Najnowsze informacje
anal pump

Widziane ze skarpy

Mimo wakacji o sezonie ogórkowym trudno mówić. W ogóle ten termin chyba na dobre odchodzi do lamusa. Po pierwsze ogórki dostępne są przez okrągły rok (szklarniowe mutanty, ale zawsze…), po drugie świat pędzi w zawrotnym tempie do przodu i nie ma zamiaru zwalniać nawet w letnie upały. Toteż politycy zamiast dać nam od siebie odpocząć, dostarczają atrakcji na okrągło. Jakby się obawiali, że publiczność może dojść do zaskakującego wniosku o ich zbędności jeśli tylko na chwilę znikną z telewizyjnych ekranów i pierwszych stron gazet. Zatem nie znikają. Ostatni tydzień wypełnił spektakl w Brukseli. Sprawozdawcy na bieżąco relacjonowali to pasjonujące wydarzenie, niczym finał mistrzostw świata w piłce nożnej, albo inną olimpiadę. Na koniec okazało się, że wszyscy wygrali! Podejrzane to trochę. W sporcie, jeśli mecz kończy się wynikiem satysfakcjonującym obie strony, od razu pojawia się podejrzenie, że był on osiągnięty nie na boisku, a przy zielonym stoliku… W przypadku „sukcesu w Brukseli” też zachodzi podejrzenie, że coś jest nie tak… Wygląda na to, że nasz sukces w tych negocjacjach można porównać do osiągnięcia dziecka, które wynegocjowało z matką, że może jeszcze przez dziesięć minut zostać na podwórku… A po dziesięciu minutach? A kto by tam myślał o tak odległej perspektywie czasowej?
Tym bardziej, że nie brak problemów bieżących w kraju. Jak można spokojnie myśleć o czymkolwiek, kiedy za oknami tłum (no, może tłumek…) pań w białych fartuchach przypomina człowiekowi o najgorszych koszmarach dzieciństwa (mam na myśli oczywiście szczepienia obowiązkowe przeciwko rozmaitym ospom i durom brzusznym), a cztery takie energiczne kobitki czają się tuż za ścianą gabinetu (zapewne z wielkimi strzykawkami ukrytymi w przepastnych kieszeniach fartucha)? Czy pod taką presją można myśleć sensownie o innych koszmarach wieku szkolnego – jakichś pierwiastkach czy logarytmach? To już lepiej zająć się oddaleniem tych wewnętrznych zagrożeń. Domagają się pieniędzy? Cóż, trzeba obiecać! Najlepiej tak, jak natarczywemu dziecku: jak zrobimy zakupy i zostanie nam pieniążków, to mamusia kupi ci tego loda… A jak nie zostanie? Po co od razu ten pesymizm? Zrobimy referendum z pytaniem: czy zgadzasz się na zabranie najbogatszym, by rozdać najbiedniejszym (to znaczy tym paniom, co to za ścianą ze strzykawkami…)? Oczywiście gdyby zapytać tych sknerowatych bogaczy, wynik mógłby być niepomyślny. Ale jeśli wszystkich? To już zależy kogo uzna się za najbogatszego…
W mieście też ciszy w polityce nie ma. Radni pokłócili się o to, czy powołać miejski urząd pracy? A właściwie jeden radny pokłócił się z pozostałymi. No, może nie wszystkimi… Jednak w głosowaniu większość była za tym pomysłem. Co ja na to? Czytelnicy łatwo się domyślą. Oczywiście powołanie nowego urzędu jest moją „ulubioną” metodą rozwiązywania problemów. Równie skuteczną, jak w gospodarce drukowanie pieniędzy. Monetaryści uporczywie powtarzają, że gdyby drukowanie pieniędzy było receptą na bogactwo, to na świecie nie byłoby krajów biednych. W końcu na maszynę drukarską stać nawet najbiedniejsze państwo afrykańskie… Przez analogię można powiedzieć, że gdyby powołanie urzędu było receptą na problemy społeczne, to ziemia nasza byłaby dawno rajem. Bo co to za problem powołać urząd? Niestety, tu jest podobnie jak w przypadku drukowania pieniędzy. Owszem, jest to interes, ale tylko dla tych, którzy drukują. Dla całej reszty już jakby przeciwnie… Powołanie urzędu też jest korzystne ponad wszelką wątpliwość. Dla urzędników, którzy w przyszłości będą w nim zatrudnieni. Oczywiście to też korzyść. Bezrobocie zmaleje o te parędziesiąt osób… Pozornie. Bo jak uczy ekonomia (oczywiście ta liberalna, a więc niesłuszna), by utrzymać urząd, trzeba pieniądze na ten cel pozyskać w postaci podatków od ludzi, którzy je zarabiają. Między innymi od przedsiębiorców, którzy z tego powodu nie wydadzą ich na inne cele. Na przykład na rozwój swojej firmy i zatrudnienie dodatkowego pracownika… Albo na „rozpasaną konsumpcję”, co pozwoli innym przedsiębiorcom, tym którzy te zachcianki będą spełniać, na zatrudnienie dodatkowego pracownika… Jak wypadnie bilans tych rozwiązań? Nie wiem, niech Szanowny Czytelnik sam spróbuje poszukać odpowiedzi.
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Niewiele brakowało, a ten tekst w ogóle by do Szanownych Czytelników nie dotarł. Nie dotarłby z prostego powodu. Tak byłem zaabsorbowany poszukiwaniem samochodu, że zupełnie zapomniałem o najważniejszych obowiązkach. Z obowiązkiem dostarczenia na czas niniejszego felietonu włącznie. Na szczęście są w redakcji osoby, które czuwają nad tym, by kolejny numer gazety był kompletny… O co dokładnie chodzi? Nie, nie zgubiłem swojego pojazdu. Postanowiłem, a raczej życie postanowiło za mnie, wymienić go na nowszy. Nie całkiem nowy, bo jak na razie praca, którą na co dzień wykonuję nie przynosi aż takich dochodów (świąteczne pisanie tych paru zdań dla Szanownych czytelników również), bym mógł po prostu udać się do salonu i wybrać model prosto z taśmy, spełniający na dodatek wszystkie moje oczekiwania. W tym układzie trzeba intensywnie poszukiwać nie tyle samochodu, co – jak mówi jeden z dziennikarzy specjalizujących się w branży motoryzacyjnej – ceny satysfakcjonującej kupującego. Cóż prostszego? Samochodów używanych na rynku zatrzęsienie. Tak może powiedzieć ktoś, kto nie próbował zakupu dokonać.

Kiedy jednak się spróbuje… Wrażeń, których taki poszukiwacz doświadczy starczyłoby nie tylko na cykl felietonów, ale na wielotomową powieść. Przede wszystkim rzuca się w oczy różnica między egzemplarzami sprowadzonymi z zachodu – wychuchanymi jakby dopiero wyjechały z salonu, a użytkowanymi w kraju, które kojarzą się nieodmiennie z wykopkami – wyglądają tak, jakby były używane do przewożenia kartofli luzem… Oczywiście to tylko reguła. Są wyjątki! Po drugie – wszystkie są bezwypadkowe, a w każdym razie tak twierdzi sprzedawca. Nie wiem, ale według mnie nie – taką odpowiedź usłyszymy na pytanie, czy dany egzemplarz uczestniczył w jakiejś kolizji. Nawet jeśli gołym okiem widać, że każda szyba z innego rocznika – panowie idą w zaparte…

O przejechanych kilometrach nie ma co mówić. Zdarza się na przykład, że podaje się przebieg, dajmy na to, sto dwadzieścia tysięcy kilometrów, a potem pokazuje klientowi książkę serwisową, w której zapisano, że podczas przeglądu dwa lata temu było sto pięćdziesiąt tysięcy… A nawet trafił mi się przypadek informowania o dwóch właścicielach, mimo czterech nazwisk w dokumentach. I to mieszkańców czterech różnych miast! I jak tu kupić używane auto? Wydawałoby się, że nic prostszego. Ktoś jeździ parę lat samochodem, w kraju lub za granicą, znudzi mu się, wstawia do komisu, albo daje ogłoszenie do gazety, sprzedaje, kupuje nowy… Tylko że takich przypadków praktycznie nie ma. Albo ja mam pecha i nie udało mi się, mimo intensywnych poszukiwań, na taki trafić. Wydaje się, że rodacy albo się samochodami wyłącznie rozbijają, albo przejeżdżają tyle kilometrów, że za nic nie chcą tej liczby przed światem ujawnić, albo…. Patrz wyżej! Jeśli zatem ktoś chce jeździć samochodem, to albo musi wytrwale oszczędzać na produkt prosto z fabryki, albo być urodzonym hazardzistą…
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Lekarze ze szpitala na Winiarach wkrótce złożą wymówienia z pracy. Mówiąc precyzyjnie – nie wszyscy, ale jakieś dwie trzecie ogółu zatrudnionych. Zdaniem kierownictwa szpitala spowoduje to sparaliżowanie jego działalności. Zobaczymy. To znaczy utrudnienia dla kierownictwa będą ogromne niewątpliwie, ale czy zaraz paraliż? Byłbym ostrożny. Ostatnio wszystkie media doniosły z entuzjazmem o przypadku pacjenta wybudzonego po osiemnastu latach ze śpiączki. I wkrótce wszystkie, aczkolwiek z entuzjazmem bez porównania mniejszym, informowały że z tym snem to nie całkiem tak, że właściwie człowiek ten miał kontakt ze światem, ale w jedną stronę. To znaczy, że bodźce odbierał, ale sam nie mówił i nie chodził. W każdym razie cud nie był tak wielki, jak pierwotnie pisano. Kto wie czy i w tym przypadku nie będzie podobnie? Może się okazać, że do funkcjonowania szpitala nie potrzeba aż tak wielu lekarzy? A tych niezbędnych da się jednak na rynku znaleźć? Do tej pory dyrektorzy szpitali działali rutynowo – przejmowali stan zastany i o żadnej rewolucji nie mieli powodu ani ochoty myśleć. Teraz będą zmuszeni. Co z tego wyniknie? Nie wiadomo. Poczekajmy.
A co z pacjentami? Problem jest poważny, jak to w socjalizmie. Ustrój ten polega, jak stwierdził onegdaj Kisiel, na mozolnym pokonywaniu trudności, które nie występują w żadnym innym ustroju. Gdyby nie socjalizm, pacjent dysponujący sam swoimi pieniędzmi, w razie potrzeby poszukałby sobie szpitala w innym mieście, albo i kraju (niekoniecznie „starej Unii”). Ale skoro jego pieniędzmi na leczenie dysponuje Narodowy Fundusz Zdrowia, to niestety nic nie może zrobić. Musi czekać na to, co jego dobroczyńca wymyśli. Jedyne co może, to wystąpić przeciwko rzeczonemu funduszowi do sądu o odszkodowanie z powodu uchylania się od świadczenia usług, za które pod przymusem zapłacił. A że to lekarze strajkują, a nie fundusz? A, to już nie jest problem pacjenta! Niech fundusz procesuje się z lekarzami. Wszystkie te rady są raczej funta kłaków warte, bo w miłościwie nam panującym systemie zapewne nie wiadomo dokładnie do czego fundusz jest wobec pacjenta zobowiązany. Jedyne precyzyjnie określone zobowiązanie, to konieczność płacenia comiesięcznej składki zdrowotnej! I niech ktoś spróbuje nie płacić, na przykład pod takim pretekstem, że Narodowy Fundusz Zdrowia nie wywiązuje się ze świadczeń!
Wszystkie te rozważania oparte są na założeniu, że lekarze naprawdę zamierzają wypowiedzieć umowy o pracę, które im nie odpowiadają. Dotychczasowe doświadczenia niekoniecznie dają podstawę do takiego przekonania. Może tylko straszą, jak to wielokrotnie wcześniej bywało? Zobaczymy. W całej sytuacji przykry jest jedynie fakt, że będzie to gigantyczny eksperyment na ludziach. To niedobrze. Pewne rozwiązania powinny być najpierw przetestowane na naszych „braciach mniejszych”. Tylko że weterynarze już dawno działają na zasadach rynkowych. I zdaje się, że zwierzęta bardzo sobie ten stan rzeczy chwalą!
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Wiosnę mamy dopiero, ale upały trafiają się całkiem letnie. Mimo to mam nadzieję, że Szanowni Czytelnicy domyślają się, iż końcowy akapit poprzedniego felietonu to nie efekt oddziaływania wysokich temperatur na mózg autora, ale robota złośliwego zwierzątka, zwanego chochlikiem drukarskim. Nie będę prostował tych pomyłek, bo treść którą chciałem przekazać jest łatwa do odczytania. Wydarzenia ostatniego tygodnia, a dokładniej jedno wydarzenie, sprawiają, że trzeba powrócić do zasygnalizowanego w powyżej cytowanym tekście tematu. Mniej więcej wiadomo już bowiem co będzie z klubem w najbliższym czasie. Klub przejmuje miasto! Orlen będzie jego działalność sponsorował. Na futbol wyłoży kwotę ustaloną według reguły: do każdej złotówki wyłożonej przez innego sponsora dorzuci drugą. Urząd miasta twierdzi, że sponsorów pozyska i to w dużej ilości. Czy ta ilość przełoży się na jakość, to znaczy na rozmiary stosu złotówek, które owi liczni ofiarodawcy wyłożą – tego na razie urząd nie mówi.
Co sądzę o tym rozwiązaniu? Zawiłe to trochę, ale po kolei. Po części będzie w Płocku Mediolan. Tam też obiekt jest własnością miasta. Wprawdzie stadion przy Łukasiewicza to jeszcze nie San Siro, ale władze miasta składają pewne deklaracje… Brakuje tylko drugiej drużyny, by można było rozgrywać tradycyjne derby. Druga liga to nie problem – Milanowi też się zdarzało… Gorzej z innymi rozwiązaniami. Powiem wprost: jako liberał preferuję rozwiązania rynkowe. Zamiast ofiarować akcje klubu miastu właściciel, czyli Orlen, powinien je sprzedać na wolnym rynku prywatnym inwestorom! Urząd miasta w gospodarce rynkowej nie jest od tego, by bawić się w biznes. A prowadzenie spółki akcyjnej jest biznesem i kropka! Wszystko jedno w jakiej branży.
Ale jest, jak jest. Co dalej? Można założyć optymistycznie, że urzędowi uda się pozyskać sponsorów, którzy wyłożą większą kwotę niż dotychczasowy budżet klubu. Czemu nie? Miasto prowadzi potężne inwestycje, na wykonawstwo ogłasza przetargi… Nie, to nie jest jakakolwiek sugestia co do uczciwości ekipy aktualnie rządzącej. Ale takie komentarze się w sposób nieunikniony pojawią. I jak Ratusz będzie się tłumaczył? Obawiam się, że nie ma sposobu, by takie zarzuty jedno-znacznie zdyskredytować. To nieunikniony koszt, jaki się płaci za łączenie władzy z działalnością gospodarczą. Po co to komu? Załóżmy również wariant pesymistyczny. Sponsorzy nagabywani przez urząd dla świętego spokoju wyłożą po parę groszy, Orlen dołoży drugie tyle… I co? Trzeba będzie zwinąć interes, a na stadionie otworzyć bazar. Może uda się przyciągnąć kupców z likwidowanego właśnie Jarmarku Europa, czyli Stadionu Dziesięciolecia? W ten sposób zrealizowane zostałyby pomysły, by nasze miasto włączyło się do biznesu pod tytułem EURO 2012! Pozostaje jeszcze to, co pośrodku. Czyli takie sobie pieniądze i dotychczasowy marazm. Raz na wozie, raz pod wozem, raz europejskie puchary (pierwsza runda), raz druga liga… Ze wszystkimi konsekwencjami opisanymi powyżej!
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Coraz ciekawiej robi się w naszym pięknym kraju. Ongiś najweselszy barak w obozie postępu, wraz ze zmianą ustroju nic nie utracił ze swoich walorów rozrywkowych. Prasa podała właśnie, że pewien urząd, czy też lepiej: instytucja będzie wysyłała komorników do emerytów, którzy składali przeciwko tejże instytucji pozwy. Nie chcę tu wnikać w szczegóły, bo jakby nie jest to potrzebne. W każdym razie rozeszła się wieść, że coś się tym ludziom od rzeczonej instytucji należy, toteż domagali się tego w formie pozwów właśnie. I instytucja doszła do wniosku, że w związku z całą akcją musiała ponieść koszty (niekoniecznie w gotówce) i te koszty wyegzekwuje od „sprawców”. Czy uzyskała wcześniej wyrok sądowy? No, niezupełnie. A dokładniej mówiąc: zupełnie nie. Wyrok wydała sama. Wprawdzie dawno temu starożytni Rzymianie, czy jakiś inny lud, przebąkiwali coś o tym, że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie, ale to było, jako się rzekło, dawno, jeszcze wtedy, gdy nikomu nie przychodziło do głowy, jaki to postęp czeka ludzkość…

Zatem jeśli rutynowo decyduje się co się komu należy… Ot, choćby tak zwany dodatek pielęgnacyjny przyznawany po ukończeniu odpowiedniego wieku, albo wcześniej „jeżeli osoba ta została uznana za całkowicie niezdolną do pracy oraz do samodzielnej egzystencji”. Co to znaczy? Ano, właśnie… Decyduje komisja lekarska. Można spotkać taką interpretację, że „niezdolność do samodzielnej egzystencji oznacza niezdolność danej osoby do zaspokajania podstawowych potrzeb życiowych tzn. nie potrafi ona sama się ubrać, nakarmić, umyć itp.”. Jak to ocenić? Z praktyki można by wnioskować, że znaczne ograniczenie zdolności widzenia jest zgodne z tą definicją, a znaczne ograniczenie zdolności poruszania się – niekoniecznie. Oczywiście można by długo polemizować, ale wróćmy do wątku zasadniczego. Jeśli zatem rutynowo wydaje się decyzje w różnych sprawach, to czemu nie we własnej? Ano, właśnie! Czemu sędzia, który kiedyś tam coś tam ze służbami specjalnymi państwa totalitarnego… nie powinien orzekać w sprawie ustawy lustracyjnej? Bo kiedyś jacyś Rzymianie… Śmieszne! W końcu ten cały Rzym jednak upadł!

Teraz zmiana wątku. Zakończyły się rozgrywki futbolowej ekstraklasy. Zakończyły się smutno i teraz trzeba ogarnąć krajobraz po bitwie. Co będzie – nie wie nikt. Co potrafi obecny zarząd? Też nie wie nikt. Nie wiadomo także, czy nowy prezes ma kwalifikacje na strażaka. I jak się sprawdzi nowy trener? Są w naszej lidze trenerzy – fachowcy od nagłych wypadków, co to już niejednego tonącego uratowali. Póki co zaangażowano człowieka bez wybitnego doświadczenia, tyle że z perspektywami. Będzie je realizował w drugiej lidze. Oczywiście  jeszcze nie wiemy, czy komuś będzie na tym awansie zależało. Ze szczególnym uwzględnieniem sponsora… Na razie ruchy kadrowe na to nie wskazują, ale poczekajmy. A swoją drogą nie najpiękniej uczczono sześćdziesięciolecie klubu…
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Kto z Szanownych Czytelników miał w ostatnich dniach przyjemność, czy też raczej nieprzyjemność, korzystania z usług publicznej służby zdrowia, ten mógł na własnej skórze doświadczyć działania formy kontaktów międzyludzkich, jaką jest strajk. Może to nieelegancko, ale wykorzystam owe odczucia dla uzasadnienia tezy, że jest to forma w dzisiejszych czasach nieco przestarzała. Odwołajmy się do historii. Strajki stosowali pierwotnie robotnicy fabryczni jako formę „dialogu” z właścicielami. Prywatnymi właścicielami oczywiście. Przerwa w pracy skutkowała tym, że właściciel nie zarabiał, bo fabryka nie produkowała wyrobów, które mógłby sprzedać. Nie ponosił również kosztów płacowych – za czas strajków wynagrodzeń nie było. Klienci korzystający z wyrobów jego firmy również nie ponosili strat, a jedynie uciążliwości spowodowane brakiem towaru na rynku. Można więc powiedzieć, że układ był uczciwy. Nieco inaczej ma się sprawa, kiedy strajkują pracownicy firm państwowych. Pomińmy w tym wypadku kwestię właściciela i skoncentrujmy się na klientach. Otóż klient ponosi stratę – płaci za usługę (w podatkach), której nie otrzymuje! Bogu ducha winny klient – dodajmy. A strajkujący? Na ogół jednym z głównych postulatów jest „zapłacić za czas strajku”. Czyli za robotę nie wykonaną! No, dobrze. Jeśli nie strajk, to co? Zwyczajnie. Wypowiedzenie umowy o pracę, jeśli jej warunki protestującym nie odpowiadają i zaproponowanie pracodawcy nowych. A czy to nie rodzaj szantażu? Nie. Umowy są dobrowolne i każda ze stron ma prawo je wypowiadać, jeśli dobrowolność nie ma być fikcją. A przy okazji strajku lekarzy pewna historia, która przydarzyła się mojemu znajomemu. Otóż wykonał on w publicznej placówce badanie, za które z własnej kieszeni zapłacił. Nie mógł jednak odebrać wyniku, bo pracownica laboratorium zażądała skierowania od lekarza podstawowej opieki zdrowotnej! Takie ponoć są u nich procedury. Czemu te procedury mają służyć? Pewnie trosce o zdrowie pacjenta. O to, by nie zrobił sobie krzywdy wykonując badania, które mogłyby mu zaszkodzić. Prawdopodobnie na psychice, bo „fizycznie” rzecz polegała po prostu na pobraniu krwi. Nie wiem, być może są badania szkodliwe dla zdrowia, ale wtedy należałoby chyba tylko w takim wypadku żądać skierowań, a nie zawracać głowę lekarzom podstawowej opieki zdrowotnej każdym głupstwem. Chyba, że… Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o… O to, że tenże lekarz pobiera za tę drobną usługę identyczne wynagrodzenie, jak za leczenie poważnie chorego pacjenta? Bo nie chcę nawet przypuszczać, by laboratorium mogło za to samo badanie zainkasować podwójnie – raz prywatnie od pacjenta, a drugi na podstawie skierowania od Narodowego Funduszu Zdrowia. Czyli też od pacjenta, tyle że pośrednio… W każdym razie jest materiał do przemyślenia i w czasie strajku wolni od innych obowiązków pracownicy mogliby się zająć zagadnieniem procedur w publicznych placówkach medycznych. W ten sposób pacjenci mieliby jakąś rekompensatę za serwowane im niezasłużone kłopoty.
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Kiedyś Jan Himilsbach opowiadał, jak to miał szansę na wielką, międzynarodową karierę. Otrzymał mianowicie propozycję zagrania roli w filmie robionym przez jedną z najbardziej prestiżowych wytwórni, w gwiazdorskiej obsadzie i tak dalej, i tak dalej. Był tylko jeden warunek. Powinien się nauczyć angielskiego. I nie nauczył się. Nie nauczył się bo, jak tłumaczył kolegom, może z tym filmem coś nie wyjdzie, a ja zostanę jak osioł z tym angielskim… No, dokładniej wyraził się bardziej dosadnie, jak to Himilsbach. Ale istota rzeczy pozostaje. Po co przytaczam tę historyjkę? Bo sam zostałem bohaterem podobnej… Nie, nie zaproponowano mi pisania felietonów do słynnego tygodnika o zasięgu światowym, czy choćby ogólnokrajowym. Ale kazano nauczyć się… to jest złożyć oświadczenie, że nie współpracowałem. Nie przypomniałem sobie na czas historyjki z Himilsbachem, złożyłem i… Tak jest, zostałem jak ten osioł z tym oświadczeniem. Trybunał Konstytucyjny orzekł bowiem, że te całe oświadczenia to łamanie zasad konstytucji. A ja niczym osioł nie dość, że uczestniczę w tym procederze, to jeszcze, jak twierdzą niektórzy, nastaję na swoją godność! Mogę się tłumaczyć, że to z nieodpartej chęci spotykania się co tydzień z Szanownym Czytelnikiem, ale co to za argument? Czy ktoś pragnie spotykać się z osłem?Czy zatem lustracja dziennikarzy nie ma sensu? Czy czytelnik nie ma prawa oczekiwać, że osoba mówiąca do niego przez media jest wiarygodna? Ma, oczywiście że ma. Ale nie musi z tego prawa korzystać! Zatem i w tym względzie najlepiej chyba sprawdziłoby się rozwiązanie liberalne. Niech właściciel gazety decyduje, czy chce sprawdzać przeszłość swoich dziennikarzy pod względem powiązań ze „służbami”, czy nie. A czytelnicy taką gazetę kupią, albo nie. Oczywiście takie rozwiązanie ma sens tylko wtedy, gdy media są prywatne. A gdy są „publiczne”? No, to mamy kłopot. I trudno się dziwić. W domach publicznych też są problemy specyficzne, nie występujące w domach prywatnych…
To by było na tyle, jeśli chodzi o moje prywatne rozterki. Teraz o sprawach publicznych. Czy prezydent miasta powinien mieć służbowy samochód? Taki problem pojawił się w lokalnej gazecie w związku z zakupem nowego modelu dla urzędującego prezydenta Płocka. Przypomniano pierwszego ojca miasta, który twierdził, że na takie rzeczy nie powinno się wydawać pieniędzy i jeździł prywatnym polonezem… Owszem, taka ekstrawagancja jest może pociągająca dla elektoratu, ale… Wyobraźmy sobie, że trzeba podjąć szybko ważną dla miasta decyzję, albo przybyć punktualnie na ważne spotkanie, a prezydent stoi gdzieś na drodze nad „rozkraczonym polonezem”! Przy tym modelu nie jest to możliwość abstrakcyjna… Na postawione wyżej pytanie odpowiedź brzmi: jeśli musi jeździć w sprawach służbowych, to tak! I to porządny samochód. Na władzy oczywiście można i trzeba oszczędzać, ale nie tak, by cierpiała jakość wykonywanych zadań. To jak? Minimalizując ilość tych zadań. Jak najmniej w rękach władzy, jak najwięcej – samych obywateli!
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Początek maja to jak zwykle… długi weekend! Tak, to też. Ale dla młodych ludzi to przede wszystkim matura! Egzamin dojrzałości, jak się go wzniośle nazywa. I rzeczywiście trzeba się wykazać dojrzałym i odpowiedzialnym podejściem do obowiązków. Na przykład do ścisłego przestrzegania regulaminów. Gdzieś tam komuś w trakcie egzaminu zadzwoniła komórka i może już tylko liczyć na amnestię, bo ten przedmiot ma z głowy – został wyproszony z sali. Zgodnie z regulaminem, jak najbardziej. I tak ma szczęście. Za rok amnestii już nie będzie. Szczęścia nie ma dyrektorka jednej ze szkół. Egzamin zaczął się tam z godzinnym opóźnieniem, bo szkoła otrzymała z komisji egzaminacyjnej o sześć arkuszy za mało. W rezultacie dyrektorka straciła stanowisko. Jak to? Za to, że jej przysłano za mało arkuszy – mógłby zapytać ktoś ze zdziwieniem? No, nie! Nie za to. Za to, że zadzwoniła nie tam, gdzie trzeba. Powinna była do stosownej komisji egzaminacyjnej, a wykonała telefon do drukarni, która te arkusze produkowała.
Władza oświatowa uznała, że powinna inaczej, bo wtedy zarządzono by wstawienie do sali egzaminacyjnej drukarki ze skanerem i dodrukowanie w obecności maturzystów brakujących arkuszy. Tak ponoć byłoby lepiej. Może nie szybciej, bo przygotowanie sprzętu, zeskanowanie i wydrukowanie tych stu kilkudziesięciu stron trwałoby też co najmniej godzinę, ale jakoś tam lepiej. Prawdopodobnie tak stanowią przepisy. Tak, przepisy… A co przepisy mówią na temat przesłania do szkoły niewłaściwej liczby arkuszy? Albo niezbyt uważnie śledziłem przebieg prezentowanej afery, albo… nic nie mówią! Nie udało mi się jakoś odnotować, by urzędnik, który odpowiada za dystrybucję arkuszy maturalnych stracił stanowisko. A w końcu to jednak on był głównym sprawcą całego zamieszania. No, chyba że chodziło o „sprawdzenie” kompetencji dyrektorki! Użyłem cudzysłowu, bo nie wierzę, by ktoś mógł wpaść na tak barbarzyński pomysł jak testowanie kadry zarządzającej oświatą w drodze eksperymentu na grupie zestresowanych maturzystów. To przecież oni najbardziej odczuli tę sytuację. Bez żadnej winy ze swojej strony na dodatek…
Zwolniona ze stanowiska dyrektorka otrzyma być może od władzy rekompensatę za swoje krzywdy. Będzie mogła przejść wcześniej na emeryturę! Taką zmianę w przepisach szykuje rząd. Nauczyciele nie utracą prawa do wcześniejszego zakończenia kariery zawodowej! Wcześniejszego niż co – można by zapytać? Niż ustawowe sześćdziesiąt albo sześćdziesiąt pięć lat. Tak bowiem skonstruowany jest nasz system emerytalny, że to nasi parlamentarni dobrodzieje decydują za nas, jak długo powinniśmy pracować. Skrajny liberał zapytałby w tym miejscu: a z jakiej racji? Czy wolny człowiek sam nie ma prawa do takich decyzji? Na zdrowy rozum nic nie stoi na przeszkodzie. Emerytury nikt nie dostaje w prezencie, tylko płaci na nią przez całą zawodową karierę składki. Jej wysokość zależy od tego ile zapłacił oraz od przewidywanej długości emerytalnego żywota. Jeśli zatem wcześniej zakończy karierę zawodową, to będzie miał niższą emeryturę. Jego problem. Czyż nie?
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Pojawiła się taka inicjatywa, by nasze miasto wykorzystało fakt przyznania Polsce i Ukrainie Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Może któraś z biorących udział w imprezie ekip wybrałaby miasto lub region na swoją bazę? A może przyciągnąć kibiców zza granicy, którzy w wielkiej liczbie przyjadą do naszego kraju i gdzieś muszą spędzać czas pomiędzy meczami? Oczywiście najlepiej byłoby połączyć oba warianty. Wiadomo, że za drużyną ciągną fani oraz dziennikarze z danego kraju. Zrealizować takie zamierzenie nie jest oczywiście łatwo. Ale z organizacją tak wielkiej imprezy na „ściernisku”, którym pod względem infrastruktury sportowej, komunikacyjnej i turystycznej jest nasz kraj, generalnie jest wielki kłopot. W naszym mieście jednak ten kłopot rośnie do rozmiarów monstrualnych. Rzecz w tym, że Euro 2012 odbędzie się, jak sama nazwa wskazuje, w 2012 roku. Dokładniej w czerwcu 2012. A nie na przykład w listopadzie 2015. Tymczasem u nas występują od lat przejściowe trudności z terminowością inwestycji. Co ma być oddane do użytku w określonym terminie jest oddawane później. Albo nie później, ale za to nie do użytku, tylko do podziwiania. Z daleka oczywiście, bo z bliska się nie da. Ze względów technicznych, albo bezpieczeństwa. Wydaje się na dodatek, że przypadłość ta ma już charakter systemowy. Czy można zatem ryzykować zapraszanie gości do poznawania uroków naszego pięknego miasta, jeśli nie ma pewności, że trawa na boisku urośnie na czas, a dach nie runie na głowę uczestników mistrzostw odpoczywających w pokojach hotelowych przed czekającym ich nazajutrz meczem? Jeśli w ogóle ten dach w porę będzie, bo mowa przecież o obiekcie nie istniejącym! To tyle tytułem żartu, a na serio – o tym, by Płock był bazą którejś z drużyn nie ma mowy, bo ekipy lokują się na ogół w niewielkich, zamkniętych ośrodkach treningowych, z dala od miejskiego zgiełku i miejskich pokus. Oczywiście takich ośrodków w Polsce zbyt wiele nie ma, trzeba je dopiero zbudować i gdyby jakieś lobby sprawiło, że jeden z nich powstanie w naszym regionie… Cóż, nie każde miasto jest Włoszczową… Z kibicami też nie będzie łatwo, bo jednak do Warszawy od nas dość daleko, a poza tym nie wiadomo, czy się z tego powodu martwić. Rozmaici bywają kibice i czasem straty mogą być większe od korzyści. Nie licząc „promocji” w mediach.
Podsumowując: chyba lepiej skoncentrować się w najbliższych latach na mozolnym zamykaniu rozwiniętego na wielkiej przestrzeni frontu inwestycji lokalnych. Przy okazji może uda się nabyć umiejętności niezbędnych do bardziej skutecznego planowania i realizowania podejmowanych zamierzeń. I wtedy przyjdzie pora na wykorzystywanie szans. Może przy okazji igrzysk olimpijskich Warszawa ileś – tam? Był taki projekt. Olimpiada w naszej stolicy miała się odbyć w roku… 2012! Prawie się spełniło. Choć dla nas to „prawie”, jak wiemy z reklamy, której tutaj nie możemy przytoczyć ze względu na różne pory, w jakich Szanowni Czytelnicy sięgają po gazetę, robi wielką różnicę. Przy olimpiadzie szanse na rolę współgospodarza byłyby trochę większe…
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Od środowego południa, czyli od największego w dziejach osiągnięcia polskich grafików komputerowych (narysowali takie stadiony, że konkurencja nie miała najmniejszych szans), cały kraj żyje wizją sukcesu ekonomicznego, sportowego, cywilizacyjnego i wszelkiego innego. Sukces ekonomiczny ma zapewnić deszcz pieniędzy unijnych, sportowy – obecny trener reprezentacji, a cywilizacyjny… No, właśnie! Sukces cywilizacyjny musimy zapewnić sobie my sami! Znikąd pomocy! Trzeba się zabrać do roboty i wybudować te stadiony, drogi, lotniska, hotele… Kiedyś, za komuny, krążył taki dowcip. Są dwie drogi do sukcesu cywilizacyjnego naszego kraju: normalna i cudowna. Normalna polegać miała na tym, że usilnie modlimy się, by Opatrzność zesłała na nas obfitość wszelkich dóbr, prośba dzięki protekcji świętych patronów i naszym zasługom na polu wiary (wszak od wieków jesteśmy przedmurzem chrześcijaństwa) zostaje wysłuchana i mamy drugą Japonię, albo i Amerykę. Droga cudowna zaś, to że pewnego dnia sami bierzemy się do roboty… Co by nie powiedzieć o ogromnym postępie cywilizacyjnym w ostatnich osiemnastu latach, Japonią ani Ameryką nie jesteśmy…

Nie piszę tego, by rodakom zepsuć radość świętowania. Ani po to, by podważać sens ubiegania się o organizację tak wielkiej imprezy rozrywkowej w końcu, gdy w kraju bezrobocie, bieda, głodne dzieci… Nie samym chlebem żyje człowiek! Jakieś igrzyska też są dla organizmu potrzebne od czasu do czasu. Zwłaszcza takie, na których można jeszcze zarobić. Nie wątpię również, że impreza się za pięć lat u nas odbędzie. Piszę, bo zamiast normalności będzie znowu akcja. W Niemczech rozegrano niedawno mistrzostwa świata. Też wymagały przygotowań, inwestycji, budowy i modernizacji obiektów. Tylko tam stadiony, drogi, lotniska i hotele na światowym poziomie były już wcześniej. To co zrobiono można uznać za kosmetykę zaledwie. U nas będzie się budować od podstaw. Specjalnie na mistrzostwa. A co potem? Czemu będzie służyć taki Baltic Arena w Gdańsku, gdzie nie ma i nigdy nie było piłki na wysokim, krajowym choćby poziomie? Jakie mecze będą tam rozgrywane po mistrzostwach? Derby Wybrzeża Lechia – Arka? W drugiej czy trzeciej lidze? A może powstanie bazar, jak na Stadionie Dziesięciolecia? To samo dotyczy Wrocławia.

