Najnowsze informacje
anal pump

Brak tlenu osłabia sumienie

– My dramaturgowie powinniśmy dążyć do tego, aby za pomocą naszej twórczości ulepszyć istniejący porządek światowy – twierdził Henryk Ibsen. We „Wrogu ludu”, otwierającej sezon premierze płockiego teatru, reżyser Andrzej Walden kontynuuje rozpoczęty przez Ibsena dyskurs o prawdzie, ideałach, mechanizmach rządzących polityką, wyborach, za które ponosimy odpowiedzialność. Pozostawiony samotnie ze swoją racją główny bohater, doktor Tomas Stockmann, w finałowej scenie zawaha się. „Tak albo nie, do godziny drugiej” – usłyszy. Którą drogą podąży? A my?
Mimo panującej w teatrze mody na dopisywanie klasycznym sztukom nowych treści, Andrzej Walden pozostał wierny oryginałowi, w nowym przekładzie Anny Marciniakówny. Dokonał natomiast dużych skrótów z korzyścią dla spektaklu. Zrezygnował z niektórych drugoplanowych postaci i scen osadzających akcję w XIX-wiecznych realiach. Salon – symbol mieszczańskiej kultury pozostał, o jadalni się tylko wspomina. Nie słychać dźwięku łyżeczek, nie widać wazy do ponczu ani szklanek, nie ma całej naturalistycznej warstwy obyczajowej. Na scenie z kilkoma krzesłami, lampą i stolikiem rozprawia się o ważnych dla miasteczka sprawach. Także o odkryciu doktora, które wstrząśnie decydentami. Próbki zbadane w laboratorium potwierdzają jego niepokojące przypuszczenia. Woda w uzdrowisku, z którego zyski czerpie całe miasto, jest skażona. Doktor nie ma wątpliwości, zakład należałoby jak najszybciej zamknąć. Innego zdania jest burmistrz Peter Stockmann. Przebudowa wodociągu wiązałaby się z ogromnymi kosztami, których kasa miejska nie zamierza ponieść, ponadto remont trwałby co najmniej dwa lata. W tym czasie ludzie stracą pracę i zarobki, a zła opinia odstraszy kuracjuszy. Wyjątkowy argument ma teść doktora (Henryk Jóźwiak). Jeśli lekarz ogłosi swoje odkrycie, jego dzieci pozostaną bez środków do życia, bo majątek przypadnie fundacji. Jeśli ustąpi, oświadczy, że się pomylił, będzie mógł wrócić na swoją posadę w uzdrowisku, a pieniądze pozostaną w rodzinie.
Wyniki badań chce początkowo nagłośnić miejscowy dziennik „Goniec ludowy”, który lubi sensacje i skandale. Jednak przygotowany do druku artykuł trafia na półkę. Młodszy z dziennikarzy stara się o posadę w ratuszu, a redaktor Hovstad swoją decyzję uzależnia od zmieniających się sympatii czytelników. Nie wiadomo również, czy angielskie opowiadanie tłumaczone przez córkę doktora znajdzie miejsce na łamach. Hovstadt (Piotr Bała) wyjaśnia Petrze (debiutująca na płockiej scenie Julia Chętkowska), że redaktor nie zawsze może działać w zgodzie ze swoim światopoglądem. – Polityka jest najważniejszą sprawą w życiu, w każdym razie w życiu gazety. Jeżeli chcę prowadzić ludzi ku wyzwoleniu, to nie mogę ich od siebie odstraszać. Kiedy czytelnicy znajdują w środku właśnie takie umoralniające opowiadania, chętniej będą czytali właśnie to, co dajemy im na pierwszych stronach. Będą się czuć bezpiecznie. Podstawową powinnością dziennikarza jest to, żeby działał w zgodzie z poglądami czytelników.
Toczący się na scenie dyskurs, poważne tematy, refleksje z pogranicza filozofii czy etyki, które Ibsen włożył w usta swoich bohaterów, wymagają od widza koncentracji. Musi skupić się na padających ze sceny kwestiach, co nie każdemu się udaje. Także aktorzy z różnym skutkiem mierzą się z gęstym tekstem dramatu. Trudną rolę doktora Stockmanna postawionego w skrajnych sytuacjach, często zmieniającego interlokutorów gra Szymon Cempura. Najlepszy jest w scenach finałowych. Dobrze wypada jego monolog podczas wiecu.
