Najnowsze informacje
anal pump

Rodziny nie chcą mówić o tragedii

5 rano, niedziela, 9 listopada. Norweskie Drammen pogrążone było jeszcze we śnie, gdy w jednym z domów wybuchł pożar. Nikt nie spodziewał się, że w małym budynku mieszka tak duża liczba osób. Oficjalnie w domu zameldowanych było tylko czterech mieszkańców. Tymczasem tragiczny bilans zamknął się liczbą 7 ofiar. 15 osób cudem uszło z życiem. Niektórzy uciekali przed płomieniami skacząc z okna. To największa od 20 lat tragedia w Norwegii, a dla rodzin ofiar największy w życiu dramat, o którym nie chcą mówić.
Szybko rozeszła się wieść, że mieszkańcy spalonego budynku to Polacy. Znaleźli w Norwegii zatrudnienie w firmie z branży budowlanej i remontowej płocczanina Andrzeja Mikosa, który od ponad roku prowadził firmę Mikos Consens sp. z o.o.
Choć straż pożarna błyskawicznie przeprowadziła akcję gaszenia pożaru, komunikaty w mediach podały listę 7 ofiar. Znaleźli się na niej robotnicy z Płocka i okolic w wieku od 35 do 58 lat. Są to: Zdzisław Piotrowski, Ryszard Bidziński, Ireneusz Mazurowski, Andrzej Kosztowny, Mariusz Rydzyński, Czesław Buczma, Jan Kisyk. W sumie 15 mężczyzn przeżyło, ale 2 rannych trafiło do szpitala. Jeden (w śpiączce) przebywa obecnie w klinice w Bergen. Z dymem poszedł cały ich dobytek i zarobek.
Wciąż nieznana jest przyczyna pożaru, który wybuchł w drewnianym domu. Norweska policja tłumaczy, że może być to trudne do ustalenia. Padają przypuszczenia, że poszła iskra ze zwarcia instalacji elektrycznej.
Ocalałymi zajęła się miejscowa Polonia i Norwegowie z Drammen. Zorganizowano grupę kryzysową, w której siły połączyli przedstawiciele ambasady RP, Kościoła i lokalnych władz. Na najpotrzebniejsze rzeczy codziennego użytku i pokoje w hotelach pożyczek udzielił konsulat. W ekspresowym tempie pogorzelcy otrzymali również paszporty i fundusze, dzięki którym mogli wrócić do Polski.
Tragedia okryła żałobą Polonię. Odwołano koncert w oddalonym od Drammen o 40 km Oslo i wszystkie uroczystości z okazji Święta Niepodległości. Duszpasterz Polaków w Norwegii odprawił za zmarłych mszę św. w katedrze św. Olafa w Oslo.
Pomoc z Płocka
Do rodzin ofiar i poszkodowanych szybciej docierały informacje z Norwegii. Z miejsca tragedii na bieżąco dzwonili znajomi, ojcowie i synowie. Płocki ratusz, zanim mógł podjąć jakiekolwiek decyzje, związane z pomocą i wsparciem, musiał czekać na oficjalne potwierdzenia norweskich i polskich służb, tym bardziej że początkowo mowa była o dwóch zmarłych płocczanach. Później już o czterech.
Mirosław Milewski, prezydent Płocka oraz jego zastępca Dariusz Zawidzki w środę i czwartek spotkali się z rodzinami poszkodowanych i zmarłych pracowników. Zjawili się również psycholodzy z Ośrodka Interwencji Kryzysowej, działającego przy Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej.
To były trudne rozmowy o sytuacji materialnej, w jakiej znalazły się m. in. matki z nieletnimi dziećmi, w chwili największego dla rodzin bólu po stracie najbliższych. Nikt nie chciał jednak o tym rozmawiać z mediami.
– Wszystkie rodziny otrzymają jednorazowe wsparcie finansowe. Na razie suma nie została jeszcze ustalona. Dodatkowo mogą też liczyć na pomoc psychologów – tłumaczy Magdalena Grodecka, rzecznik prasowy Prezydenta Płocka.