A może działacze i politycy sądzą, że jak będzie stadion na europejskim poziomie, to i drużyna podobnej klasy powstanie? I tu są w błędzie. Roman Abramowicz już chyba wie, że do stworzenia futbolowej potęgi same pieniądze nie wystarczą. Klub piłkarski to jednak machina bardziej skomplikowana niż nowoczesny jacht albo samochód. A cóż dopiero mówić, kiedy wielkich pieniędzy nie ma i zapewne nie będzie. Podejmujemy się zatem zadania na wyrost, ponad stan i dobrze byłoby negatywne konsekwencje tego stanu rzeczy ograniczyć. Ot, dla przykładu przez ponowne przemyślenie lokalizacji tej imprezy. Choćby tylko uwzględnienie miast, które traktowane są jako rezerwowe, a które mają tradycje piłkarskie z prawdziwego zdarzenia.
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Od września młoda Polska będzie umundurowana! Jedni się cieszą, drudzy przeciwnie. To są postawy skrajne, a my skrajności, zgodnie z najnowszymi trendami obowiązującymi w świecie cywilizowanym, nie popieramy. Cóż zatem pozostaje po odrzuceniu skrajności? Oczywiście stanowisko umiarkowane. Zarówno co do samego aktu prawnego, jak i przyszłych jego skutków. Zacznijmy od tych ostatnich. Czy mundurki zamienią uczniów w aniołów, a szkołę w przedsionek raju? Nie. Czy stłamszą osobowość ucznia, nie pozwolą mu kształtować indywidualności albo zranią jego godność? Nie. To o co ten cały szum? Spokojnie, bez skrajności! Aniołem uczeń się nie stanie, ale trudno nie zgodzić się z poglądem, że mundur do czegoś zobowiązuje. Na przykład do dbania o wizerunek instytucji, którą się reprezentuje. Oczywiście będą uczniowie, którzy ten wizerunek mają w… głębokim poważaniu i będą mieć nadal! Ale pewnie dla części, tej nastawionej mniej radykalnie, będzie to bodziec do refleksji. I z czasem może ta część będzie się powiększać. Nie od razu Kraków zbudowano!
Inna kwestia to czy w państwie demokratycznym, praworządnym, liberalnym (niepotrzebne skreślić) można wolnym ludziom narzucać ustawowo w jakim ubraniu mają chodzić? W Chinach mundurki musieli nosić wszyscy obywatele, ale czy to jest wzór do naśladowania? No, nie! To jest oczywiście skrajność, a my skrajności odrzucamy. Wszyscy zatem nie, ale niektórzy? Nie-
którzy na pewno! Są przecież kategorie obywateli, którzy mundury noszą. Dla przykładu: kolejarze, strażacy, żołnierze służby zasadniczej… To czemu nie uczniowie? Ustaliliśmy zatem, że takie prawo nie jest rozwiązaniem skrajnym (patrz Chiny), zatem dopuszczalnym. Są jeszcze pewne niuanse.
Czy na przykład dopuszczalne jest narzucanie takich rozwiązań szkołom niepaństwowym? Czy rodzice, którzy sami finansują edukację dziecka nie powinni również sami decydować jak ta edukacja ma wyglądać? Na przykład czy noszenie mundurka dobrze wpłynie na kształtowanie osobowości ich dziecka? Owszem, jeśli finansują sami, to powinni. Nie jest to z pewnością stanowisko skrajne. Tylko gdzie takie szkoły są? Bo nie u nas. U nas szkoła prywatna musi mieć tak zwane uprawnienia szkoły publicznej. A jeśli je ma, to otrzymuje subwencję na każdego ucznia, tak jak szkoła państwowa. Zatem rodzice tylko w części finansują edukację dziecka. Toteż w części mogą decydować. A w drugiej części decyduje Minister Edukacji. Gdyby szkoły były całkiem prywatne, dyskusja byłaby bezprzedmiotowa. Właściciel szkoły decydowałby czy u niego mundurki są obowiązkowe, czy nie. A rodzice posłaliby dziecko tam, gdzie mundurki są, albo tam gdzie ich nie ma. A gdyby nie było zapotrzebowania na szkołę „umundurowaną”, to właściciel musiałby decyzję zmienić, albo zbankrutować! Wolny rynek! A dlaczego takich rozwiązań nie można w naszym pięknym kraju zastosować? Jak to dlaczego? Bo skrajne! A my, żyjący w świecie cywilizowanym skrajności nie akceptujemy. I tak dalej…
Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Wiele rzeczy kojarzy się z Wielkanocą. I nie chodzi tylko o wymiar ściśle religijny, ale i ten typowo świecki, starą świecką tradycję, że pozwolę sobie sparafrazować cytat z jednej z polskich komedii. Nie wszyscy w święta bywają w kościele, ale wszyscy (powiedzmy ostrożnie: prawie wszyscy) „świętują” w poniedziałek wielkanocny dyngusa, czyli polewanie się wodą lub innymi płynami, dzielą się jajeczkiem… O, właśnie! Jajeczka, jajka, albo mniej subtelnie – jaja! To jest najważniejszy atrybut świąt wielkanocnych. Tak jak opłatek na Boże Narodzenie. Dzielimy się jajeczkiem. A robimy sobie jaja – mógłby ktoś złośliwie dokończyć! Tyle, że… W słowniku języka polskiego PWN znajdziemy termin jajko, dzielić się jajkiem, obchodzić się jak z jajkiem, jajko mądrzejsze od kury, kukułcze jajo, a nawet jajko Kolumba, a nie ma tak powszechnie używanych w naszym kraju powiedzeń jak: „ale jaja” czy „robić sobie jaja z czegoś lub kogoś”. Ba, nie ma również przaśnego „mieć jaja” czy też w wersji niepoprawnej politycznie „chłop z jajami”!
A przecież to są wyrażenia nie tylko z języka potocznego, ale i parlamentarnego! Przynajmniej jeśli chodzi o parlamentaryzm polski. Tak przecież jedna z posłanek określiła niedawno bohaterów sławnej afery, w tym swojego małżonka! I może w tym wypadku było to określenie nazbyt dosadne, bo chodziło o tak zwaną aferę rozporkową, ale w innych… Można by nawet znaleźć licznych zwolenników tezy, że cały nasz parlamentaryzm to jedne wielkie jaja, ale przy świętach nie wypada… Trzeba jednak postawić pytanie, czy nasze słowniki aby nie za bardzo ugrzecznione? Co na to Pan Profesor – sąsiad na stronie? Przepraszam, że nie pytam jak Pan Bóg za pośrednictwem redakcji przykazał, czyli mailem, ale rzecz nie dotyczy bezpośrednio problemów językowych.
A swoją drogą ciekawe byłoby wyjaśnienie rodowodu cytowanych powyżej zwrotów. Dlaczego akurat „jaja”? I o jakich jajach tu w ogóle mowa? Czy chodzi o te pochodzące od kury albo innego ptaszka, czy też o te, co to Państwo wiedzą, a ja nie napiszę, bo w okresie świątecznym nie wypada. Zresztą w porządnym piśmie w ogóle o takich rzeczach nie wypada, chyba że jest to fachowe pismo medyczne. Niestety, nie potrafię „w tym temacie” zaimponować Szanownym Czytelnikom żadną wiedzą językoznawczą. Mogę jedynie snuć spekulacje. Na przykład wyobrazić sobie, że na targu stoi handlarka z koszem pełnym jaj i nagle z jakiegoś powodu traci równowagę… I ląduje pewną częścią ciała w samym środku swojego towaru… Wyobrażają Państwo sobie taki numer? Śmiechu co niemiara… Jaja nie z tej ziemi… Nie z tej? A z której niby? Ot, nowa zagadka! Ale może już dajmy spokój z próbami wyjaśnienia. Bo z tego wyjaśniania to tylko same kłopoty. To mniej więcej tak, jak z matematyką. Cała matematyka wywodzi się bowiem z chęci uproszczenia pewnych rozumowań. I jak matematycy zaczęli upraszczać, to doszli do dzisiejszego poziomu skomplikowania. Trochę spóźnione, ale szczere życzenia: Wesołego Jajka!
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Źle się dzieje w państwie duńskim… to jest – w reprezentacji pływaków. Polskich. Dla kibiców, i nie tylko zresztą, nie jest to nic szczególnie zaskakującego. W pływaniu nasi reprezentanci odnosili ostatnio sukcesy. I to sukcesy niemałe. Otylia cieszyła się w narodzie popularnością niemal na miarę Adama Małysza. I wszystko to pod okiem polskiego szkoleniowca i jego sztabu. Tak u nas być nie może. Jeśli ktoś ma sukcesy, to zaraz znajdą się „fachowcy”, którzy „odkryją”, że to nie tyle jego zasługa, co fart. Ot, trafili mu się wyjątkowo utalentowani reprezentanci. Tacy, co to wygrywaliby nawet pod batutą teściowej kierownika magazynu. Nie mówiąc już o rzeczonych „fachowcach”. Ich „pomysły” to dopiero przyniosłyby owoce! Co gorsza, podobnie zaczynają myśleć zawodnicy. Niektórzy przynajmniej. I na efekty nie trzeba zazwyczaj długo czekać.
Pamiętamy dobrze historię Małysza. Jak tylko zaczął wygrywać, działacze od razu poczuli rosnący w oczach przypływ „fachowości” i rychło doszli do wniosku, że skoro Małysz wygrywa, to jest dobry. A jak jest dobry, to po co ta cała kosztowna machina, te sztaby psychologów, fizjologów i Bóg wie kogo jeszcze? Ile można by grosza zaoszczędzić, gdyby tak rozpędzić to towarzystwo na cztery wiatry! Jak „pomyśleli”, tak zrobili! Na efekty nie trzeba było długo czekać. I tylko Małysza szkoda, bo zmarnowali mu najlepsze lata kariery. Podobnie było w przeszłości. Wagner (kat!), Niemczyk (pijak!), a nawet Kazimierz Górski (tylko srebro w Montrealu!)… U pływaków widać ten sam syndrom. Już nie trener jest najmądrzejszy, ale panowie zawodnicy, panowie działacze… Toteż i wyniki nie takie, jak przed wyjazdem na antypody oczekiwano.
Obym był złym prorokiem, ale łatwo przewidzieć, że reprezentację w piłce nożnej czeka podobny los. Niech no się Holendrowi noga powinie… A nawet i bez tego… Wszak od początku nominacja obcokrajowca na najważniejszy stołek trenerski w kraju wywoływała niezadowolenie zwolenników „polskiej myśli szkoleniowej”. Nie ukrywane zresztą specjalnie! Cóż! Każdy ma prawo do własnego zdania. Tyle, że „polską myśl szkoleniową” można porównać do Yeti. Wielu o niej mówi, ale tak naprawdę to nikt jej nie widział… Owszem, trafiają się utalentowane jednostki. Nazwisk nie będę wymieniał, było ich sporo w różnych dyscyplinach sportu. Ale „myśl szkoleniowa”? O czymś takim to mogą mówić na przykład Holendrzy. W futbolu oczywiście.
I na koniec akcent lokalny. Czy istnieje na przykład „płocka szkoła piłki ręcznej”? Tak twierdzą niektórzy i trzeba się z nimi zgodzić. Z małym zastrzeżeniem, że nie jest to uniwersytet, ale szkoła podstawowa najwyżej. Europy jeszcze nie zawojowaliśmy, a i w kraju jest to i owo do zrobienia. Seryjnie tytułów mistrzowskich płoccy piłkarze nie zdobywają. Za to „poprawiaczy” i u nas nie brakuje. Byle tylko nie skończyło się tak, jak w opisanych wyżej przypadkach ogólnokrajowych…
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Roboty drogowe to zawsze sprawa kłopotliwa. Szczególnie wtedy, gdy odbywają się równocześnie z normalnym ruchem. Słowo „normalnym” trzeba przy tym traktować co najmniej z przymrużeniem oka. Bo co to za „normalność” jeśli obie strony (drogowcy i kierowcy) stają się, na ten czas przynajmniej, klasami antagonistycznymi (czy pamiętają Państwo jeszcze ten język?). Na dodatek sprzeczność ta wydaje się nieusuwalna. Co robić zatem? No, cóż! Jeśli nie można usunąć, trzeba przynajmniej łagodzić objawy. Tak jak z bolącym zębem. Albo do dentysty, albo ibuprom czy inne świństwo! Wyobraźmy sobie, że roboty odbywają się na jezdni o dużym natężeniu ruchu, na przykład łączącej wielkie osiedle mieszkaniowe (czyli tak zwaną sypialnię) z centrum miasta. Kolizja jest wtedy szczególnie drastyczna dla obu stron.
Co w takiej sytuacji można zrobić? Dentysta nie wchodzi w grę. Pozostają tabletki. Wiadomo, że są takie okresy w ciągu doby, kiedy natężenie ruchu jest szczególnie duże. Na dodatek czynnik czasu odgrywa ogromną rolę. Rano, kiedy ludzie śpieszą się do pracy, potem uczniowie do szkół… Każda minuta jest bezcenna. Emocje, nerwy… Jeszcze jakoś tak się składa, że w tym samym czasie drogowców ogarnia jakaś niesamowita werwa, zapał do pracy… Po południu spokój, cisza, a przed ósmą rano ruch, gwar, panowie w kolorowych kubraczkach uwijają się niby pszczółki w ulu… Nie mogliby kwadrans później? W ramach tego uśmierzania bólu… Oczywiście opisane tutaj historyjki są tylko fikcją literacką, a wszelkie podobieństwa do sytuacji rzeczywistych są całkowicie przypadkowe!
To tyle tytułem wstępu. Teraz część zasadnicza. Funkcjonuje taka obiegowa mądrość ekonomiczna, która powiada, że pieniądz rządzi światem. Najczęściej rozumie się przez to, że światem rządzą ludzie którzy mają dużo pieniędzy! Kiedyś wprawdzie Rafał Ziemkiewicz napisał opowiadanie, w którym pieniądze naprawdę przejęły kontrolę nad zjawiskami gospodarczymi, ale było to opowiadanie science fiction… Niech więc będzie, że chodzi o znaczenie przenośne. Pieniądz rządzi światem… I dobrze, że rządzi! Bo niby kto miałby rządzić? Były już różne eksperymenty, nawet na wielką skalę. Światem miała rządzić idea. Na przykład idea sprawiedliwości społecznej! Cóż! Nie były to rządy, które w historii ludzkości zapisały się złotymi zgłoskami. Dziś ta idea rozmyła się, wydała rozmaite potomstwo… Ot, choćby takich ekologów… Oczywiście świat nie byłby piękny, gdyby jedynym celem zamieszkałych go osobników było pomnażanie pieniędzy. Tak nie jest na szczęście. Realizujemy całą gamę celów pięknych, szlachetnych… Pomoc potrzebującym, kultura, sztuka… Tak, celów jest wiele, ale środki… Historia ludzkości pokazuje w sposób jednoznaczny, że wszelkie dobre intencje na nic bez tej codziennej krzątaniny miłośników pieniędzy! Bez nich się nie da. Nawet na Kubie i w Północnej Korei, gdzie idea nadal trzyma się mocno. Były co prawda jakieś próby eksperymentów na niewielką skalę z zasadą „każdemu według potrzeb”, ale skończyły się smutno! Niech więc światem rządzi pieniądz. Lepszych rządów na razie nie wynaleziono!
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Kto miał okazję często korzystać z tak zwanych środków komunikacji publicznej w peerelu, ten dobrze pamięta co to była za męka pańska. Ryzyko niczym na warszawskiej giełdzie, a komfort jak w małomiasteczkowej dworcowej toalecie za późnego Gomułki (wczesnego z racji wieku pamiętam dość słabo). Chętnych do korzystania z tego luksusu było za to nieporównanie więcej, niż ówczesny tabor firm przewozowych był w stanie „obsłużyć”. Stąd człowiek nigdy nie miał pewności czy się „załapie” na ten kurs, z którego miałby ochotę skorzystać. Czy akurat Pan Kierowca nie dojdzie do wniosku, że powinien „trzymać standardy” i nie zechce zabierać pasażerów na „miejsca stojące”. W peerelu regułą było bowiem, że do autobusu upychało się ludzi do oporu, byle tylko byli w stanie oddychać. Czasem jednak gorliwy kierowca, ku rozpaczy tych co nie zaopatrzyli się wcześniej w bilety, przypominał sobie, że przepisy nie pozwalają podróżować autobusami na stojąco. I wtedy grupa pechowców po odegraniu spektaklu zaczynającego się od próśb, a kończącego złorzeczeniami musiała czekać na kolejny kurs. I liczyć na bardziej „ludzkiego” Pana Kierowcę. Po co ja spoglądam w przeszłość zamiast skoncentrować się na konstruktywnym myśleniu o przyszłości? Nie wiem, może to kwestia ogólnego klimatu panującego w ostatnim czasie w kraju? Bo tak naprawdę to ja chciałem właśnie o przyszłości. No, może niezupełnie, bo punktem wyjścia jest sytuacja sprzed paru dni. Na początek trzeba jednak obiektywnie stwierdzić, że dziś jest o niebo lepiej. Tak jak w każdej dziedzinie gospodarki zresztą… Wiem, że teraz wielu spośród Szanownych Czytelników gwałtownie zaprotestuje, ale mimo to pozwolę sobie pozostać przy swoim zdaniu. Jest lepiej! Przede wszystkim dlatego, że mamy na rynku przewozów pasażerskich konkurencję. Potężną konkurencję. Ta konkurencja to oczywiście prywatne samochody. Dziś ma je ponad połowa polskich rodzin. Ale i w komunikacji publicznej nie ma już monopolu. Wydawałoby się więc, że trzeba walczyć o klienta. Zatem trzeba traktować go… No, przynajmniej do własnej oferty nie zniechęcać. Wydawałoby się… Rzeczywistość jednak skrzeczy.
Opowiadała mi znajoma, jak to ostatnio musiała dojechać na określoną godzinę do stolicy. Z naszego miasta można tę trasę pokonać tradycyjnym pekaesem, albo jedną z linii prywatnych. Są jeszcze inne możliwości, ale te przemilczę, bo nie całkiem legalne… Znajoma wybrała linię prywatną. Kupiła wcześniej bilety i… I autobus się nie pojawił. Konsekwencje były przykre, bo powinna być w Warszawie na określoną godzinę. I nie dotarła mimo, że rezerwa czasowa była duża. Ale to nie koniec przygody. Problem zaczął się przy próbie odzyskania pieniędzy. Ta firma dopuszcza bowiem zwrot biletu najpóźniej na dobę przed planowanym odjazdem. Później sprawa się komplikuje, nawet przy oczywistej winie przewoźnika. To trzeba było nie kupować! Taki komentarz usłyszała znajoma w odpowiedzi na swoje protesty. Coś to Państwu przypomina? Tak… „Trzeba się było ubezpieczyć…”. Ale żeby w firmie prywatnej…
Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Przed tygodniem napisałem w tym miejscu o problemach z finansowaniem piłkarzy Wisły. To ważna dla kibiców sprawa, zatem jako kibic nie mogłem postąpić inaczej. Tekst powstał po debacie pokazanej w lokalnej telewizji. I wywołał odzew ze strony władz klubu, które się z zawartymi tam ocenami nie zgadzają. Wracam zatem do tematu, bo uzyskałem ważne informacje stawiające sprawę w innym świetle. Otóż po wysłuchaniu wypowiedzi Pana Prezesa Orlenu sądziłem, iż właściciel Wisły Płock S.S.A. godząc się na zmianę nazwy klubu oraz usunięcie swojego logo z koszulek piłkarzy, daje w ten sposób zielone światło do poszukiwania innych sponsorów – współwłaścicieli jego zarządowi. Tak twierdził Pan Prezes podczas debaty. Tymczasem okazuje się, że jest to prawda po części… To znaczy, że jest tak, jak wyżej się rzekło, tylko odwrotnie… Logo na koszulkach jest, a zgody na szukanie innych udziałowców nie ma!
To oczywiście zmienia postać rzeczy. To znaczy, zmienia częściowo. Czyli nowych źródeł finansowania nadal nie ma, ale winny jest nie zarząd klubu, ale władze koncernu. Bo to on właśnie powinien dbać o to, by pieniądze, które lokuje w spółkę – córkę, czyli klub sportowy Wisła, przynosiły jak największe profity. W sporcie oznacza to przede wszystkim sukcesy sportowe właśnie. Jeśli zatem inwestuje się w sport, to albo trzeba inwestować tyle, by takie sukcesy były możliwe (dla takiej firmy są to naprawdę, jak słusznie zauważył jeden z wiceprezydentów miasta, kwoty na poziomie kieszonkowego młodszego dziecka członka zarządu koncernu), albo szukać wspólników. W każdym razie działanie na pół gwizdka to w wypadku sportu marnowanie pieniędzy akcjonariuszy – właścicieli koncernu. Tak jak prowadzenie działalności produkcyjnej w rozmiarach poniżej progu rentowności…
Czy można się dziwić, że tego rodzaju praktyki stosuje wielka firma? Można, ale po co? Gdyby to był normalny, prywatny biznes, to owszem… Ale to nie jest żaden prywatny biznes, tylko dziwoląg w świecie gospodarki – prywatna firma z państwowym zarządem. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Takimi mianowicie, że jak zarząd państwowy, to realizuje cele wyznaczone przez państwo, a nie reguły biznesu. A są to cele wielkie! Bezpieczeństwo energetyczne państwa! Tak… Bezpieczeństwo energetyczne to rzecz bezcenna! A reszta? Reszta to drobiazg. Za resztę zapłacisz kartą Master Card, Drogi Czytelniku… To jest, Szanowny Zarządzie Wisły Płock S.S.A. A kibicom nie pozostaje nic innego, jak te wielkoświatowe uwarunkowania zrozumieć i zaakceptować. Bo czyż nie chcemy bezpiecznie jeździć naszymi samochodami, bez obaw o powrót kartek na benzynę, albo, co gorsza, konieczność zasilania naszych cennych pojazdów biopaliwem? Jasne, że chcemy! Co prawda jeśli wspomnieć dawne czasy, to trudno uwierzyć, by akurat państwo było w stanie nam ten komfort zapewnić… Raczej trzeba stawiać na opcję prywatną. Stąd w ramach troski o całokształt aż dwa teksty o sprawie na pozór drobnej, jaką jest dla wielu ludzi klub sportowy. Na pozór…
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Po chwilowym zamieszaniu kibice płockich futbolistów odetchnęli z ulgą. Sponsor zmienił zdanie i sypnie jednak trochę grosza na ten symbol zła i rozpusty, siedlisko korupcji, jakim jest polska piłka nożna. Trochę, to znaczy tyle, ile jest niezbędne, by ubiegać się o licencję na grę w ekstraklasie w następnym sezonie. Nie ma zatem groźby przesunięcia od razu do trzeciej ligi. Od razu nie, ale… Przy takim minimalnym budżecie istnieje jednak realne całkiem zagrożenie, że zespół odbędzie taką wędrówkę na raty. Za rok druga liga, za dwa… Jest to wizja tym bardziej prawdopodobna, że jak dotąd władze klubu nie wykazywały szczególnej inwencji w poszukiwaniu alternatywnych źródeł finansowania.
Zatem spokój kibiców jest jakby niezupełny. Udało się „przycisnąć” prezesa Orlenu, ale co dalej? No, właśnie! Wypada w tym miejscu przypomnieć, że kibice byli onegdaj za zmianą nazwy klubu z „Orlen” na „Wisła”. Ja też ten pomysł popierałem. Nie ze względów sentymentalnych, bom element napływowy, ale praktycznych. Ta zmiana otwierała bowiem furtkę do poszukiwania nowych źródeł finansowania. I co? Ano, nic! Furtka jest otwarta, ale nikt przez nią nie przechodzi. Zwłaszcza władze klubu. Te wolą, jak widać, wygodną dziurę w płocie, przez którą prowadzi ścieżka do Wielkiego Dobroczyńcy, czy też Dobrego Wujka – jak kto woli!
Nie brały przy tym jakoś pod uwagę takiej oto sytuacji, że kiedyś
Dobry Wujek może tę dziurę zechcieć załatać. Albo nie będzie już tak Dobry… Niewątpliwie szefowie Wisły mają swoje powody. Wygodnie się rządzi, jeśli jest ktoś, kto pomysły rządzących bez specjalnych oporów wspiera niemałym groszem… Wiedzą to dobrze dzieci. Jeśli mamusia i tatuś są dostatecznie na ich potrzeby wrażliwi. A jeśli nie? No, to zawsze można spróbować płaczem… Nasi klubowi włodarze jakby tym wzorcem się kierują. Kiedyś jednak trzeba dorosnąć. I zdecydować się na jakiś model funkcjonowania klubu. Odwołując się do przykładów europejskich (jesteśmy wszak pełną gębą Europejczykami) zdecydować, czy chcemy być Barceloną, czy Juwentusem.
Wiadomo – Juwentus to Fiat, a Barcelona? No, właśnie! Barcelona to… Barcelona! Duma Katalonii. I własność Katalonii. Nie jednego sponsora! Oczywiście nie namawiam do skrajności. Powiat płocki to nie Katalonia. A Wisła to, z całym szacunkiem, nie Barcelona. Chodzi mi tylko o model. O to dokładnie, by rządzący klubem porzucili komfortową postawę sięgania po gotowe i zaczęli działać jak menedżerowie. Trudno mi przy tym ocenić jakie są możliwości namówienia kogoś do wyłożenia pieniędzy na tak ryzykowne przedsięwzięcie jak płocki futbol, ale nie sposób wątpić, że takie możliwości jednak istnieją. Są ludzie, którzy potrafią wyciągnąć pieniądze na dowolny cel! I sprzedać klientowi dowolny towar. Jeśli akurat we władzach klubu nikt tego rodzaju predyspozycji nie posiada, to może należy takiego „fachowca” poszukać? A nie czekać na mannę z nieba, bo ta może nie spaść w dostatecznej ilości! Jak w znanej piosence kabaretowej – dobry Bóg zrobił, co mógł, teraz trzeba zatrudnić fachowca!
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Zapewne najważniejsze wydarzenie minionego tygodnia w kraju, przynajmniej tak można wnosić z tego, co widać w mediach, to publikacja raportu z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych. Jednak w tym felietonie zajmował się kwestią raportu nie będę. Wypowiedziałem się bowiem „w tym temacie” przed opublikowaniem owego dokumentu i jedyne co mógłbym zrobić, to wykonanie operacji „kopiuj” i „wklej”. Skopiować fragment tamtego felietonu i wkleić go do niniejszego tekstu. Nic więcej nie mam do dodania. Toteż przejdę do naszych spraw lokalnych. A u nas z kolei wydarzeniem medialnym tygodnia jest tekst zatytułowany „7 grzechów Płocka”, który wyszedł spod klawiatury Redaktora Naczelnego lokalnego dodatku ogólnopolskiego dziennika. Już pierwszy grzech – „tu się nie dyskutuje”, prowokuje do zabrania głosu. Owszem, nie dyskutuje się! Ale gdzie takie dyskusje powinny się przede wszystkim odbywać? Czy aby nie w mediach? Tymczasem mamy w Płocku trzy periodyki (dziennik i dwa tygodniki), które się nawzajem „nie widzą”! Gdyby ktoś z zewnątrz wziął do ręki któryś z nich, z pewnością doszedłby do wniosku, że w mieście ukazuje się tylko jedna gazeta (lub czasopismo). Żadnych śladów obecności pozostałych! W tym oczywiście polemik!
Muszę w tym miejscu przyznać, żem sam nie bez winy. Jednego z „konkurentów” czytuję bowiem niesystematycznie, a drugiego prawie wcale! Nie jest co prawda tak, że zajmuję się wyłącznie problematyką lokalną, niemniej jednak skłonności do polemik odmówić mi chyba nie można, co Szanowni Czytelnicy tych felietonów z pewnością poświadczą. Mogę zatem zadeklarować, że jeśli tylko pojawi się okazja do dyskusji, niechybnie ją wykorzystam! Oczywiście zdaję sobie sprawę, że aby taka polemika przyniosła owoce, nie może się ograniczać do wymiany zdań między piszącymi w mediach. Trzeba do niej wciągnąć ludzi, którzy w różny sposób oddziałują na losy miasta. Ot, choćby poruszony w cytowanym tekście problem ucieczki młodych ludzi „za wiedzą”. Dlaczego Płock to miasto „inteligencji technicznej”? Dlaczego nie ma oferty edukacyjnej dla ambitnych jednostek o zainteresowaniach humanistycznych? Dlaczego dwie duże uczelnie kształcące w tych kierunkach nie zadowalają poziomem potencjalnych kandydatów, co zmusza ich do „emigracji”? W Pułtusku może być uczelnia „o europejskim poziomie” (podobno, nie będę tego oceniał), a w Płocku nie? Nie wiem, ale może warto zaprosić do debaty właścicieli i władze uczelni działających w naszym mieście? I to zanim zaczniemy tworzyć tutaj filię Uniwersytetu Warszawskiego! A swoją drogą, jeden z uczestników wywołanej cytowanym artykułem dyskusji stwierdza, że Płock to miasto prowincjonalne, a jednocześnie nawołuje do powołania tutaj filii UW. Czy to aby nie sprzeczność? Toż filie tworzy się na prowincji właśnie! Jeśli zaś chcemy się wybić na samodzielność jako ośrodek akademicki, to nie filie trzeba tworzyć, ale uczelnie autonomiczne. Oczywiście na odpowiednim poziomie! Czego sobie i Szanownym Czytelnikom życzę! 
Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Zapowiada się w najbliższym czasie reforma administracyjna w polskim Kościele. Wszelkie znaki na ziemi i na… No, na razie tylko na ziemi wskazują, że konieczne będzie zlikwidowanie historycznej Archidiecezji Warszawskiej. Z powodu braku kandydata na metropolitę – uprzedzam zdziwienie Szanownych Czytelników taką diagnozą. Tak się bowiem dziwnie składa, że co się jakieś nazwisko pojawi na giełdzie potencjalnych następców prymasa Glempa, to zaraz wypływa teczka… Można zatem „prorokować”, że wkrótce chętnych do podjęcia tak karkołomnego zadania zabraknie zupełnie. Chyba, że… Że pojawi się kandydat reprezentujący postawę bardziej od swoich poprzedników „otwartą światopoglądowo”. Ja wiem, to nieładnie głosić spiskową teorię dziejów, ale… Dla każdego miłośnika literatury kryminalnej, a ja się do takich zaliczam, oczywiste jest, że ktoś tu daje wyraźne sygnały, w jakim kierunku poszukiwania przyszłej głowy Kościoła polskiego iść nie powinny…
Swoją drogą ciekawe, któż to mógłby stać za tymi „przypadkami”? WSI zlikwidowane… Czyżby jakaś instytucja „demokratycznego państwa”? A może jakiś nawiedzony „naprawiacz świata”? Kto wie? Instytucje „demokratycznego państwa” działają nadzwyczaj energicznie. Choćby takie Centralne Biuro Antykorupcyjne… W wyniku zakrojonej na szeroką skalę pracy operacyjnej instytucja ta pozyskała właśnie wiedzę o działaniach groźnego przestępcy, operującego zresztą na obszarze, na którym nikt nie mógł się tego spodziewać w najśmielszych nawet przypuszczeniach. W szpitalu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji mianowicie. Wiedza owa pochodziła od kolegów uprawiajacego ów niebezpieczny proceder lekarza, którzy złożyli stosowny donos do CBA. To jaka tu zasługa tej wyspecjalizowanej instytucji? – mógłby zapytać mniej zorientowany Czytelnik. Jak to jaka? Oczywiście taka, że pozyskana wiedza natychmiast została wykorzystana w działaniu operacyjnym. Uzbrojone po zęby zastępy funkcjonariuszy CBA otoczyły szczelnym kordonem miejsce pobytu przestępcy (ten szpital MSWiA właśnie) i ujęły go na gorącym uczynku… No, prawie na gorącym! Zaskoczony we własnym gabinecie „doktor śmierć” nawet nie zdążył pomyśleć o stawianiu jakiegokolwiek oporu.
Skuty w kajdany został wyprowadzony przez bohaterskich specfunkcjonariuszy, co widziała cała Polska, bo tak się złożyło, że przypadkowo przebywały w tym miejscu ekipy wszystkich najważniejszych stacji telewizyjnych i radiowych w kraju… Chwilę później ekipy te mogły rejestrować konferencję prasową, na której najważniejsi przedstawiciele władz państwowycjh odpowiedzialni za bezpieczeństwo i walkę z korupcją sformułowali szereg oskarżeń wobec zatrzymanego. Były to zarzuty najcięższego kalibru: zabójstwo, korupcja na szeroką skalę, brutalne traktowanie podwładnych… Następnego dnia okazało się wprawdzie, że zabójstwo było rutynową czynnością medyczną, zwaną zaprzestaniem uporczywej terapii podtrzymującej życie, a pieniądze o których wspominał lekarz w rozmowie z rodziną pacjenta miały być przeznaczone na opłacenie pielęgniarki, która miałaby opiekować się chorym… Słowem: rzecz jako żywo przypomina wiadomość podaną onegdaj przez Radio Erewań, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają samochody… Ale nie zmienia to w niczym faktu, że walka z korupcją jest ważnym problemem społecznym! 
Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Dobrze jest, kiedy felieton nawiązuje do jakiegoś wydarzenia dziejącego się aktualnie. Nie musi to być od razu milowy krok w dziejach ludzkości. Może być rzecz drobna, ale z jakiegoś punktu widzenia warta odnotowania. I takie zdarzenia w każdym czasie mają miejsce, tylko nie zawsze potrafimy je dostrzec, czy też ocenić ich rangę. Bywa i tak, że to, co dziś wydaje się niewarte komentarza, po pewnym czasie okazuje się być jednak wydarzeniem wielkiej wagi. A bywa i odwrotnie.

Niewątpliwie najbardziej sympatycznym zdarzeniem w ostatnim czasie jest „reaktywacja” Adama Małysza. Wiadomo, że gdy Małysz wygrywa, rodacy popadają w rodzaj transu, rośnie wydajność pracy, krowy na skutek kontaktu z pełnym entuzjazmu gospodarzem dają więcej mleka… I tak dalej! Słowem: poziom optymizmu w narodzie podnosi się niczym woda na Odrze w Miedonii przy pierwszych wiosennych roztopach. A Małysz ostatnio nie wygrywał, co wywoływało w narodzie tradycyjne komentarze, że „się skończył”, lub w wersji bardziej życzliwej, że już „swoje zrobił”, a ponieważ ma „swoje lata”, to należy mu się szacunek, ale z oczekiwaniami trzeba być powściągliwym. A tu Małysz znowu skacze daleko, wygrywa, nie schodzi z podium… Odżyły nadzieje na obfity łup na mistrzostwach świata…

Tak, życie jest piękne! Piękne też było pożegnanie z rządowymi posadami dwóch ministrów. I można by się z tego cieszyć, gdyby nie mgła tajemnicy przesłaniająca przyczyny tych dymisji. Obaj mieli wysokie notowania na politycznej giełdzie, jeden zwany jest nawet „trzecim bliźniakiem” dla podkreślenia zażyłości z pozostałymi dwoma… I nagle dymisja. Co się dzieje? Podobno niezgodność poglądów z samym „pierwszym bliźniakiem”, czyli szefem rządu. W jakiej kwestii? Ano, tego właśnie nie wiadomo. Ale żeby się nie dogadać w rodzinie? Jak tak dalej pójdzie, to można się spodziewać dymisji samego premiera. Z powodu niemożności uzgodnienia poglądów z samym sobą…

A nawet gdyby do tak drastycznych posunięć nie doszło, to i tak napięcie rośnie niczym u Hitch*****a, bo wkrótce ujawnienie raportu z likwidacji WSI! Ma ono, tak przynajmniej wynika z wypowiedzi twórców, czy też raczej twórcy tego raportu, spowodować prawdziwy wstrząs, porównywalny nawet z jedenastym września… Osobiście, prawdę mówiąc, nie oczekuję wstrząsów żadnych. Wydaje się, że co ciekawego w tym raporcie było, to już dawno zostało ujawnione w formie przecieków. Słowem: kawałki mięsiwa już wyłowiono, a teraz zaserwuje się publiczności zupę. Może nawet smaczną, ale bez szczególnych niespodzianek. I nie wydaje się, by komuś mogła zaszkodzić. Chłopcy z WSI nadal będą robić swoje, już poza strukturami formalnymi. Co nie oznacza, że mniej skutecznie. Biurokracja krępuje… A publiczność, jeśli zechce, posłucha i poczyta o rozmaitych przekrętach i machlojkach… Nic nowego pod słońcem!

Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Mamy kolejny sukces sportowy. Tym razem wydarzenie jest nam szczególnie bliskie, bo w naszym mieście piłka ręczna jest wszak dyscypliną sztandarową. Wprawdzie w grze reprezentacji nie bardzo to widać, bo nasi przedstawiciele nie występują na mistrzostwach świata w rolach głównych, ale tak już jest w grach zespołowych, że najlepsi zarabiają na życie w ligach zagranicznych. I całe szczęście. Bo rzecz nie tylko w pieniądzach, ale i w poziomie sportowym i organizacyjnym. A może przede wszystkim w mentalności. Tam nasi sportowcy uczą się profesjonalnego podejścia do uprawianego zawodu. W kraju jakoś to nie wychodzi. U nas w Płocku też. Mamy niby najlepszy zespół w kraju, ale warunki rozgrywania meczów… Budowa przyzwoitej hali sportowej zaczyna coraz bardziej przypominać budowę… Przepraszam! Już miałem przywołać przykład sztandarowy, świetnie znany mieszkańcom naszego pięknego miasta, choćby z ostatnich prób… Na szczęście w porę ugryzłem się w klawiaturę. I obiecuję, że więcej wiadomego tematu poruszać na tych łamach nie będę. Nawet gdyby doszło do jakiejś katastrofy i konstrukcja się zawaliła, czy na przykład została wysadzona w powietrze przez jakiegoś doprowadzonego na skraj wytrzymałości nerwowej desperata. Ile można?
Wróćmy jednak do sukcesu piłkarzy ręcznych, bo to jednak przyjemniejszy temat. Graczy mamy już największego światowego formatu, ale działacze jakby z innej epoki… Nie przewidzieli sierotki, że reprezentacja może awansować do finału i w związku z tym trzeba będzie pokonać pewną odległość. Najlepiej oczywiście w warunkach maksymalnie komfortowych, czyli samolotem. No, tak! Ale samolot kosztuje, a budżet związku na rok bieżący nie przewiduje wydatków związanych z sukcesami reprezentacji! W każdym razie nie przewiduje sukcesów aż na taką skalę. Wyjście z grupy – owszem, ale finał? Rozumie się, że taki obrót sprawy to szok dla kibiców. Oni się wiele po naszych reprezentantach nie spodziewali, bo i na jakiej podstawie? Owszem, medale w piłce ręcznej były, ale ostatnio dwadzieścia pięć lat temu! A potem posucha. Nie było nas nawet w finałach wielkich imprez. Dopiero kilka lat temu udało się w mistrzostwach Europy. Za sprawą naszego, płockiego trenera zresztą. Zatem kibice mogli być zaskoczeni, ale działacze przecież są po to, by rozwiązywać różne problemy, nietypowe również. Nie wiadomo na razie jak się sprawa zakończy. Może włączy się minister sportu? Skoro już taka funkcja istnieje…
Finałowa batalia skończyła się ostatecznie zwycięstwem Niemców, ale nie zmienia to faktu, że polskim piłkarzom ręcznym udała się nadzwyczajna sztuka. O tej dyscyplinie sportu gazety sportowe pisały w ostatnim tygodniu nie na 20 a na 1 stronie. Pozostaje mieć nadzieję, że wynik przełoży się na lepszy klimat dla polskiego szczypiorniaka. Bo póki co, jak mówił Wojciech Gąsowski po półfinałowym meczu z Danią, ktoś powinien się wstydzić, że Wisła Płock (która miała na mistrzostwach trzech swoich przedstawicieli: Wleklaka, Kuptela i Kwiatkowskiego) – wielokrotny mistrz Polski w piłce ręcznej, nie ma nawet porządnej hali, na której mogłaby i grać, i trenować.
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Nie lada atrakcji dostarczyli szerokiej publiczności samorządowcy, którzy nie „wyrobili się” ze złożeniem wymaganych przez prawo oświadczeń. Dokładniej mówiąc dostarczył ich jeden reprezentant tego środowiska. Bowiem ani liczba – około stu pięćdziesięciu osób, ani informacja, że nie zrobił tego we właściwym czasie wójt Pcimia Dolnego (przepraszam mieszkańców tej miejscowości za rutynowe przywołanie jej nazwy) nie wywołałyby żadnych emocji (nie licząc oczywiście odczuć mieszkańców poszczególnych gmin). Co innego prezydent stolicy! Wbrew wypowiedziom przedstawicieli rządzącej większości nie jest to stanowisko traktowane jako jedno ze stu pięćdziesięciu! I tu można się dziwić. Jak to? A gdzie szumne deklaracje o równości wobec prawa? No, tak! Dziwić się można, ale z drugiej strony to nie o równość wobec prawa przecież chodzi. Emocje to nie chłodna analiza i stąd też Warszawa to nie Pcim!
Jednak pozostaje zdumienie wynikające z konfrontowania litery prawa i woli większości. Prominentny reprezentant opcji rządzącej utrzymuje, że skoro prezydent stolicy nie spełnił wymogu ustawy, to z mocy prawa prezydentem nie jest! Pani Prezydent twierdzi z kolei, że skoro została demokratycznie wybrana, to wolą większości jest, by to ona rządziła stolicą dopóki nie zakończy się droga sądowa prowadząca do ustalenia, czy prawo zostało naruszone. Wygląda na to, że państwo prawa i państwo demokratyczne to zgoła dwie rzeczy różne! I co ma w takiej sytuacji myśleć tegoż państwa obywatel? Ja osobiście wolę jednak rządy prawa od rządów większości, czyli według określenia klasyka (-czki) „przypadkowego społeczeństwa”. Pod warunkiem wszakże, iż jest to prawo porządne, a nie uchwalone ad hoc, pod aktualne potrzeby, przez większość reprezentantów tego „przypadkowego społeczeństwa”.
I jeszcze jedno. Dziwię się komentarzom głoszącym, że „jakiś papierek” ma być pretekstem do pozbawienia człowieka stanowiska, że to kara niewspółmierna do winy… I kto to mówi? Gdzie byli dotychczas ci „reprezentanci społeczeństwa”, którym nadmiar papierów i rozrost biurokracji przeszkadza? Czyż to nie oni z każdą kadencją produkują tych papierów więcej i więcej? I to papierów nikomu niepotrzebnych, czyli szkodliwych dla wszystkich, a na dodatek uruchamiających lawinę kolejnych pozwoleń, zaświadczeń, sprawozdań… I nagle tyle zamieszania z powodu jednego „kwitu”, akurat jak najbardziej potrzebnego dla przejrzystości władzy. I tłumaczenie, że Pani Prezydent wcale tego oświadczenia składać nie musiała (to po co złożyła?), bo mąż nie „wykonuje” działalności gospodarczej na terenie gminy Warszawa. A cały ambaras z powodu słowa „wykonuje”, które pojawia się w ustawie o samorządach, a nie ma go w ustawie o działalności gospodarczej. Ot, takie małe niechlujstwo ustawodawcze! Ale czy można się dziwić, że takie „niedoróbki” się pojawiają, skoro ustawy wychodzą spod ręki reprezentantów „przypadkowego społeczeństwa”, którzy edukację prawną odbywają zazwyczaj wtedy, kiedy zostaną przyłapani na prowadzeniu samochodu w stanie cokolwiek „nieświeżym”?
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Cywilizacja europejska opiera się ponoć na kulturze greckiej, prawie rzymskim i moralności chrześcijańskiej. Oczywiście nie jest to pogląd powszechnie obowiązujący, ale jeden z wielu. Równoprawnych oczywiście, jak to w naszych czasach preferujących multikulturowość i wielość prawd. Wszystkie te kultury są oczywiście równie dla ludzkości cenne, a każda prawda jest jedynie relatywna. Oprócz przytoczonej w powyższym zdaniu oczywiście. Ta jest bezdyskusyjna. Nasi reformatorzy przystępują właśnie do „deesbekizacji”. Uznają byłe „służby” za organizacje przestępcze (wzorem Norymbergi), odbiorą ich funkcjonariuszom przywileje emerytalne, zakażą zajmowania stanowisk… Ktoś jest przeciw? Nie widzę, nie słyszę! Należy się takim owakim… Może się i należy, ale… jesteśmy państwem prawa! Podobno… Praktyki, które u nas stosowane są bez żadnych oporów, przez Rzymian uznane byłyby bowiem za skrajnie barbarzyńskie. Prawo, które działa wstecz, umowy, które można jednostronnie w dowolnym momencie zmienić…
Oczywiście fakt, że byli esbecy mają wysokie emerytury, a ich ofiary klepią biedę może oburzać, wywoływać frustrację, podważać wiarę w sprawiedliwość, być jak najgorzej odbierany z punktu widzenia moralności… Ale prawo jest prawem! Dura lex sed lex! Jeśli esbek popełniał czyny przestępcze – trzeba go osądzić i ukarać, jeśli ma na sumieniu czyny niegodne – nie podawać mu ręki. Ale emerytura? To była umowa dobrowolnie zawarta przez obie strony – państwo (takie, jakie wtedy istniało) i tego esbeka. On się z umowy wywiązał – państwo (mimo, że inne) też musi! Inaczej trzeba się pogodzić z faktem, że państwu wolno będzie pewnego dnia obniżyć emerytury wszystkim do dowolnego poziomu – na przykład ze względu na nieprzezwyciężalne trudności budżetowe. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że amnestia maturalna jest nieważna. I słusznie orzekł! Prawo nie może działać wstecz! Nie tylko wtedy, gdy wprowadza zmiany niekorzystne dla jakiejś grupy. Również w wypadku przeciwnym! Nie zmienia się reguł gry po jej zakończeniu!
Wyobraźmy sobie, że duża firma, zarządzana przez zdolnego menedżera, zmienia właściciela. Czy ma on prawo menedżera odwołać i powierzyć zarządzanie swojemu człowiekowi? Jasne, że ma! Nawet gdyby ten nowy był od starego gorszy i naraził właściciela na straty. Co komu do tego? Jego firma, jego straty, jego problem… A jeśli właścicielem jest państwo? Czy też może dokonywać takich zmian, ryzykując straty?
Przytoczę pewną anegdotę. Na zjazd naszego związku literatów, który odbywał się w Pałacu Kultury przybyły delegacje z bratnich państw. W czasie przerwy do grupki polskich pisarzy podszedł szef literatów radzieckich z nieśmiałym pytaniem:
– Przepraszam towarzysze, gdzie tu mógłbym zrobić siusiu?
– Pan? Wszędzie! – odpowiedział znany pisarz polski.
Czy państwo może?… Państwo? Wszystko!
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Według najnowszych doniesień, most będzie otwarty dopiero na wiosnę. O ile, rzecz jasna, w tym roku w ogóle będzie wiosna. Na razie mamy nie kończącą się jesień, a co potem, to chyba nawet najbardziej wytrenowani w prognozowaniu pogody górale nie są w stanie powiedzieć. Jeżeli obecna pora roku potrwa jeszcze trochę, to w okolicach kalendarzowej wiosny powinna zacząć się zima, a po niej? Może wiosna, a może od razu lato? Gdyby sprawdziła się hipoteza druga, to na dokończenie budowy naszej sławnej przeprawy przyszłoby poczekać do następnego roku. Co nie byłoby takie złe, zważywszy na uciążliwości, jakie musimy znosić w związku z wyhamowaniem płynności ruchu na odcinku dojazdowym od strony Zakładu Energetycznego. Niech zatem drogowcy budują sobie drugą nitkę Wyszogrodzkiej, a eksperci szukają rozwiązania usprawniającego ruch na tym newralgicznym kawałku. A my pokibicujemy: kto szybciej?
Brak wiosny to nie jedyna zaskakująca rzecz w naszej pełnej niespodzianek rzeczywistości. Otóż okazuje się właśnie, że w głośnej sprawie gdańskiej gimnazjalistki rzecz miała się zgoła inaczej, niż relacjonowały wszystkie bez wyjątku media. Tak się właśnie złożyło, że wszystkie wykazywały absolutną jednomyślność. Grupa zwyrodniałych małolatów, dręcząc w sposób okrutny w obecności biernie przyglądającej się klasy, doprowadziła dziewczynę do próby samobójstwa, zakończonej niestety powodzeniem. Tak mówiono i pisano wszędzie. No, wprawdzie na tych łamach stwierdziłem wówczas nieśmiało, że nie dopatrywałbym się w tych wydarzeniach bandytyzmu, ale raczej głupoty połączonej z brakiem kindersztuby, ale było to stwierdzenie oparte bardziej na intuicji, niż pozyskanej z mediów wiedzy. Tymczasem w toku prowadzonego postępowania prokuratorskiego pojawiła się teza, podana właśnie przez telewizję, że incydent miał charakter zabawy akceptowanej przez wszystkie biorące w niej strony! Wszystkie? Główną bohaterkę też? Trzeba przyznać, że to zwrot zaskakujący.
Gdyby te informacje się potwierdziły, to dla mediów byłby niemały kłopot. Jak wytłumaczyłyby ów owczy pęd do jedynie słusznego wyjaśniania zaistniałych wypadków? Dlaczego żadne z nich nie zdobyło się na trochę większą wnikliwość w badaniu sprawy? Ot, choćby nieco bardziej uważne wysłuchanie drugiej strony, to znaczy obwinionych o spowodowanie śmierci dziewczyny? Gdzie byli owi osławieni „dziennikarze śledczy”, co to niejedną aferę w naszym kraju wytropili i wyjaśnili? Przykro to mówić o własnym środowisku, ale zachowanie mediów zdaje się wyczerpywać znamiona bezmyślnej nagonki, wywołanej prawdopodobnie charakterem sprawy. Jeśli oczywiście nowa wersja zdarzeń się potwierdzi! I trzeba by wtedy z przykrością stwierdzić, że po kilkunastu latach „transformacji” przedstawicielom tej branży ciągle daleko do prawdziwego profesjonalizmu. Na pocieszenie, marne zresztą, można jedynie dodać, że nie tylko przedstawicielom tej branży…
Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Pierwsze dni nowego roku upływają nam zdecydowanie pod hasłem „afery lustracyjnej” w polskim kościele. W każdym razie media o niczym innym nie mówią. Przy czym emocje narastają, niczym w poprawnie skonstruowanym filmie sensacyjnym. Nie chcę przez to powiedzieć, że mamy do czynienia z precyzyjnie realizowanym przez jakiś „układ” scenariuszem. W każdym razie nie umiałbym poprzeć takiej tezy żadnymi dowodami. Mają za to niezbite dowody ci, co stoją na stanowisku, że… No, właśnie! Że co? Czego „niezbicie dowodzą” opublikowane właśnie w Internecie papiery? Przestudiowałem je dokładnie i z pewnością można stwierdzić jedno: nieprawdą jest, jakoby „figurant” (to określenie „fachowe” panów ze służb) „niczego nie podpisywał”. Są tam bowiem dwa „kwity” podpisane przez niego – w obu przypadkach pseudonimami. O ile zatem podpisy te nie zostały podrobione – mamy do czynienia z, mówiąc delikatnie, mijaniem się z prawdą. No, ale to już robota dla grafologa. Ja, amator wiarygodnej oceny wystawić nie potrafię.Cała reszta tych papierów to zapiski panów ze służb formułowane w taki sposób, iż trudno jednoznacznie stwierdzić, że mieli do czynienia ze współpracownikiem szczególnie gorliwym. Przeciwnie, z tego co zapisali wynika, że tak naprawdę żadnych poważnych zadań stawianych „figurantowi” tenże nie wykonał, albo wykonał, ale z przedstawionych zapisków nijak nie można dociec, z jakim rezultatem. Poprzestaje się bowiem na stwierdzeniach: odbyłem rozmowę z agentem na temat…, agent przekazał informacje dotyczące… Brak jakichkolwiek szczegółów, raportów pisanych ręką „figuranta”… Zaś tam, gdzie miał on wykonać ważne zadania – na przykład przeniknąć do struktur polskiej rozgłośni radiowej za granicą, rezultatów brak, a komentarz głosi, że „figurant” wykazał się biernością i brakiem zaangażowania w realizację powierzonej mu misji. Zatem podsumowując trzeba stwierdzić, że gdyby literalnie rozumieć słowo „współpraca”, to mamy tu do czynienia raczej z jej unikaniem. W miarę możliwości oczywiście…
Czy zatem problemu, moim zdaniem, nie ma? Czy został sztucznie rozdmuchany? Nie, problem jest. A nawet dwa. Po pierwsze, na tak kluczowym stanowisku w kościelnej hierarchii wolałbym widzieć człowieka mniej, powiedzmy, „skłonnego do kompromisów”, a po drugie – bardziej skutecznego w korzystaniu z zasobów własnej pamięci. Jako naukowiec pamięć ma bowiem na pewno dobrą i „wygrzebanie” z niej faktu, że jednak jakieś podpisy w pewnych okolicznościach były złożone nie powinno stanowić większego problemu… I jeszcze jedno. Nasi radni, decydując o tytule honorowego obywatela miasta, wykonali krok, który jakoś kojarzy mi się z określeniem użytym ongiś przez sławnego reżysera na określenie bojkotu telewizji przez aktorów w stanie wojenyym. Sytuacja jest może nieadekwatna, ale sam termin… Nie przytoczę go, kto dociekliwy na pewno znajdzie…
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Kiedy piszę ten tekst, mamy jeszcze okres przedświąteczny, ale Szanowny Czytelnik weźmie go do ręki dopiero po Nowym Roku. Toteż o świętach na razie nic powiedzieć nie mogę poza tym, że będą bezśnieżne. Wiem, zabawiam się tu w proroka, ale żadne prognozy ani znaki na niebie i ziemi nadejścia zimy w ciągu kilku najbliższych dni nie zapowiadają. Toteż drogowcy mogą bez stresu myśleć o karpiu i choince oraz kończyć prace przy nowej przeprawie mostowej. Trudniej wróżyć jaki będzie ten nadchodzący rok, ale wiele wskazuje na to, że czeka nas raczej nuda. żadnych olimpiad, mistrzostw świata w piłce nożnej, wyborów (no, chyba żeby przyspieszone)… Na gruncie lokalnym też żadnych wstrząsów być nie powinno (no, chyba żeby futboliści spadli z ekstraklasy). I jeśli tylko politycy nadal będą głównie zajmować się sobą, a nie na przykład „reformowaniem gospodarki”, to może to być rok całkiem dobry!
Oczywiście w dalszym ciągu towarzyszyć nam będzie problem lustracji, i to niezależnie od tego, co władza zrobi w tej sprawie. Albowiem nawet upublicznienie wszystkich dokumentów będących w posiadaniu IPN i innych państwowych instytucji, choć jak najbardziej pożądane, niczego ostatecznie nie załatwi. Nie wiadomo przecież gdzie są papiery, które zdążyły przez ostatnie kilkanaście lat z tych zasobów „wyparować”. A jeśli nie wiadomo, to jest wielce prawdopodobne, że ktoś je ma i w stosownym momencie wyciągnie. A to oznacza, że nadal będą pojawiać się takie tematy, jak sprawa biskupa płockiego, a wkrótce metropolity warszawskiego. Gazeta, która opublikowała wiadomy artykuł nie dysponowała wszak żadnymi materiałami z IPN-u. Zatem musiała je mieć skądinąd. Skąd? A może nie dysponowała żadnymi dokumentami? I tacy kaskaderzy na naszej scenie publicznej występują. A mogą, bo gdzieś „kwity” zniknęły i zawsze jest prawdopodobne, że właśnie się odnalazły. Gdzie? A, to już musi pozostać tajemnicą znalazcy. Nie można pochopnie podawać danych, które pomogłyby zidentyfikować źródło tak cennych informacji…
A tak przy okazji warto zadać pytanie: czy państwo musi korzystać z usług agentów? Wiadomo, że tamto złe, totalitarne musiało. Skoro było totalitarne, to musiało mieć kontrolę nad wszystkim, również nad tym, co myślą i czynią obywatele. A jak się tego dowiedzieć bez pomocy kapusia, gdy nawet najnowocześniejsze cuda techniki nie potrafią, jak na razie, czytać ludzkich myśli? Jednak teraz mamy państwo „własne”, które od takich potrzeb powinno być wolne. To po co mu donosiciele i tajne służby, różne UOP-y i ABW? Oczywiście dla bezpieczeństwa! Zawsze mogą znaleźć się źli ludzie, którzy na to „nasze” państwo będą chcieli podnieść rękę. I władza musi być gotowa, by im tę podniesioną na państwo rękę odrąbać! Czy jednak nie może się przy tym posłużyć metodami, że tak powiem, bardziej szlachetnymi, niż znienawidzone państwo totalitarne? Czy nie wystarczy wojsko, policja, sądy, prokuratura? Musi być zawsze oceniany pejoratywnie „współpracuś”?
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Przez kraj nasz targany aferami przetoczyła się kolejna, tym razem prawdziwie światowa, wzorowana na amerykańskiej „aferze rozporkowej”, afera… Trudno właściwie powiedzieć jaka, bo jak dotychczas brak żelaznych dowodów na to, że w sprawach damsko – męskich w ogóle do czegoś doszło. I pewnie, jak to u nas, nigdy się tego nie dowiemy. A już wydawało się, że po licznych wielkich aferach zakończonych rozstrzygnięciami co najmniej niejednoznacznymi, nareszcie uda się chwycić byka za, powiedzmy… rogi. Ale figa z makiem! Poseł, który miał być żywym symbolem wszelkiego zła w naszym życiu publicznym, okazał się niewinny jak dziecię, którego rzekomo miał być ojcem! No, może tak całkiem aniołem to on nie jest, ale dowodów niezbitych na to nie ma i nie będzie.

I może się okazać, że najgorzej na całym zamieszaniu wyjdą media, a szczególnie gazeta, która całą aferę nakręciła. A swoją drogą to ciekawe, że te mądre redaktory z tej najbardziej profesjonalnej gazety w Europie Środkowej, co to na okrągło piszą jakie z tych działaczy Samoobrony męty, szuje i oszusty, tak bez zastrzeżeń uwierzyły we wszystko, co im naopowiadała… działaczka Samoobrony! Czym to wytłumaczyć, jeśli sama myśl o braku profesjonalizmu wydaje się czystym absurdem? Czyżby błysk „postępu” padł redaktorom na oczy? Bo jak tu nie uwierzyć, kiedy nie dość, że kobieta, to jeszcze samotnie wychowuje dzieci, a na dodatek „molestowana”? A może to przyjemność dokopania Kaczorom jest warta każdego ryzyka?

Na naszym podwórku lokalnym mamy za to swoje problemy. Może nie tak poważne jak te krajowe, skromniejsze, jak to na prowincji, ale dla niektórych mieszkańców miasta dokuczliwe. Myślę o tych, co tak jak ja muszą codziennie przejeżdżać obok skrzyżowania z drogą dojazdową do nowego mostu. Są korki niestety, choć jeszcze nie działa sygnalizacja świetlna. Jak zacznie działać i samochody będą zmuszone się na tych światłach zatrzymywać, korki będą większe. Nie wiem czy odpowiedzialne za drogi instytucje już myślą, jak ten problem rozwiązać, ale byłoby wskazane, żeby jednak pomyślały.
Rozwiązanie jest wprawdzie prowizoryczne, ale prowizorka potrwa dostatecznie długo, by mieszkańcy osiedli położonych za tym zjazdem poczuli głęboką „wdzięczność” dla tych, co im ową przyjemność zafundowali. W ogóle cała ta inwestycja (myślę o budowie mostu wraz z drogami dojazdowymi) wygląda na jedną wielką prowizorkę i gdyby ktoś chciał nakręcić film instruktażowy na temat „jak nie powinno się realizować inwestycji”, to ma okazję niepowtarzalną! Gdzie w świecie znajdzie nowy most, który służy wyłącznie do podziwiania z dystansu swojej wyjątkowej niewątpliwie urody? Spieszcie się filmowcy, bo czas na realizacje dzieła dobiega końca i okazja do rozsławienia w świecie naszego pięknego miasta mija bezpowrotnie!
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Jeśli ktoś z Szanownych Czytelników ma dzieci w wieku szkolnym, od czasu do czasu musi uczestniczyć w zebraniach rodziców (chyba, że wysyła współmałżonka). Ja akurat mam to szczęście i jeśli nie uda się przekonać żony, że akurat mam inne niecierpiące zwłoki zajęcia, bywam na takich zebraniach. Ostatnio się nie udało. I byłem na zebraniu z kategorii „ciekawych”. Pojawił się mianowicie problem. Polega on na tym, że uczniowie popadli w konflikt z nauczycielem. Lista zarzutów zawiera kilka pozycji: nauczyciel źle uczy, uczniowie mimo wysiłków nie są w stanie sprostać jego wymaganiom, a na dodatek podczas ostatniej lekcji zostali odpytani uczniowie, którzy opuszczali lekcje z tego przedmiotu i w rezultacie padło kilkanaście jedynek, co sprowokowało dwoje uczniów do wygłoszenia na lekcji komentarza w tonie odbiegającym nieco od przyjętego w Wersalu.

Zdarza się. Uczniowie i rodzice są niezadowoleni z nauczycieli, nauczyciele z uczniów i rodziców… Normalka! Jednak niektóre komentarze i pomysły budzą co najmniej zdziwienie. Na przykład teza, że nauczyciel wymaga za dużo, bo ta klasa to, dajmy na to, humaniści, a inkryminowany przedmiot do humanistycznych się nie zalicza bynajmniej… I ta wiedza „do niczego im się w życiu nie przyda”. Nauczyciel powinien zatem ograniczyć się do „przerobienia” podręcznika, a nie serwować w formie wykładu jakąś wiedzę „na poziomie akademickim” (?). No, tak!

Po pierwsze o tym, czy jakaś wiedza „się w życiu do czegoś przyda” osobie X można zasadnie wyrokować dopiero w momencie, gdy osoba ta będzie przyjmować ostatnie namaszczenie. Wcześniej nie wiadomo, co się człowiekowi w życiu przyda, zwłaszcza w naszych, pełnych niepewności czasach. Chyba, że ktoś jest prorokiem… Po drugie, uczniowie klasy licealnej o „profilu humanistycznym” to jeszcze nie humaniści! Humanistami będą dopiero po ukończeniu studiów na odpowiednim kierunku. W najlepszym wypadku. Wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy termin „humanista”. Na razie są to uczniowie liceum ogólnokształcącego. Podkreślam: ogólnokształcącego! I uczęszczają do szkoły po to, by przyswoić sobie wiedzę ogólną. W możliwie szerokim zakresie i na tyle, na ile zdolności pozwolą. Celem nauczania jest zatem opanowanie przez ucznia wiedzy określonej w programie danego przedmiotu, a nie „przerobienie podręcznika”. Podręcznik to tylko jeden z instrumentów używanych w nauczaniu. Są i inne: wykład nauczyciela, praca własna ucznia… Tak, uczniowi można zlecić samodzielne opanowanie pewnych umiejętności lub obszarów wiedzy. Mówimy o renomowanym liceum, a nie kursie przysposabiającym do zawodu! Profil humanistyczny oznacza zaś tyle, że wiedza z niektórych przedmiotów ma być poszerzona w stosunku do innych klas, a nie to, że z przedmiotów „niehumanistycznych” uczeń ma otrzymać wiedzę okrojoną. To ostatni moment, by taką ogólną wiedzę o świecie posiąść. Potem będą studia, czyli w tym akurat wypadku „wytwórnia humanistów”. Tam już nie będzie miejsca na „wiedzę ogólną”. A termin „ „humanista” ukuto wszak w epoce Renesansu i oznaczał człowieka wszechstronnie wykształconego! Człowiek Renesansu, który nie wie kto to był Kopernik (bo to nie nauki humanistyczne)?
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Widziane ze skarpy

Serial wyborczy za nami i wypadałoby zmienić temat, to znaczy po kilku tygodniach monotonii (wiele żon to poligamia, a jedna to… monotonia) i zająć się wreszcie sprawami poważnymi. Jednak zima nie nadchodzi, doroczne zaskoczenie drogowców opadami śniegu jeszcze nie nastąpiło, most nadal nieczynny… Sezon ogórkowy, zatem nie pozostaje nic innego, jak napisać coś o polityce. Wybory zakończyły się wprawdzie bez niespodzianek, ale już pierwsza sesja nowo wybranej Rady Miasta dostarczyła obserwatorom niejakich atrakcji. Może nie tym, którzy znają kulisy lokalnej polityki, ale postronnym obserwatorom na pewno. Podzielił się trzeci co do wielkości klub radnych. Trójka przystąpiła do koalicji wspierającej urzędującego prezydenta, dwaj panowie pozostali w opozycji. Z perspektywy krajowej takie podziały nie zaskakują, bo miały miejsce i gdzie indziej. Rodzą się jednak pytania. Czy radny (poseł, senator – niepotrzebne skreślić, tylko się za bardzo nie rozpędzać – jakaś władza jednak jest w kraju potrzebna) jest człowiekiem wolnym w takim stopniu, że może w trakcie kadencji dowolnie zmieniać poglądy i barwy polityczne? Czy nie został aby „wynajęty” przez swoich wyborców do reprezentowania na forum rady ich poglądów i interesów?
Nie jestem wprawdzie wytrawnym znawcą demokracji, nie żywię też do tego ustroju zbyt wielkich złudzeń, ale problem wydaje się wart rozważenia. Oczywiste jest, że człowiek jest wolny i do zmiany poglądów ma prawo. Ale ma to prawo jako osoba prywatna. A jako przedstawiciel elektoratu? Wydaje się, że nie! Czy dopuszczalne jest na przykład, by adwokat znienacka zamiast bronić klienta zaczął go oskarżać? Albo menedżer zamiast promować produkty swojej firmy reklamował ofertę konkurentów? Oczywiście pierwszy może uznać, że klient nie zasługuje na obronę, a drugi dojść do wniosku, że wyroby firmy, którą kieruje to w porównaniu z ofertą konkurencji „barachło”. Tyle, że zanim zaczną z owych odkryć czynić użytek na forum publicznym, powinni swoim mocodawcom wypowiedzieć umowę! A polityk, który zmienił poglądy – zrezygnować z mandatu. Tak by wyglądał polityczny bą tą, sawuar wiwr i fer plej.
Oczywiście politykom należy zostawić pole manewru, przynajmniej w sprawie taktyki. To czy wejść w koalicję i rządzić, czy też pozostać w opozycji nie powinno być przedmiotem konsultacji z „elektoratem”. W końcu to polityk jest fachowcem i on wie najlepiej jaka taktyka jest w danej chwili najbardziej skuteczna. A gdyby jakiś „elektorat” miał inne zdanie w tej kwestii, to nic nie stoi na przeszkodzie, by samemu zakasał rękawy i zabrał się do czynnego uprawiania polityki. Jak daleko jednak te „uprawnienia” mają sięgać? Czy zmiana przynależności partyjnej nie może być elementem taktyki? Chyba jednak nie. To partia bowiem składa ofertę polityczną wyborcom i partia ponosi odpowiedzialność za jej realizację. A jak się z tej obietnicy wywiązać, to właśnie sprawa taktyki, którą wypada ustalać na płaszczyźnie wewnątrzpartyjnej, a nie w drodze migracji między partiami.
 Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.