W drugim akcie spektakl nabiera tempa, zyskuje rytm, jest bardziej dynamiczny. W akcję zostaje włączona publiczność. Uczestniczy w zebraniu zorganizowanym według demokratycznych zasad miasteczka, w którym „panuje miły duch tolerancji”. Przewodniczący drukarz Aslaksen (dobra rola Marka Walczaka), reprezentant klasy średniej i koniunkturalista, przestrzega zasady: „umiarkowanie jest cnotą, która najbardziej zdobi obywatela”. Nie przeszkadza mu to „skłaniać się trochę bardziej w stronę tych, którzy posiadają lokalną władzę”.
Na widowni, wśród publiczności aktorzy wykrzykują swoje racje, buczą i protestują. W trwającej kilkanaście minut wrzawie przebija się głos doktora, który nie mogąc opowiedzieć o swoim odkryciu, wygłasza przemowę na temat taplającego się w kłamstwie społeczeństwa. Prawda, zwłaszcza głoszona przez samotną jednostkę, nikogo nie obchodzi. Liczą się interesy: grupy, partii, kliki. Prawie każdy w miasteczku grzęźnie w sieci wzajemnych zależności. – Ta zdecydowana zwarta większość odbiera mi wolność. To ona zabrania mi wypowiadania prawdy. Jestem pewny, że zgodzimy się co do tego, że ludzie głupi stanowią tę przytłaczającą większość na calutkim świecie. Ale nie może być słusznym, ażeby głupi panowali nad mądrymi – mówi doktor. Uważa, że społeczeństwo zbudowane na kłamstwie powinno zostać zdezynfekowane. „Racja zawsze jest po stronie większości!” – przerywa mu okrzyk z sali. Opinia publiczna, wspierana przez autorytet burmistrza (Krzysztof Bień) i lokalnych redaktorów, protestuje coraz głośniej. A doktor wytyka jej brak moralności. – W domu, w którym się nie wietrzy, w którym się codziennie nie zamiata podłogi (…) po dwóch, trzech latach ludzie zatracają zdolność do moralnego myślenia i działania. Brak tlenu osłabia sumienie. A wygląda na to, że istnieje wyraźny brak tlenu w wielu, bardzo wielu domach w tym mieście. Tomas Stockmann dochodzi do wniosku, że niestety wszyscy ludzie są niewolnikami jakiejś partii. Nie potrafi jednak wskazać lepszej opcji.
Przewodniczący zebrania proponuje głosowanie – na piśmie i anonimowo – nad kwestią, czy głoszący rewolucyjne poglądy doktor jest wrogiem ludu. Pojemne określenie, pochodzące jeszcze z czasów Komuny Paryskiej, przywłaszczały sobie potem kolejne ideologie. Ibsen pokazuje, jak łatwo zdyskredytować przeciwnika politycznego. Wystarczy posądzić go o mściwość, alkoholizm lub znaleźć szalonego przodka w rodzinie. Dziś zainteresowałby się pewnie mediami społecznościowymi, teoretycznie neutralnymi, gdzie wystarczy założyć konto, które usłużnie przybliży „całą prawdę” o człowieku. Aktorzy i widzowie głosują. Większością głosów obywatele uznają doktora za wroga ludu. Jeden głos przeciw oddaje pijany uczestnik wiecu (Henryk Błażejczyk).
Stockmann postanawia opuścić miasto. Jego decyzję popiera żona (Hanna Chojnacka). „Kiedyś ludzie zaczną myśleć inaczej” – mówi kapitan Horster (Mariusz Pogonowski). Tylko on oferuje Stockamnnom bilet do Nowego Świata. Czy tam dotrą? Pokonany bohater stwierdza z ironią: człowiek nigdy nie powinien zakładać swoich najlepszych spodni, kiedy wychodzi walczyć o prawdę i wolność.

Lena Szatkowska

Zobacz kolejny artykuł

Andrzeja Drętkiewicza portret ze wspomnień

– Był pierwszym niekomunistycznym prezydentem Płocka w III RP. Kształtowanie nowego oblicza miasta, przekształcenia własnościowe, …