Po zbadaniu indywidualnych sytuacji, rodziny mogą się ubiegać również o długoterminowe zasiłki, nawet do roku, z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Płocku.
Pomoc poszkodowanym i rodzinom ofiar pożaru deklaruje też Jacek Kozłowski, wojewoda mazowiecki. Może być ona przyznana w wysokości do 50% wnioskowanej przez prezydenta Płocka kwoty i przeznaczona np. na przeloty rodzin, pomoc w powrocie do kraju itp. Z kolei Ministerstwo Spraw Zagranicznych informuje, że w pełni zajmie się sprawą sprowadzenia ciał do Polski. Swoją pomoc zaoferował też jeden z lokalnych przedsiębiorców pogrzebowych.
Najprawdopodobniej zwłoki płocczan sprowadzone będą do Płocka w ciągu tygodnia. Prowadzone są jeszcze badania DNA, które mają pomóc w identyfikacji zmarłych.
Po tragedii w Drammen wielu Polaków wraca do kraju. Ratusz zorganizował transport z Okęcia dla poszkodowanych płocczan, którzy w środę wrócili samolotem do Polski. Do Płocka przyjechali również dziennikarze z Norwegii. – Od 20 lat nie było u nich tragedii na taką skalę. Dla nich to znaczące wydarzenie – tłumaczy Magdalena Grodecka.
Z norweskimi dziennikarzami spotkali się włodarze Płocka, by przekazać mieszkańcom Drammen oraz władzom tego miasta wyrazy wdzięczności za pomoc udzieloną poszkodowanym Polakom. W niedzielę w intencji zmarłych została odprawiona w katedrze przez biskupa Piotra Liberę msza święta.
Prawdziwe życie Polaków w Norwegii
– Drewniany dom, który się spalił w Drammen to typowy dom, w jakim mieszkają Norwegowie. Montowane są w nich czujniki dymu. Przy minimalnym dymie urządzenie strasznie wyje. Mieszkam już ponad 2 lata w podobnym domu. Przy podpisaniu umowy wynajmu właściciele tłumaczyli, że czujniki są w pełni sprawne – tłumaczy Małgorzata Gładys, która obecnie pracuje w Norwegii.
Z tamtejszych gazet dowiedziała się, że w spalonym domu w Drammen mieszkało ponad 20 osób na 125 metrach kw., a zameldowanych było tylko 4. – Wynika z tego, że reszta mieszkała tam nielegalnie. Niestety, często się tak zdarza. Obecnie bardzo zaostrzyły się przepisy dotyczące legalności i warunków pracy. Są kontrole Inspekcji Pracy w zakładach, gdzie pracują Polacy. To efekt wakacyjnej sprawy, gdzie w Norwegii głośno było o Polakach, którzy nie dostawali wynagrodzenia przez trzy miesiące – podkreśla kobieta.
Dodatkowo pojawia się też wiele broszurek w języku polskim z informacjami, gdzie w takiej sytuacji udać się po pomoc. Z drugiej strony coraz popularniejsze zapisywanie się do związków zawodowych. Można też liczyć na bezpłatną pomoc prawnika.
– W Norwegii dbają o pracownika, dobrze płacą i ufają mu, że nie oszukuje. W razie problemów chętnie służą pomocą. Może jest to spowodowane tym, iż mieszka tu wiele obcokrajowców. Norwegowie, którzy znają nasz kraj, są do nas bardziej otwarci. Ogólnie kojarzymy się tutaj z Rosjanami – tłumaczy pani Małgorzata.
Choć zarobki są dobre, to jednak koszty utrzymania są znacznie wyższe niż w Polsce. Norwegowie dość nieufnie podchodzą do Polaków, którzy nie znają języka norweskiego i chcą wynająć mieszkanie. Oczekują od nich 3 miesięcznej kaucji rzędu 20 tys. koron (1 korona=0,42 zł) oraz opłaty pierwszego czynszu.
Jeśli nie stać Polaków na wynajęcie typowego norweskiego domu, mieszkają w tzw. hyblach. Są to piwnice, z małymi oknami, w których warunki są zdecydowanie gorsze, ale za to ceny niższe.
Blanka Stanuszkiewicz- Cegłowska

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …