anal pump

Święta przy pustym stole

Rodzina pani Barbary mieszka przy ul. Bukowej. Kilka parterowych ledwie trzymających się kupy domków, grzyb na ścianie, ogrzewanie piecowe, zapadająca się podłoga w jednopokojowym mieszkaniu, w którym mieszka kilka osób. Wrażenie pogłębia pusty i szary ogródek, którego chyba nigdy nie dotknęła ręka ogrodnika amatora. Wszędzie śmieci i szczekające bezpańskie psy. A jednak mieszkają tu ludzie, którzy cieszą się, że mają chociaż dach nad głową.
Dach nad głową to jedyny powód do radości tych ludzi. Poza tym nie mają pracy, często już w drugim pokoleniu żyją z zasiłków i dorywczych robót, które uda im się dostać. Dzieci chodzą do szkoły, ale nie należą do najlepszych uczniów, nikt tu raczej nie zastanawia się, czy wykształcenie pozwoli kiedykolwiek wyrwać się z tego osiedla.
Pani Barbara przy ul. Bukowej zamieszkała pięć lat temu z mężem i dziećmi. Mąż nie żyje, została sama z dwiema córkami i dwoma synami. Dziś w domku mieszka z 16-letnim synem, 13-letnią i 19-miesięczną córką oraz najstarszą, pełnoletnią córką, która przed dwoma miesiącami urodziła własne dziecko. Jest jeszcze jeden syn, 15-letni.
Przed laty zdiagnozowano u niego ADHD. Pani Barbara została jego opiekunką, pobierała świadczenie pielęgnacyjne, co oznacza, że zrezygnowała z pracy, by cały czas poświęcić choremu. Chłopak był agresywny, demolował wszystko, co znalazło się w zasięgu jego wzroku, bił siostry i matkę. Stale przyjeżdżały karetka pogotowia i policja.

Syn wyjechał do ośrodka

Wreszcie decyzją sądu chłopak został umieszczony w ośrodku opiekuńczo-wychowawczym, około 200 km od domu. – Kiedy w listopadzie ubiegłego roku dostałam do ręki decyzję sądu, byłam zrozpaczona, choć odczuwałam ulgę, że to koniec naszych problemów – opowiada kobieta. – Owszem, podpisywałam jakieś dokumenty, ale przyznam się szczerze, że nawet nie wiem, co to było. Zresztą, ten język pism urzędowych jest bardzo trudny, ja nic nie rozumiałam, ale nawet nie pomyślałam, że mogą być z tego kłopoty.
Syn wyjechał do ośrodka, ale okazało się, że nadal trzeba było mu wszystko kupić, książki do szkoły, buty, kurtki, stale chodził głodny.
– Przywiozłam go do domu na święta, spędził tu wakacje – tłumaczy pani Barbara. – Cały czas wypłacali mi na niego zasiłek, nawet mi do głowy nie przyszło, że coś jest nie tak.
Po podliczeniu wszystkich zasiłków, alimentów, świadczeń kobieta dysponowała sumą około 3 tys. zł na swoją liczną rodzinę. Nigdy nie chodziła prosić o dodatkową pomoc, jej dzieci nie były podopiecznymi żadnych fundacji. Musiało wystarczyć na wszystko, nawet wtedy, gdy najstarsza córka urodziła swoją córeczkę, którą musi wychowywać sama. Wystarczyło też na przywiezienie syna z ośrodka. – Cieszyłam się, gdy byliśmy razem, kiedy widziałam zmiany u syna: jak zaczął zdawać sobie sprawę ze swojego zachowania – zapewnia.

Bezprawnie pobierała świadczenie

Jak co roku we wrześniu pani Barbara składała dokumenty do MOPS-u o przedłużenie świadczeń na rok następny. Wpisała, że syn został umieszczony w ośrodku. I wtedy okazało się, że świadczenie pielęgnacyjne pobierała bezprawnie. Natychmiast została wydana decyzja o zwrocie całej sumy z odsetkami. Na poczet zwrotu zablokowano jej wypłatę wszystkich pieniędzy, jakie otrzymywała z MOPS-u, z funduszu alimentacyjnego. Z dnia na dzień kobieta została bez środków do życia, bez grosza, nawet na zakup mleka na najmłodszych. A najgorsze jest to, że nie wiedziała do końca dlaczego.
Dba o swoje dzieci, także o tego syna, który jest w ośrodku. – Od września do listopada był w domu, potem na święta i w wakacje – twierdzi. – Mam pokwitowania na paczki, które mu wysyłałam do ośrodka, ale to teraz nic nie znaczy. Muszę zwrócić całą sumę, choć nie miałam pojęcia, że robię coś niezgodnego z prawem. Zostałam potraktowana bezdusznie, zabrano mi pieniądze i koniec. Mam zerowy dochód, nie mam za co kupić mleka i chleba, a idą święta. Syna na pewno nie przywiozę do domu, a my będziemy głodni. Ja nawet nie wiem, gdzie iść i poprosić o pomoc. Myślałam, że gdyby syn został umieszczony w ośrodku, to automatycznie zapadnie decyzja, że albo zabierają mi pieniądze, ale nadal wypłacają. Nie miałam pojęcia, że zgłoszenie tego faktu było moim obowiązkiem.
Teraz zastanawia się, co dalej. Złożyła odwołanie, ale prezydent, w imieniu którego dostała pismo, odmówił „umorzenia należności pieniężnej nienależnie pobranych świadczeń”. Odwołała się od tej decyzji, ale nie wie, co dalej. Nigdy nie była w takiej sytuacji. Nie będzie świąt, nie będzie całej rodziny, nie zawiezie w lutym drugiego syna do Centrum Zdrowia Dziecka na kontrolę. Chłopak musi być pod opieką lekarzy, bo bierze hormony wzrostu. – Jeśli podtrzymają decyzję, to przez następny rok będą mi zabierać wszystkie świadczenia i zostanę bez środków do życia. Jestem załamana, nie mogę liczyć na żadną pomoc.

Nieznajomość prawa szkodzi

Niestety, trudno pomóc pani Barbarze, bo obowiązkiem matki jest zgłoszenie, że dziecko zostało zabrane do placówki opiekuńczo-wychowawczej. – W większości placówek wymaga się pomocy rodziny, ale mieszkanie i utrzymanie jest na koszt państwa – wyjaśnia Eliza Dygas, kierownik Działu Świadczeń Rodzinnych MOPS-u w Płocku. – Jeśli dziecko przebywa w ośrodku nieodpłatnie, świadczenie się nie należy. Opiekun podpisuje się pod decyzją sądu, gdzie jest wyraźnie napisane, jakie są obowiązki rodzica. Ta pani – by sprawować opiekę nad dzieckiem – musiała zrezygnować z innego zatrudnienia. Okres opieki zalicza się jej do emerytury. Obowiązkiem tej pani było niezwłocznie zgłosić fakt oddania dziecka do ośrodka.
Jak się okazało, pani Barbara w odwołaniu poprosiła o umorzenie świadczenia, ale takie decyzje podejmowane są tylko w wyjątkowych sytuacjach. Zabrakło prośby o rozłożenie długu na raty, dlatego nie była ona rozpatrywana. Teraz w Kolegium jest odwołanie od decyzji prezydenta, co oznacza, że sprawa nie została zakończona, ale do czasu wydania ostatecznej decyzji świadczenia pieniężne na rzecz rodziny muszą zostać zablokowane.
Konieczna jest pomoc innego rodzaju. – Skieruję do tej rodziny pracownika socjalnego i myślę, że uda się wypracować inną formę pomocy. Rodzina nie zostanie bez pomocy na święta – obiecuje pani Dygas. – Proszę napisać adres, telefon do tej rodziny, na pewno znajdziemy chętnych do pomocy. Nie może być tak, że ktoś w święta zostanie bez jedzenia. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy – obiecuje także działacz społeczny Stanisław Lewandowski.
Jeśli znajdzie się osoba, organizacja lub fundacja, która będzie mogła zapewnić rodzinie godne święta, prosimy o telefon do redakcji 24 262 55 88.     Jola Marciniak
fot. J. Marciniak

Zobacz kolejny artykuł

Kto był kierowcą, a kto pasażerem

Na wstępie trzeba zaznaczyć, że sprawa nie ma pozytywnego bohatera. Jeśli w południe dwóch pijanych …