Skąd ja mogę wiedzieć co się śniło Eneaszowi? Z rozbrajającą szczerością odpowiadał jeden z naszych kolegów, zapytany tuż po feriach przez profesor łaciny, która sprawdzała znajomość Eneidy. Próbując wybrnąć z sytuacji, korzystał z podpowiedzi innych także nie znających tematu i odpowiedział – boginka. Na co profesor odpowiedziała: siadaj boginko – dwa. Te i wiele innych szkolnych sytuacji z łezką w oku wspominały absolwentki Małachowianki z klasy e, rocznik maturalny 1965 podczas pikniku absolwentów. W czasie czwartego już spotkania absolwentów Liceum Ogólnokształcącego im. St. Małachowskiego w Płocku można było usłyszeć mnóstwo sympatycznych, śmiesznych, wzruszających szkolnych wspomnień.


Po raz kolejny małachowiacy licznie odpowiedzieli na apel organizatorów spotkania – Towarzystwa Wychowanków, Wychowawców i Przyjaciół Gimnazjum i Liceum Marszałka Stanisława Małachowskiego. Patrząc na powiększające się grono uczestników pikniku nie można było mieć wątpliwości co do tego, że tradycja spotkań będzie kontynuowana przez wiele kolejnych lat.
– Ci, których z różnych względów brakuje na naszych spotkaniach, popełniają błąd. Tracą możliwość powrotu do czasów, kiedy miało się osiemnaście lat, świat u swoich stóp. Rozmowy w gronie koleżanek i kolegów ze szkolnej ławy mają w sobie niepowtarzalną atmosferę. Trudno stracić coś takiego. Osobiście uważam, że po prostu nie mogłoby mnie nie być na takim spotkaniu – mówiła Małgorzata Rutecka rocznik maturalny 1966.
W jej przypadku nie mogłoby być wyboru innej szkoły. Małachowiankę kończył jej ojciec i wuj. Jest to właściwie związek rodzinny z Małachowianką. W jej szkolnych wspomnieniach bardzo sympatycznie zapisał się już początek roku szkolnego, kiedy rozpoczynała naukę w Małachowiance i trafiła na otwarcie nowego budynku przy ulicy Małachowskiego.
Matura trzech
siódemek
Zbigniew Perzesty, rocznik maturalny 1958, świadectwo maturalne odbierał na zjeździe trzech siódemek, w 777-lecie szkoły. Jego klasa zapisała się w pamięci profesorów i rówieśników jako klasa rozrabiaków. – Pomysłów na wybryki nie brakowało. Kiedyś powstał pomysł, aby olbrzymi głaz, o średnicy około półtora metra z terenu szkoły przetoczyć w miejsce po byłym teatrze Pracowaliśmy uparcie nad tym przez kilka dni. Potem było uroczyste spuszczanie kamienia do Wisły. Nie przewidzieliśmy, że spadając kamień może zmienić tor biegu. Przetoczył się dosłownie parę metrów od ładującego na dole piasek mężczyzny – mówił Zbigniew Perzesty.
Przestraszony i zdenerwowany mężczyzna pojawił się za kilka minut z batem u dyrektora. Ten od razu wiedział, że za tym stoi X c. A “pamiątkowy” kamień do dziś spoczywa na dnie Wisły. Uczniowie Xc na placu za kaplicą zakopali butelkę z nazwiskami i życiorysami osób z ich klasy. – Butelka przetrwała kilkadziesiąt lat. Podczas prowadzonych piętnaście lat temu prac remontowych została wykopana i ten historyczny moment został zniweczony. Ale nasza pamięć o tym trwa – wspominał Zbigniew Perzesty.
Maria Kaczmarczyk rocznik maturalny 1965 przyznaje, że Małachowianka jest wpisana w życie jej rodziny. – Ja jestem trzecim pokoleniem, moje dzieci czwartym, które swoje losy związały właśnie z tą szkołą. Była to szkoła na miarę możliwości i oczekiwań. Zawsze uważałam, że zaszczytem jest być jej absolwentem. Uczyła, dawała mądrość i praktyczne wskazówki na dorosłe życie – uważa Maria Kaczmarczyk.
Barbara Korycka, rocznik maturalny 1965, przyznaje, że atmosfera szkoły, to w dużej mierze zasługa nauczycieli. Ci, których spotkała na swojej drodze w Małachowiance, byli wspaniałymi ludźmi. – Wiadomo, że byli nauczyciele, z których się żartowało, których się bało, którym się dokuczało. Ale w taki sympatyczny sposób. Kiedyś naszej profesor od geografii zrobiłyśmy taki numereczek, że wysmarowałyśmy tablicę tłuszczem i z pisania na niej były nici.
Jak małachowiak
z małachowiakiem
Wspólnie z Barbarą Wolano (rocznik maturalny 1965), klasową koleżanką, przyznają, że ta szkoła uczyła silnej więzi pomiędzy uczniami. – Do tej pory słyszymy taką opinię, że jak się spotka małachowiak z małachowiakiem, to jeden drugiemu pomoże i wszystko uda się załatwić. Przyznam, że coś w tym jest. To się czuje. Szczerze mówiąc nie wyobrażałam sobie wyboru innej szkoły – powiedziała Barbara Wolano.
Los rozrzucił małachowiaków w różne strony. Mimo tego przyjaźnie przetrwały. Przetrwała także chęć spotykania się, wspierania, zwykłej, koleżeńskiej rozmowy. Taka toczyła się już od pierwszych minut spotkania przy jednym ze stolików, przy którym siedziały cztery koleżanki z jednej klasy: Maria Jeżewska, Anna Wilkanowicz, Zofia Wierzchowska, Hanna Skierska – rocznik maturalny 1965. – Możemy powiedzieć, że siedzimy sobie w jednej ławce, jak za dobrych, szkolnych czasów – żartowały moje rozmówczynie.
Maria Jeżewska wspomina szkołę z łezką w oku. Przyznaje, że nawet szkolny rygor był czymś sympatycznym. Bo swój urok miały szkolne berety, fartuchy. Z sympatią wspomina to, że na studniówkę trzeba było przyjść w białej bluzce i granatowej spódniczce. – Dopiero na balu maturalnym były kobiety i mężczyźni – mówiła Maria Jeżewska. – Bardzo ciepło wspominam profesora Karaskiewicza, mimo że był bardzo rygorystyczny. Pamiętam taką zabawną sytuację, kiedy wracałyśmy od koleżanki, u której uczyłyśmy się fizyki. Nasi koledzy, jako dżentelmeni, postanowili nas odprowadzić. Niestety zobaczył nas profesor. Wieczorem o godzinie 21.00, w towarzystwie kolegów. Wiadomo było, kto następnego dnia pójdzie do odpowiedzi.
Mimo, że na lekcje nie można było przyjść bez fartucha czy w makijażu, szkoła pozostawiła ciepłe wspomnienia, które trwają do dziś. Anna Wilkanowicz, tak mówi o Małachowiance: – Być uczniem tej szkoły, to było coś. Czegoś nas uczono. Nie chodzi tylko o konkretne przedmioty. Ale o całą postawę, podejście do innych ludzi, rozumienie i postrzeganie świata. To nam dało bardzo wiele.
Teresa Radwańska-Justyńska