Najnowsze informacje
anal pump

Sting i Dowland, czyli przeboje sprzed czterech wieków

Współczesny autor przebojów nagrywa płytę z utworami sprzed 400 lat. Porzuca gitarę basową, by sięgnąć po renesansową lutnię. Studyjny przepych brzmienia zamienia na kameralną surowość. Z rynkowego punktu widzenia – wątpliwe posunięcia. Ale muzyka z nowej płyty Stinga uzasadnia to ryzyko.
Nawet szybki rzut ucha wstecz przynosi refreny kilkunastu przebojów Stinga. Kto by pomyślał, że jazzman-amator, którego w jakimś klubiku wypatrzył gitarzysta Andy Summers, w ciągu raptem paru lat napisze „Roxanne”, „Message In The Bottle”, „Walking On The Moon”, „Every Breath You Take” i inne przeboje The Police, a kiedy zacznie działać na własny rachunek, zaśpiewa szereg wysmakowanych utworów w rodzaju „Childrens Crusade”, „Englishman In New York” czy „Shape Of My Heart”. Talentowi Stinga do tworzenia chwytliwych popowych motywów zawsze towarzyszyło otwarcie na inne gatunki muzyki. Za czasów The Police świadczyły o tym jazzujące aranże i wyrafinowanie harmoniczne, zaś potem już konkretne tropy, np. barokowe interludium w „Moon Over Bourbon Street” czy temat „Russians” wywiedziony z Prokofiewa. Dlatego pomysł sięgnięcia po pieśni angielskiego kompozytora Johna Dowlanda wcale nie jest taki dziwny.
Na wydanym przez renomowaną, klasyczną wytwórnię Deutsche Gramophone albumie „Songs From The Labirynth” Sting występuje w towarzystwie Edina Karamazova, świetnego lutnisty pochodzącego z Sarajewa. Partie Karamazova są wyważone, precyzyjne, momentami olśniewające ażurowym brzmieniem instrumentu. Zupełnie inaczej rzecz ma się z wokalami Stinga, który wyraźnie trochę się waha: czy śpiewać bez klasycznego zadęcia, swobodnie i naturalnie, czy napinać się i stylizować. Do tego dochodzi niezbyt szczęśliwy pomysł studyjnego dublowania głosów w paru utworach. Na szczęście zwykle górę bierze naturalność, wyluzowany wdzięk i bezpośredniość. Nie jestem tenorem, śpiewakiem operowym, nie potrafiłbym tak śpiewać nawet gdybym poćwiczył. Ale mam nadzieję, że tchnę w te pieśni odrobinę świeżości – powiedział wokalista. Więc choć z deszczu klasycznej sztywności wpadamy pod rynnę popowej nonszalancji, to warto było poddać pieśni takiej próbie. W końcu Dowland po to je napisał.
Sting pokusił się o próbę nagrania swoistego koncept-albumu. Kolejne pieśni są przeplatane fragmentami listu emigranta Dowlanda do Sir Roberta Cecila (szefa ówczesnego UOP-u i sekretarza stanu). Muzyka staje się zatem bezpośrednim komentarza do losu kompozytora. „Can She Excuse Me Wrongs” jest napisane dla wpływowego polityka hrabiego Essexa (tytułowa „She” to – skłonna lub nieskłonna do wybaczenia katolickich błędów i wypaczeń – królowa Elżbieta). W słynnym „Flow My Tears” mowa o infamii, dla której żadna noc nie jest wystarczająco ciemna. Swobodna, „kolokwialna” maniera wokalna Stinga – przy wszystkich technicznych zastrzeżeniach – sprzyja tym utworom, ukazuje ich uniwersalną, nie ograniczoną wymogami formalnymi, naturę. Porażkę wokalista ponosi tam, gdzie próbuje szukać „wysokiego stylu”, przeformatować głos na potrzeby konwencji (np. w zamykającym płytę, napuszonym „In Darkness Let Me Dwell”), a wygrywa tam, gdzie śpiewa tak jak śpiewał zawsze (np. w „Come Again”, które brzmi niezwykle świeżo i poruszająco, zupełnie nie jak wyjęte z renesansowej komody).
Na klasycznych melomanach „Songs From The Labirynth” nie zrobi wielkiego wrażenia. Trudno porównywać Stinga ze znakomitymi wykonaniami pieśni Dowlanda przez Emmę Kirkby czy Alfreda Dellera (chociaż gra Edina Karamazova to bezwzględnie najwyższa półka). Ale wielbicielom wokalisty album może sprawić dużo radości swoją delikatną, liryczną aurą. No i pokaże im, że cztery wieki temu też się pisało niezłe, chwytliwe kawałki.
Maciej Woźniak
(Sting – „Songs From The Labirynth. Music By John Dowland”)

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …