię i rozliczających się z PRL-em, w tym ważne spotkanie w pracy z reżyserem Ryszardem Bugajskim przy Śmierci rotmistrza Pileckiego, gdzie grałem kanalię, rzekomego obrońcę Pileckiego, a faktycznego pomagiera oskarżycieli, mec. Buszkowskiego.
W jakich rolach chciałby pan wystąpić?
Dorosłem do roli Hamma w Końcówce. Dziś chętnie bym sobie do tej roli wrócił. Namawiam dyrektora na kolejnego Becketta w naszym teatrze. Uwielbiam jego sztuki. Marzy mi się także Prospero w Burzy. Aktor nie zawsze jest świadomy drogi, jaką dochodzi do uzyskania wyrazistości postaci. Próbujemy zgłębić postać w oparciu o znajomość psychologii, poprzez analizę przyczynowo-skutkową, ale ważna jest też intuicja. Podglądamy ludzi, podglądamy mistrzów. Niedościgłym aktorem był Tadeusz Łomnicki, którego widziałem w wielu spektaklach na żywo. Przed wylotem do Australii oglądałem m.in. jego Taśmę Krappa.

Zostawił pan Australię, o której wiele osób marzy. Z czego było najtrudniej zrezygnować?
Tęsknię za pewnymi miejscami, za niezwykłymi krajobrazami i niepowtarzalnym światłem, australijskim latem i przyrodą, za otwartością ludzi, za państwem uporządkowanym, w pełni demokratycznym, wielokulturowym, ze wszystkimi ważnymi dla człowieka swobodami. Choć, niestety dziś tzw. poprawność polityczna osiągnęła tam rozmiar, który wielu Australijczykom się nie podoba. Państwo próbuje ingerować i kontrolować w sposób nadmierny wiele dziedzin życia, w tym zdrowia obywateli. Słyszałem ostatnio, że np. papierosy nie będą pakowane w kartoniki z marką papierosów, ale nazwami chorób, jakie palenie wywołuje. Tak więc paczka będzie nazywała się „Zawał Serca” albo „Rak Płuc”. Trochę to zabawne. Ale z drugiej strony zupełnie inaczej funkcjonują media, które kontrolują, niezależnie od linii i sympatii politycznych redakcji, przede wszystkim sprawujących władzę. Przyjaźniej pełnią swą funkcję urzędy. Człowiek czuje, że urzędnik jest po to, żeby pomóc, a nie po to, żeby utrudniać i komplikować. A u nas urzędnicy wciąż mają poczucie wyższości w stosunku do petenta. Nadal w naszym życiu występuje wiele absurdów postpeerelowszczyzny. Choć powoli i to się zmienia. Mentalność najtrudniej jest przebudować.

A Boże Narodzenie?
Pierwsze Boże Narodzenie przeżywaliśmy w roku 1988. Byliśmy zafascynowani atmosferą w supermarketach, kolorowymi dekoracjami i światełkami w handlowych galeriach, na ulicach i przed domami. Kolędy rozbrzmiewały w wielu miejscach publicznych. No i brak śniegu, za to temperatury dochodzące czasem do 40 stopni Celsjusza. Pamiętam, jak w pierwszym naszym wynajętym, drewnianym domku, zanim siedliśmy do polskiej Wigilii z opłatkiem i tradycyjnymi polskimi daniami, wzbogaconymi o pyszne, występujące w Oceanie Spokojnym i Indyjskim owoce morza, sałatki z krewetek, małże, kraby i inne smakołyki, do których podawano różne sosy, musiałem długo schładzać dach domu wodą, bo klimatyzacji nie było. Po wieczerzy w rodzinnym gronie jechaliśmy na słuchanie międzynarodowych kolęd przy świecach w Fawkner Park, blisko City, gdzie występowały australijskie gwiazdy. A po nich, zawsze o północy była pasterka w polskim Sanktuarium Maryjnym w Essendon, dzielnicy oddalonej 40 km od naszego domu. Ale pokonywaliśmy tę odległość bez trudu, bo tam spotykaliśmy nowych przyjaciół i znajomych. Tam biło serce bożonarodzeniowej małej Polski w Australii.
fot.

Zobacz kolejny artykuł

Brak tlenu osłabia sumienie

– My dramaturgowie powinniśmy dążyć do tego, aby za pomocą naszej twórczości ulepszyć istniejący porządek …