Najnowsze informacje
anal pump

Proboszcz z Archangielska

Niedzielną mszę św. ks. Henryk Lewandowski odprawia w Archangielsku w domowej kaplicy na II piętrze dziewięciopiętrowego wieżowca. W każdą niedzielę jedzie też do odległego o 35 km Siewierodwińska. Do kraju Nieńców musi dolecieć 650 km – innej drogi nie ma. Wielu katolików odwiedza kilka razy do roku. Podległa mu parafia zajmuje 580 km kw. (to mniej więcej obszar Francji). Pierwszym po rewolucji 1917 roku proboszczem parafii archangielskiej został przed Bożym Narodzeniem 2000 roku.
Najwięcej, bo ponad stu wyznawców katolicyzmu, mieszka w samym Archangielsku (ok. 400 tys. mieszkańców). W pobliskim Siewierodwińsku (35 tys. mieszkańców, do niedawna mieście zamkniętym ze względu na obecność największej na świecie fabryki podwodnych okrętów atomowych, niedaleko miała miejsce katastrofa “Kurska”) na mszę do wynajętej sali w fabryce przychodzi ich około 30. Wszystkich parafian jest ponad 200. W gronie są Murzyni z Czadu, Nigerii, Kamerunu i Indianie z Peru – to katoliccy studenci, którzy przyjeżdżali na studia do Archangielska jeszcze za czasów ZSRR. W każdą niedzielę po mszy (przychodzi na nią ok. 60 osób) jest katecheza, w środę na krąg biblijny przychodzi młodzież, w sobotę odbywają się spotkania z dziećmi. – Do Związku Radzieckiego ksiądz katolicki mógł wyjechać dopiero po “pieriestrojce”. Od wielu lat nosiłem się z zamiarem podjęcia pracy duszpasterskiej na Wschodzie. Kiedy w 2000 roku zakończyłem budowę kościoła w Mławie, gdzie byłem proboszczem, poprosiłem o zgodę na wyjazd ks. biskupa Stanisława Wielgusa. Najpierw pojechałem do kolegi, który pracował w Łudze koło Petersburga, po dwóch miesiącach zjawiłem się u arcybiskupa diecezji moskiewskiej. Parafii bez księdza było wiele, wśród miast został wymieniony Archangielsk – opowiada ks. Henryk Lewandowski, rodem z parafii Świedziebnia za Rypinem.
W całej “obłasti” nie ma ani jednego kościoła czy kaplicy katolickiej. Żeby zebrać katolików ks. Lewandowski przez półtora roku chodził od domu do domu, dotarł do miejsc, w których mieszkali potomkowie polskich zesłańców, dawał ogłoszenia w gazetach. W ten sposób dowiedział się, gdzie mieszkają jego parafianie. Niektórzy z nich swoje korzenie odkrywają dopiero u schyłku życia. Niedawno ochrzczona 76-letnia kobieta, przez całe życie teoretycznie niewierząca, dziennikarka, dotarła do archiwów i odnalazła w nich prawdę o swym pochodzeniu. Jest dzieckiem oficera Armii Krajowej, który został zesłany do Rosji wraz z żoną (pochodzili z okolic Nowego Dworu Mazowieckiego). Oboje zmarli, mała córeczka trafiła do domu dziecka, zmieniono jej nazwisko. Przez całe życie myślała, że jest Rosjanką.
Dzień, noc, pora niczyja
Płock od Archangielska dzieli ponad 3 tys. km, 1.400 km do Moskwy pokonuje się pociągiem w 24 godziny, do Petersburga 29 godzin (na mapie jest bliżej, ale trzeba okrążyć tundrę). Do Wołogdy, gdzie mieszka najbliższy polski ksiądz, jest 900 km.
Stwierdzenie, że w okręgu archangielskim jest zimno, to za mało. Jedna trzecia parafii leży za kręgiem polarnym. Po “pieriestrojce” kilkadziesiąt tysięcy ludzi uciekło stąd w strony o łagodniejszym klimacie. Zimą mrozy dochodzą do minus 43 st. C (kiedy ks. Henryk Lewandowski wyjeżdżał do Polski, było “w normie” – minus 24 stopnie C). Lata prawie nie ma. Rosjanie żartują: “Czy było w tym roku lato? Było. Kiedy? W piątek. A, to ja pracowałem”. Najcieplej: 17-19 st. C jest w lipcu (w tym roku było nawet 25 st. C, ale w tym klimacie to za wiele, ponieważ jest bardzo duża wilgotność powietrza), w sierpniu już pada śnieg z deszczem, od października rozpoczyna się regularna zima. Im bliżej koła polarnego, tym dłuższa zima i noc polarna, która na wysokości Archangielska praktycznie trwa trzy miesiące – od listopada do końca stycznia. Tamtejsze noce są trochę jaśniejsze od naszych, ale godzina pierwsza w nocy nie różni się od godziny pierwszej w dzień. Od maja do końca lipca jest tylko dzień – słońce dochodzi do horyzontu i zawraca. Trochę dalej od Archangielska, w kraju Nieńców, prze pół roku jest tylko ciemno, przez kolejne pół tylko jasno. Na wysokości Archangielska kończy się tajga, a zaczyna tundra i wieczna zmarzlina – w ciągu krótkiego lata ziemia rozmarza jedynie na 20-30 cm.
W “obłasti” łagrów
Ks. Henryk Lewandowski mówi, że dzięki temu, iż na początku pracy duszpasterskiej “na nieludzkiej ziemi” musiał wędrować, poznał życie mieszkańców tej ziemi (Rosjan, Ukraińców, Białorusinów, Łotyszy, Estończyków, potomków Polaków, Szwedów i Norwegów) od podszewki: – Jak żyją, jak mieszkają, co jedzą, o czym myślą, o czym rozmawiają. Przekonałem się, że w Polsce wcale nie jest tak źle. Że nasze minione wydanie socjalizmu to był zaledwie cień tego, który oni tu mieli. Nie spotkałem rodziny, która by nie straciła kogoś bliskiego w łagrze, w której by nie było kogoś zamordowanego przez NKWD.
Praktycznie wszyscy, którzy uczestniczą w katolickich nabożeństwach, są potomkami jakichś zesłańców. Archangielsk do rewolucji liczył ok. 70 tys. mieszkańców, reszta to ludność napływowa. To tutaj umiejscowiono akcję książki “Archipelag Gułag” Sołżenicyna. To w tych stronach utworzono najsłynniejszy łagier “Słon” na Wyspach Sołowieckich.
Średnia pensja wynosi w przeliczeniu na polskie pieniądze ok. 120-150 zł. Ceny żywności i usług są nieproporcjonalne do tej kwoty: – Tam żyją ludzie jakoś dziwnie pogodzeni z takim stanem rzeczy. Między sobą narzekają, ale kiedy obcokrajowiec ich pyta, dlaczego się nie buntują, każą mu się wynosić, jeśli jest niezadowolony. Niedawno pielęgniarki i lekarze nie dostawali pensji przez 3 miesiące. Strajku nie było, tłumaczyli się, że złożyli przysięgę Hipokratesa. Wszyscy żywią niewolniczy szacunek dla urzędu. Ten naród nigdy nie był wolny – uważa ksiądz Lewandowski.
Rosjanie na prowincji nie mają dużych wymagań ani pragnień. Chcą tylko, żeby nie było jeszcze gorzej, żeby nie było wojny. Powiadają często: “Nadieżda umierajet posliednia”.

Ludzie spragnieni Boga
W Archangielsku jest siedem parafii prawosławnych. Współpraca z nimi układa się dobrze. Natomiast ogromne niebezpieczeństwo niosą za sobą pojawiające się jak grzyby po deszczu sekty, często o podłożu protestanckim. Ich werbownicy wykorzystują fakt, że po bardzo długim okresie braku obecności religii, ludzie są spragnieni wartości duchowych.
Parafia katolicka utrzymuje się przede wszystkim z ofiar, jakie ks. Lewandowskiemu udaje się dwa razy w roku zebrać w diecezji płockiej podczas głoszenia rekolekcji. Finansowo pomaga też niemiecka organizacja “Kirche in Noth”, organizacja “Reno Vabis”, siostry klawerianki z Krosna. Od roku proboszcz mieszka w zakupionym mieszkaniu parafialnym z kaplicą, w której mieści się 20 miejsc siedzących. Pół roku temu parafia kupiła samochód marki łada – jest więc środek lokomocji na dłuższe trasy, bo Archangielsk to centrum wypadowe do katolików mieszkających na tak rozległym terenie: – Jestem ogromnie wdzięczny wszystkim, którzy nam pomagają – podkreśla ks. Lewandowski.
Nie wie jeszcze, jak długo pozostanie w Archangielsku. Wyjechał trochę późno, bo w wieku 45 lat. Teraz szwankuje zdrowie – klimat okazał się zdecydowanie niekorzystny. Nie ma prawa do stałego pobytu, systematycznie przedłuża wizę. Mówi, że chciałby jeszcze poduszpasterzować. Bywa trudno, no ale gdzie indziej można oglądać zorzę polarną albo kwitnącą tundrę?

Elżbieta Grzybowska

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …