Najnowsze informacje
anal pump

Ostatnie Boże Narodzenie pod dachem

Do redakcji “Tygodnika Płockiego” przyszedł dramatyczny list: “Moja rodzina składa się z siedmiu osób. Przez kilka lat mieszkaliśmy w wynajętym domku. Teraz właściciel wystawił go na sprzedaż, nas na niego nie stać. Od miesiąca jeździmy po wsiach i szukamy czegoś do wynajęcia, ale nikt nie chce wynająć mieszkania tak dużej rodzinie. Wszyscy odsyłają nas z kwitkiem. Nie mogę dopuścić do tego, żeby moja rodzina znalazła się na bruku”. Nie mogliśmy do Gąbina nie pojechać. List zawiera jedynie prośbę o poradę, a nie o konkretną pomoc, ale czy można nie chcieć pomóc bezrobotnemu małżeństwu z pięciorgiem dzieci, które niebawem zostaną bez domu?
Ze znalezieniem domu przy ul. Warszawskiej 41 nie było problemu – drewniany, z podwórkiem i budynkami gospodarczymi, stoi przy trasie do Sannik. Od frontu – tablica informująca, że jest do sprzedania i numer telefonu komórkowego właściciela posesji, choć to za dużo powiedziane. Rodzina Kucharczyków była prawie w komplecie. Nie zastaliśmy jedynie ojca – Stanisława, któremu mimo zimy udało się nająć do pracy przy wywózce obornika w jednym z okolicznych gospodarstw. Po domu, w którym od kaflowego pieca biło ciepło, biegało troje roześmianych dzieci w wieku od 2 do 16 lat. Najstarsza córka jest uczennicą technikum, druga z kolei gimnazjum. To, czego nie widać, ale co można było odczuć już po kilku minutach pobytu w tym miejscu, to atmosfera rodzinnego ciepła. Kiedy rozmawialiśmy z Beatą Kucharczyk, nikt nam nie przeszkadzał. Najstarsza z dzieci- Edyta – czytała młodszemu rodzeństwu bajki. Maluchy były towarzyskie. Tylko najmłodsza, dwuletnia Kasia na nasz widok wybuchła płaczem: – Jest nieprzyzwyczajona do obcych, bo do nas nikt nie przychodzi… – wyjaśnia jej mama.
Los dla Kucharczyków nigdy nie był łaskawy. No, może jedynie kilka lat po ślubie. Beata, rodem z Gąbina, wyszła za mąż za pochodzącego z elbląskiego Stanisława i zamieszkali w Braniewie. Była praca w PGR-rze, na świat przyszły pierwsze dzieci, jakoś się wszystko układało. Kiedy upadł PGR, pracy zabrakło, ale wciąż było mieszkanie. Mieszkali tam przez 10 lat. Sześć lat temu żona z córkami przyjechała do rodzinnego Gąbina na wakacje. Szybko znalazła pracę w zakładzie krawieckim. Dziś żałuje, że wtedy ściągnęła do Gąbina męża, który został zatrudniony jako operator maszyn i urządzeń w firmie Euro-Rad. Zamieszkali w jednym pokoju w domu przy ul. Dobrzykowskiej (wciąż mieszka tam rodzona siostra Beaty): – W Braniewie nie było pracy, ale było mieszkanie – mówi Beata Kucharczyk. – W Gąbinie miałam pracę przez rok, zakład męża zamknęli rok temu. Ostatni zasiłek dla bezrobotnych odebrał w zeszłym miesiącu. Teraz dostajemy tylko zasiłek rodzinny na dzieci – mówi Beata Kucharczyk.
Trzy lata temu dowiedzieli się, że jest do wynajęcia dom przy ul. Warszawskiej: mała kuchnia, dwa pokoje, piece. Zdecydowali się na przeprowadzkę. Nie mogli się zameldować, ponieważ właściciel nie wyraził na to zgody: – Mąż zameldował się u kolegi w Plebance, a mnie zameldował wujek w Słubicach. Kiedy się okazało, że będziemy musieli się wyprowadzić, kolega zaraz wymeldował męża, a wujek mnie. Przyjechała nawet policja i postraszyła nas 500 zł mandatem, bo nie mamy meldunku w domu, w którym mieszkamy – opowiada kobieta.
Nie boją się pracy
Brak stałego zameldowania wiele rzeczy utrudnił. Kiedy już w Gąbinie na świat przyszła trójka najmłodszych dzieci, Beata Kucharczyk starała się o zasiłek porodowy. Były problemy, ale ostatecznie pieniądze dostała.
Z czego żyje siedmiosobowa rodzina, w której nikt nie ma stałego zatrudnienia? Otóż Kucharczykowie żadnej pracy się nie boją: – Pracujemy, kiedy tylko i gdzie się da. Zbieramy truskawki, ziemniaki, chodzimy do żniw i wszelkich prac polowych, jakie tylko są możliwe. Z zarobkiem jest różnie, ale czasem uda się i 20 zł dziennie przynieść do domu. Ponieważ dzieci są jeszcze małe, mąż i żona pracują na zmianę – w domu zawsze musi być ktoś dorosły. Z takiej pracy utrzymują całą rodzinę. Najgorsza jest zima, bo wtedy nikt nie potrzebuje najemnych robotników. Przez lato kupowali drewno, którym teraz palą w piecu. Wodę czerpią wiadrami ze studni. Jest pompa elektryczna, ale na jej używanie ich nie stać. W mieszkaniu jest ciepło, ale energię elektryczną trzeba oszczędzać, bo jest bardzo droga. W Gąbinie w sklepie spożywczym niczego na kredyt się nie dostanie. Na szczęście przy domu są zabudowania gospodarcze. Latem hodowali dwie świnie, mają kury. Na życie jakoś musi wystarczać, choć łatwo nie jest. Do opieki nie chodzą, bo uważają, że bez stałego meldunku na zasiłek liczyć nie mogą.
Świat wywrócił się rodzinie Kucharczyków do góry nogami, kiedy miesiąc temu dowiedzieli się, że dom, w którym mieszkają, zostanie sprzedany. Na znalezienie innego mają czas do końca marca 2004 r.:
– Właściciel może nam go sprzedać, ale nas na 20 tys. zł nie stać. Nie dostaniemy kredytu, moi rodzice nam nie pomogą, bo nie żyją. Teściowie co jakiś czas nas wspierają, za co jesteśmy im bardzo wdzięczni, ale takiej kwoty nie byliby w stanie nam dać.
Chcieliby mieszkać
na wsi
W tej sytuacji pozostało jedno. Kucharczykowie wsiedli na rowery i objechali nimi całą okolicę. Opustoszałych, drewnianych domków widzieli dużo. Cóż z tego, skoro ich właściciele, na wieść, że dom chce wynająć rodzina z pięciorgiem dzieci, zaraz kończą rozmowę. Wymawiają się, że to nieaktualne. Boją się ewentualnych zniszczeń i tego, że rodzina będzie chciała mieszkać przez wiele lat. Podobnie było z ogłoszeniami na tablicach w mieście. Gdy ktoś zadzwonił i usłyszał się, że chodzi o wielodzietną rodzinę, zaraz tłumaczył, że ma do zaoferowania jedynie pokój przy rodzinie. Kucharczykom i to wystarczy. Byleby nie trafić na bruk. Chcieliby mieszkać na wsi, bo w mieście nie bardzo umieją się znaleźć. Ktoś im podpowiedział, że ludzie remontują na domy puste mleczarnie: – Mąż by wyremontował, bo umie robić takie rzeczy. Nie wiemy tylko, gdzie są takie budynki i do kogo one należą. Na kupno nas nie stać, możemy tylko wynająć.
Kucharczykowie nie szukali pomocy w gminie. Uważali, że to i tak nic nie da. Do “Tygodnika” napisali szukając ostatniej deski ratunku. Zgodzili się na rozmowę z dziennikarzami, choć wiedzą, że całe miasto będzie miało temat do rozmowy, bo tu wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Ale trudno. Dzieci nie mogą mieszkać na ulicy.
W Miejsko-Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej dowiedzieliśmy się, że mogą złożyć podanie o zasiłek nawet wtedy, jeśli nie mają w Gąbinie stałego meldunku. Najpierw zostanie przeprowadzony tzw. wywiad, pracownik pomocy społecznej oceni faktyczny stan potrzeb rodziny: – Na kokosy nie ma co liczyć, jest koniec roku i na zasiłki wytrząsamy ostatnie grosze, ale zobaczymy, co da się dla nich zrobić. Nie są bez szans na zasiłek – stwierdza kierownik Halina Rogalska.
100 podań o mieszkanie komunalne
Zajęcie się problemem rychłej bezdomności rodziny Kucharczyków obiecał burmistrz Gąbina Krzysztof Jadczak. Reakcja Urzędu Miasta i Gminy była natychmiastowa – dzień po naszym telefonie Kucharczykowie rozmawiali z burmistrzem o swojej trudnej sytuacji: – W urzędzie leży 100 podań o mieszkania komunalne. Rocznie udaje nam się pozyskiwać 2-3 mieszkania. Kiedyś tego typu mieszkań mieliśmy do dyspozycji więcej, ale kilka lat temu Rada Miasta i Gminy zdecydowała, żeby sprzedać je lokatorom. Kucharczykowie powinni najpierw przyjść do gminy. Przeanalizujemy ich sytuację. Jeśli będziemy mogli pomóc, to zrobimy to – mówi burmistrz. Krzysztof Jadczak powtarza, że brak meldunku nie stanowi przeszkody do zajęcia się bezdomnością dużej rodziny z małymi dziećmi. Rozmawialiśmy także z proboszczem parafii w Gąbinie. Kucharczyków zna, zamierza zainteresować się ich losem.
Stanisław i Beata Kucharczykowie przy wigilijnym stole będą sobie nawzajem życzyć stabilizacji. Mimo przeszkód natury materialnej starają się funkcjonować normalnie. Szukają swojego miejsca na ziemi w mało sprzyjających czasach recesji i deficytu budżetowego.
Wszystkich, którym nie jest obojętny ich los, prosimy o kontakt z redakcją – tel. 262-55-88. Może wśród naszych czytelników znajdzie się ktoś o wielkim sercu, kto może wynająć im nieużytkowany przez siebie dom czy mieszkanie? Dom dla Edyty, Eli, Emilki, Szymona, Kasi i ich rodziców. Potrzeba tylko trochę współczucia i odrobiną empatii. W innym razie siedmioosobowa rodzina następne święta może spędzać pod mostem, a tego w państwie, które nie należy do krajów trzeciego świata, nie życzy się przecież nikomu.
Elżbieta Grzybowska

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …