Najnowsze informacje

Niepokojący znak [FELIETON]

Przez dwa tygodnie kwietnia żyliśmy tragedią brytyjskiego dwulatka Alfiego Evansa, który od półtora roku przebywał w stanie śpiączki w szpitalu Alder Hey w Liverpoolu i o życie którego młodzi rodzice toczyli batalię z brytyjskimi oraz europejskimi organami sądowymi, przegrywając ją ostatecznie. O ile trudno nie przyznać racji Jackowi Żakowskiemu, że tzw. „uporczywa terapia” nie jest obowiązkiem w sytuacjach beznadziejnych, o tyle nie sposób zrozumieć decyzji organów sprawiedliwości, które odebrały rodzicom prawo ostatecznego zdecydowania o dalszym losie własnego syna po odłączeniu go od aparatury podtrzymującej życie, powołując się w tym przypadku na „interes podsądnego”, czyli nieuleczalnie chorego dziecka. Co miało być tym interesem? Ponoć godna śmierć, ale taką chcieli dziecku zapewnić rodzice w domu lub we Włoszech, skąd napłynęła gotowość okazania pomocy w Szpitalu Dzieciątka Jezus w Rzymie. Natomiast decyzja o niewydaniu dziecka rodzinie wzbudza uzasadnione oburzenie, którego niektórzy publicyści nie omieszkali wyrazić językiem nad wyraz dosadnym.
Trudno się nie zgodzić ze Stanisławem Michalkiewiczem, który zachowanie brytyjskich sądów bezceremonialnie nazywa „totalniackim”, mając na myśli dyktat instytucji państwa nad sferą prywatnych decyzji obywateli. Publicysta stawia uzasadnione pytanie o to, do kogo należy „ostatnie słowo w sprawie losów małoletniego dziecka – do funkcjonariuszy państwa (…) czy do rodziców dziecka”, w pełni poczytalnych i odpowiedzialnych, „którzy znaleźli alternatywny sposób finansowania leczenia dziecka”, niezależny od funduszy publicznych. Brytyjskie sądy postąpiły bowiem zgodnie z logiką interesu państwa: decyduje ten, kto finansuje, a leczenie Alfiego było finansowane z budżetu publicznego. I w związku z tym wyrwać dziecka ze szponów państwowego systemu nie udało się nie tylko bardzo młodym rodzicom, ale także władzom włoskim, a nawet samemu papieżowi Franciszkowi. Czy to są już oznaki postępującego totalitaryzmu, czy też przejaw nowoczesnego humanitaryzmu, zarządzanego przez głęboko przejętych swoją misją funkcjonariuszy państwowych?
W całej tej sprawie chodzi przede wszystkim o ponowne zdefiniowanie zakresu wolności człowieka w systemie politycznym, który lubi nazywać siebie liberalną demokracją. „Liberalną” to znaczy „wolnościową”, czyli taką, w której zakres swobody, jaką cieszy się człowiek, jest szeroki, jak najszerszy. Ma on swoje ograniczenia, to naturalne, które reguluje prawo, obyczaje i moralność, ale wszędzie tam, gdzie człowiek nie szkodzi, nie wyrządza zła, ma możność swobodnego decydowania o swoim losie i losie swojej rodziny. Teraz okazuje się, że niekoniecznie albo nie zawsze. Trzeba także pamiętać, że to samo prawo, które zakazuje, stoi też na straży realizacji przysługujących obywatelowi uprawnień, i tych naturalnych, i tych, które wypływają bezpośrednio z regulacji prawnych. Okazuje się, że te czasami najtrudniej jest wyegzekwować, czego najlepszym dowodem jest zaistniała sytuacja, w której zdesperowanym rodzicom kibicował cały świat. Niestety, bezskutecznie. I to też jest niepokojący znak.

Wiesław Kopeć

Zobacz kolejny artykuł

Naziści i chuligani [FELIETON]

Gdybyśmy byli mądrym narodem kierowanym przez mądrych przywódców, wówczas z publikacji tej porażającej książki potrafilibyśmy …