Z ostatniej chwili:

W Dębowej Górze i u państwa Burskich – Na dobre i na złe

Drodzy czytelnicy niestety, Kuba rozstaje się z Zosią, piękna Edyta usidla dr Burskiego i żyją razem długo i szczęśliwie. Pani dyrektor szpitala potajemnie spotyka się z prof. Zybertem, ale szybko okaże się, że to jeszcze nie to, więc z braku innych męskich bohaterów serialu, zacznie się interesować Mikołajem.Czy taki scenariusz nie jest możliwy? Wszystko jest możliwe w telenoweli, zwłaszcza takiej, którą w każdą niedzielę oglądają miliony widzów. Wszystko może się zdarzyć, byle tylko było ciekawie, tkliwie i przyjemnie, czyli tak jak widz lubi. A jak jest naprawdę? Do hali w Sękocinie, gdzie jest kręcony serial „Na dobre i na złe” dojeżdżamy wcześnie rano. Bez problemu trafiamy na plan. Okazuje się, że hala pełni rolę szpitala w Dębowej Górze, także domu Zosi i Jakuba. Dzień zdjęciowy już się zaczął, nagrywana jest pierwsza, przewidziana na ten dzień scena. – Uwaga cisza, próba – krzyczy kierownik produkcji. Reżyser Maciej Dejczer daje ostatnie wskazówki Edycie Jungowskiej, która wchodzi do dyżurki pielęgniarek. Niestety, nie wiemy, co się tam dzieje, ale wszystko opowiada nam asystent reżysera. – Teraz nagrywamy dwie sceny, z dwóch różnych odcinków, z 68 i 70. W scenie z 68 odcinka przywożą do szpitala dziewczynkę z poparzoną twarzą. Okazuje się, że ona często gra w reklamach, dlatego poparzenia są szczególnie uciążliwe, choć oczywiście dla każdego dziecka jest to problem. Ważny jest jednak nie tylko jej wygląd, ale także jej matka, która zachowuje się tak, jakby żyła z pieniędzy zarabianych przez córeczkę. Nie jest to postać pozytywna. Matka przynosi czasopismo, w którym jest zdjęcie jej córki reklamującej, chyba jakiś jogurt. Później tę gazetę znajduje Mareczek na korytarzu, przychodzi z nim do Kaśki Bujakiewicz, czyli do Marty, która informuje go, że w pismach kobiecych znajdują się różne ciekawe rzeczy. Oczywiście Mareczek chętnie te pisma czyta, a potem próbuje ingerować w życie Bożenki. Zaprasza ją na wesele swojej kuzynki, gdzie chce ją przedstawić rodzinie, wujkom, ciociom. Postanawia kupić jej sukienkę, namawia na fryzjera, wszystko zgodnie z tym, co przeczytał w kolorowych gazetach. Widzowie jednak doskonale wiedzą, że Bożenka ma charakterek i oczywiście ostro reaguje na te propozycje. Dochodzi do sprzeczki. Senne marzenie mężczyzn Mareczek wychodzi i oczywiście od razu trafia w nasze ręce. Edyta Jungowska poszła spać i nie udało nam się z nią porozmawiać. Być oże była po nocnym dyżurze. Chętnie za to na pytania odpowiadał Paweł Wilczak (filmowy Mareczek) Jaką kobietą jest Edyta Jungowska, dlaczego właśnie ona stała sie obiektem pana uczuć? – Jest to świetna dziewczyna, wspaniała koleżanka. Ale czy warto się w niej kochać? – Oczywiście. Ona ma w sobie coś takiego, czego nie da się sklasyfikować, to coś, co urzeka mężczyzn. Jest taka sama na scenie, jak i w życiu? – Jest równie ciekawa i tu i tu. Czy od chwili rozpoczęcia gry w serialu, zmieniło się pana życie? – Ja myślę, że zmiana życia, to chyba za duże słowa, ale sporo się zmieniło. Zaczęło się coś w rodzaju zaczepiania mnie na ulicy, o dalsze losy serialu pytają mnie dopiero co poznani ludzie. To jest najlepszy dowód, że serial jest popularny. Jakie ma pan najbliższe plany? – Jestem teraz w zdjęciach w filmie Janusza Zaorskiego, pod roboczym tytułem „Haker” i to jest to, co teraz zajmuje mi najwięcej czasu, obok serialu „Na dobre i na złe”. O dalszych planach trudno mówić, bo pewnie kręcenie tego serialu jeszcze potrwa. Czekam również na udźwiękowienie filmu „Stacja”, którego kręcenie niedawno zakończyłem. „Agregat” ze Żmijewskiego Czekamy na kolejną scenę. Tym razem na szpitalnym korytarzu mają grać Artur Żmijewski i Olga Bończak. Choć przez chwilę chcemy porozmawiać z idolem wielu Polek. Niestety, aktor przygotowuje się do roli. Pod żadnym, pozorem nie można mu przeszkadzać. Zaczyna udzielać się nam atmosfera lekkiego podenerwowania. Technicy przygotowują do „akcji” urządzenia, a my stoimy cicho i nieruchomo pod ścianą. Wreszcie w drzwiach ukazuje się doktor Jakub Burski. Podchodzi do niego nowa doktor – Edyta. Rozmawiają o braku klisz do nowego aparatu rentgenowskiego. Grają rewelacyjnie. Tymczasem reżyser tę samą scenę, trwającą z zegarkiem w ręku 30 sekund, powtarza już po raz szósty. Przez głowę przebiega myśl, że to musi być perfekcjonista. Podziwiamy aktorów za ich wytrwałość i umiejętność dostosowywania się do sytuacji. W pewnej chwili, Olga Bończak, na specjalną prośbę Macieja Dejczera gra sama. Idzie korytarzem i mówi do Jakuba Burskiego, którego wcale nie ma. Podobno to takie ćwiczenie i sprawdzenie dźwięku. Nagle zapadają całkowite ciemności. Nie. Tego nie było w scenariuszu. To wynik przerwy w dostawie prądu na halę. Ktoś biegnie, ktoś załącza agregatory. I znowu jest jasno. Znowu Żmijewski wpada przez drzwi, idzie korytarzem i mówi Oldze o braku klisz do… agregatu! Wszyscy wybuchają śmiechem . Jednak ujęcie trzeba powtórzyć. Najprawdziwsza scena łóżkowa W końcu dostajemy się na plan kolejnej sceny. W rolach głównych Zosia i Jakub Burscy. Nasz opiekun wymusza na nas obietnicę, że nie będziemy robić żadnych zdjęć. Dlaczego? Bo oto przed naszymi oczami miała rozegrać się najprawdziwsza scena łóżkowa. Rozsiadamy się wygodnie w jadalni państwa Burskich, z którą bezpośrednio sąsiaduje ich sypialnia. Widok doskonały. W małżeńskim łożu Małgorzata Foremniak w grzecznej liliowej koszuli leży tuż obok śpiącego snem kamiennym Artura Żmijewskiego. Według scenariusza, kobieta nie spała całą noc. Rozmyślała o tym, jak bardzo chce dać mężowi dziecko. Właśnie po cichutku wstawała z łóżka… Wtedy mąż przyciągnął ją mocno do siebie. Spojrzał w oczy i wypowiedział tym swoim urzekającym tembrem głosu, cudowne słowa – Wiesz, że cię kocham. Tak zagrać i jednocześnie zrobić piorunujące wrażenie mógł tylko jeden amant w Polsce, oczywiście Artur Żmijewski. Jesteśmy pewne, że w oglądając tą scenę na ekranie wiele Polek rozmarzy się na dobre i szczerze pozazdrości Zosi. My też jej pozazdrościłyśmy. Zosia z kolei, w uścisku takiego mężczyzny i przy okazji takiego wyznania, rozpłynęła się w uroczym uśmiechu. Zapragnęła też ponad wszystko uszczęśliwić męża. Kochankowie wymienili czuły pocałunek. Zosia w tej chwili chce dać Jakubowi wszystko. A Jakub co na to? Poprosił o kawę! Na filmowym zegarku wybiła szósta rano. Koniec ujęcia. Tymczasem dochodziło południe. Jednak ta sielankowa, jak również łóżkowa scena podziałała na wielu operatorów usypiająco. Siedzący obok nas w fotelu i na kanapie zapadają w sen. Słychać nawet krótkie chrapnięcia. Oto jak ekscytujące jest dla filmowców kręcenie sceny łóżkowej. Nie ma się czemu dziwić. Obecni tutaj ludzie, pracują nie tylko w serialu „Na dobre i na złe”. W innych filmach, dzień zdjęciowy kończy się późno w nocy. Jeżeli więc znajdzie się chwila czasu, to warto ją wykorzystać na krótki odpoczynek, nawet jeżeli wypada on w środku takiej sceny. Płocczanie na planie Sceny zazwyczaj grają po dwie, góra trzy osoby. Do tego dochodzą jeszcze statyści, wypełniający niejako tło filmowych pomieszczeń. Widz dostrzega więc na ekranie maksymalnie do pięciu osób. Tymczasem żeby taka scena powstała, pracuje na to, na samym planie około dwudziestu osób, operatorów dźwięku, obrazu, techników. Są to w większości młodzi ludzie. Wśród nich spotkałyśmy również płocczan. Jednym z nich był Grzegorz Żaglewski. W „Na dobre i na złe” odpowiada za nagranie dźwięku podczas scen, czyli za tzw. „ściąganie głosów z ust aktorów”. Związany jest nie tylko z tym serialem. Pracował w „Tygrysach Europy”, jak również w „Sukcesie” Jak sam mówi, do filmu trafił rok temu właściwie przez przypadek. Pomógł mu w tym znajomy. -Spodobał mi się charakter tej pracy, możliwość spotkania znanych aktorów, jak również współudział w tworzeniu filmów – mówi. Ceni sobie wszystkie mniejsze i większe uroki tej specyficznej pracy. – Z pewnością jest to zajęcie, które zajmuje dużo czasu i wyciska z człowieka sporo potu -dodaje. Zdradził nam również, że płocczanie na planach filmowych pojawiają się często i jego przypadek nie jest odosobniony. Tomek „oblał prawko” Nie spodziewałyśmy się, że Jakub aż tak bardzo zdenerwuje się tym, że Tomek nie zdał egzaminu na prawo jazdy. Ups, znowu zdradzamy kolejne losy bohaterów tego serialu. Ale chyba nikt nie będzie miał nam tego za złe, więc kontynuujemy. W kolejnych odcinkach okaże się, że syn doktora wjechał co do milimetra na kopertę, prawidłowo wystartował z hamulca ręcznego podczas ruszania z góry, jednak nie zapiął pasów. Żeby uspokoić nieco Jakuba, Zosia zrobiła mężowi masaż. Jakub zastawiał się, czy instruktorowi powinien dać łapówkę. Postanowił w końcu, że pójdzie z synem na egzamin i sam sprawdzi tego „instruktora z bożej łaski”. To była już ostatnia scena, którą udało nam się podejrzeć w Sękocinie. W ciągu pięciu godzin dnia zdjęciowego nakręcono może pięć minut serialu. Przyznałyśmy zgodnie, że jest to ciężka i żmudna praca. Osobiście bardziej wolimy o filmach pisać, a najbardziej przeprowadzać wywiady z gwiazdami. Jola Marciniak Blanka Stanuszkiewicz Fot. Dariusz Ossowski