Najnowsze informacje

Szczucki i Szyczkow

Już po pierwszym meczu rozegranym w Płocku mało kto miał wątpliwości, jaki cel postawili sobie Hiszpanie w Lidze Mistrzów. Oczywiście ostateczne zwycięstwo, a wygrywając kolejno ze wszystkimi rywalami, są do tego na najlepszej drodze. Wisła do Pampeluny jechała na pożarcie, wygrać nie mogła, ale mogła zostawić po sobie dobre wrażenie. I ten cel został osiągnięty.Ostatni mecz, niestety, rozpoczął się pechowo już na lotnisku Okęcie. Samolot do Paryża miał wystartować o godz. 7.05, więc z Płocka trzeba było wyjechać o godz. 4.15. Tymczasem okazało się, że nad Paryżem, gdzie było lądowanie, jest okropna mgła i żadnych samolotów nie przyjmują. Na szczęście z opóźnieniem, ale udało się dolecieć.
W dobrych humorach po lunchu cała ekipa została odprawiona na lot do Biarritz, skąd już blisko do Pampeluny. Niestety, dotarła do nas wiadomość, że samolot, który miał wyruszyć w ten rejs jest uszkodzony i trzeba szukać nowego. Wydawało nam się, że na tak wielkim lotnisku, jak Charles`a de Gaulla, nie będzie z tym problemu. Minęły jednak dwie godziny zanim wystartowaliśmy. Spóźnieni, ale szczęśliwi, że udało się także wylądować, pojechaliśmy autokarem w ostatni tego dnia etap podróży, do stolicy Navarry w Hiszpanii, czyli do miasta byków – Pampeluny.
Dokładnie po 15 godzinach podróży, zmęczeni zawodnicy pojechali na halę, gdzie mieli godzinny trening. A sama hala, zresztą uniwersytecka, to wspaniały obiekt, służący nie tylko studentom. Basen, siłownie, sauny, sale do tenisa stołowego, ściany wspinaczkowe, wszystko co potrzebne do rekreacji i zawodowego uprawiania sportu. Do tego oczywiście widownia na 3 tys. miejsc z możliwością dostawienia większej ilości fotelików dla widzów. Chodziliśmy po hali zaglądając wszędzie i marzyliśmy, by ta wybudowana w nie dającej się określić przyszłości w Płocku, była równie funkcjonalna.
Sobotnie przedpołudnie to czas regeneracji sił, masaży i oglądania meczu z Portland na video. Nie było czasu by pospacerować po prześlicznym miasteczku, którym zachwycił się już Ernest Hemingway w książce „Słońce też wschodzi”. Bo Pampeluna znana jest na całym świecie z „San Fermines”, czyli fiesty, podczas której ulicami miasta przepędzane są byki goniące ludzi.
Oczywiście najważniejszym zadaniem piłkarzy, było rozegranie meczu w Lidze Mistrzów. Półtorej godziny przed spotkaniem piłkarze przyjechali na halę, która jeszcze była cicha i spokojna. Wraz ze zbliżającą się godziną rozpoczęcia meczu, miejsca na trybunach zapełniały się coraz bardziej. Ostatecznie na trybunach zasiadło 2200 widzów, w tym trzech chłopaków z Wrocławia, którzy pracują w Pampelunie i nie mogli nie przyjść na mecz, by dopingować polską drużynę.

A potem był mecz, który zaczął się doskonale dla płockiej drużyny .Wisła nie pozwalała odskoczyć przeciwnikowi, a nawet w 10 min. po strzale Łukasza Szczuckiego prowadziła 5:4. To był trzeci gol Łukasza, a w tym czasie dwie bramki strzelił jeszcze Rafał Kuptel. Jeszcze w 14 min. Wisła prowadziła 7: 6, po dwóch bramkach Aloszy Szyczkowa, by potem dało o sobie znać zmęczenie.
Przy okazji warto w tym miejscu współczuć spikerowi zawodów .Najczęściej gole dla Wisły strzelali Szczucki i Szyczkow. Dla Polaków są to trudne do wymówienia nazwiska, a co dopiero dla Hiszpana. Trzeba się było mocno domyślać, że ten dźwięk, który wydawał z siebie spiker, to nazwiska najskuteczniejszych płocczan.
Niestety, od 15 min. coś się w zespole załamało, a goście skwapliwie to wykorzystali, rzucając z kontry kolejnych siedem bramek. Zanosiło się na pogrom, zwłaszcza, że w 22 min. ostatniego gola w tej części spotkania strzelił Witalij Titov, a gospodarze dorzucili cztery.
Po przerwie gra była już wyrównana, a Wisła przegrała tę część spotkania tylko 16: 18. Radził sobie w bramce Artur Góral i znakomicie strzelał Alosza, najmniejszy zawodnik na boisku, który dokonywał cudów zręczności i strzelał z nieprawdopodobnych sytuacji. Były takie momenty, że gospodarze nie zdobywali żadnej bramki, a Wisła cztery kolejne. Oczywiście o zwycięstwie nawet nie było co marzyć, ale ważne, że zespół pokazał się z dobrej strony, że potrafi walczyć, mimo ogromnego zmęczenia i nie boi się rywali, którzy nie ukrywają, jaki mają w tym sezonie cel.
Zresztą cała drużyna przeciwników prezentowała się znakomicie, wysocy, doskonale wyszkoleni technicznie, świetnie się znający i rozumiejący na boisku. Trener Javier Equisoain`a miał do dyspozycji 15 zawodników, z których żaden nie odbiegał umiejętnościami od najlepszych płocczan, a większość, niestety, nimi przewyższała.
Wiśle udało się dobrze zaprezentować w Pampelunie. Mogło być rzecz jasna lepiej, ale o tym porozmawiamy, kiedy będzie już wiadomo, jakie miejsce Portland zajmie ostatecznie w Lidze Mistrzów. My musimy się jeszcze od nich sporo nauczyć i znacznie zwiększyć budżet sekcji, żeby myśleć o dorównaniu takim przeciwnikom. Trzeba też przyciągnąć kibiców, bez których to wszystko nie ma sensu. Tam mecz, o którym wszyscy wiedzieli, że będzie wygrany, obserwowało 2200 osób. To dla nich była fiesta, siedzieli, gadali, cieszyli się, czasem bili brawo, ale w tym momencie byli ze swoją drużyną. Płocki zespół podczas meczów może liczyć tylko na najwierniejszych.
Portland: Hevdit, Rivero – Rocas 2, Andorinho 6, Lozano 5, Garralda 3, Martin 3, Richardson 2, Carvajal 4, Ortigosa 6, Lubej 1, Jorgensen 2, Jorgensen, Balic 1.
Wisła: Marszałek, Góral – Niedzielski, Ilin, Titov 1, Szyczkow 8, Witkowski, Wiśniewski 3, Kuptel 3, Wuszter 2, Szczucki 7, Twardo.

Jola Marciniak

Zobacz kolejny artykuł

Płocki zakład karny zmienia właściciela

Na początku tego roku nastąpiła zmiana podległości Zakładu Karnego w Płocku. Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro …