Najnowsze informacje
anal pump

Na tarczy

Całe szczęście, że w tym sezonie zmieniony został sposób rozgrywania play off, czyli ostatecznej walki o medale. Gdyby punkty zdobyte w I i II rundzie decydowały o tytule Mistrza Polski, tak jak to było do tej pory, Wisła już mogłaby się pożegnać ze złotym medalem. A tak wszystko jest jeszcze sprawą otwartą.Płocki zespół w Lidze Mistrzów prezentuje się dokładnie tak, jak to wszyscy przewidzieli, czyli nie ma praktycznie żadnych szans na dalszą grę w europejskich pucharach. Pokonanie Celje Pivovarna Lasko i Portlandu San Antonio nie leżało w granicach możliwości drużyny. Owszem, można było zdobyć punkty w Belgradzie, z Crveną Zvezdą, ale jak się okazało na miejscu, sił i chęci na zwycięstwo płockiemu zespołowi wystarczyło tylko do 40 min.
Jednym słowem całkowita klapa, a na dodatek nie mylili się ci wszyscy, którzy przekonywali, że Wisła nie wytrzyma tego maratonu kondycyjne. Nawet najlepiej przygotowany zespół do rozgrywek nie da rady grać w każdą środę i sobotę, a dodatkowo pokonywać tysiące kilometrów, by dojechać na mecz w różnych zakątkach kontynentu. Owszem, podróżuje samolotem, ale i taka podróż trwa dosyć długo.
Kibice interesujący się losami płockich piłkarzy ręcznych poczuli się już zaniepokojeni przebiegiem tej rundy po stracie punktów z Zagłębiem Lubin na własnym parkiecie. Do tego nie powinno dojść w żaden sposób. Potem przyszła porażka ze Śląskiem we Wrocławiu, która tylko udowodniła, że ten sezon jednak chyba będzie należał do innych drużyn.
Jednak to wszystko było nieważne, bo w końcu każdy mecz ligowy można wygrać albo przegrać. Najważniejszy jest mecz z VIVE, głównym rywalem Wisły. Od wyniku tego spotkania zależy, jak będzie się postrzegać obie drużyny w ciągu całego sezonu.
Tylko domyślać się można, że najważniejszego meczu z VIVE, który wypadał dzień po powrocie z Belgradu, nie można było przełożyć na inny termin. Dać chłopakom choć kilka godzin wytchnienia, oderwania od piłki ręcznej i nie myślenia o tym, że trzeba zdobywać kolejne punkty. Mecz się odbył i pokazał dobitnie, że sił do grania płocka drużyna nie miała. Przynajmniej w końcówce spotkania, w tej końcówce, która zadecydowała o ostatecznym wyniku.
Artur Góral, płocki bramkarz nie pojechał do Belgradu. Miał czas na zregenerowanie sił i to on stanął między słupkami płockiej bramki. Nie da się zaprzeczyć, ze tym posunięciem trener Krzysztof Kisiel zaskoczył VIVE, bo najczęściej to Andrzej Marszałek, którego w Kielcach się boją, był wystawiany od pierwszej minuty spotkania.
Artur Góral spisywał się w bramce znakomicie i to dzięki niemu Wisła rozpoczęła spotkanie znakomicie, wypracowując sobie prowadzenie, w 7 min. było 1: 4, potem 2: 5, ale gospodarze złapali oddech i doprowadzili do wyrównania, a potem weszli na prowadzenie.
Wisła nie pozwalała odskakiwać piłkarzom VIVE na zbyt duże prowadzenie, a przez większą część spotkania był remis, lub niewielka 1 2 – bramkowa przewaga. Ostatnie prowadzenie płockiego zespołu miało miejsce w 34 min. i wyniku 12: 11. Ale niestety, sił Wiśle wystarczyło tylko do tego momentu. Potem na parkiecie panowała VIVE i to panowała tak, że lepiej, iż kibice z Płocka tego nie widzieli.
Na boisku widać było tylko znakomitą grę VIVE w obronie i niemoc przy próbach zdobywania goli przez Wisłę. Gospodarze powiększali przewagę, do wyniku 19: 13 w 50 min. spotkania. Wtedy, niestety na moment, płocczanie się przebudzili i zmniejszyli rozmiary porażki do wyniku 19: 16. Niestety, to wszystko, na co stać było Wisłę. Kolejne gole gospodarzy i coraz większa niechęć piłkarzy Wisły do wytrwania do ostatniej minuty spotkania.
Bo zwykle to Wisła dobijała przeciwnika w ostatnich minutach spotkania, ustalając wynik, który nie zawsze odpowiadał przebiegowi całego spotkania. Płocczanie zawsze słynęli ze znakomitej gry w końcówkach, a co za tym idzie z żelaznej kondycji. Ale nie w tym sezonie.
VIVE wygrało mecz 29: 19, różnicą aż 10 goli. Taka porażka bardzo dawno nie miała miejsca, bo widać z niej, choć nie do końca to jest prawda, że mecz był jednostronny. Płocczanie są na pewno dobrze przygotowani do sezonu, ale wykończyło ich tempo, w jakim muszą się przemieszczać, by rozegrać wszystkie mecze w terminie.
Mecze obydwu drużyn nigdy nie są pokazem salonowych obyczajów. Zawsze ktoś kogo obrazi, bywało, że opluje lub pobije, o pyskówkach nawet nie warto wspominać. Wydaje się jednak, że wzajemne kontakty są coraz trudniejsze do zaakceptowania, a idą w kierunku ich pogorszenia. Szkoda, że takie rzeczy dzieją się na boisku, ale z drugiej strony jest tyle uwarunkowań, które mają wpływ na taki obrót sprawy, łącznie z zachowaniem się na trybunach kibiców, którzy także wzajemnie się nie szanują.
Całe szczęście, że ten maraton powoli zbliża się do końca. Co prawda w pucharach Wisła nic nie osiągnęła, z wyjątkiem doświadczenia w grze z utytułowanymi rywalami, ale ma jeszcze szansę na zdobycie tytułu Mistrza Polski. Wystarczy znaleźć się w szóstce najlepszych drużyn po II rundzie. A to jest na pewno do zrobienia.
Sprawa złotego medalu rozstrzygnie się w play offach, w których co prawda Wisła występować będzie z pułapu słabszego zespołu, ale dla podopiecznych Krzysztofa Kisiela, którzy do tej pory powinni spokojnie odpocząć, nie powinno to mieć najmniejszego znaczenia. Ucierpią jedynie kibice, którzy pewnie nie zobaczą najważniejszych meczów ligowych, ale i tak trybuny w hali świecą pustkami, więc pewnie tych prawdziwych kibiców, którzy są z drużyną na dobre i na złe, aż tak wielu nie ma.
VIVE: Bernacki, Tkaczyk – Garbarczyk, Anuszewski 4, Zydroń 1, Bystram 2, Wasiak 2, Hiliuk 5, Kuchczyński 2, Nowakowski 7, Nikulenko 2, Kliszczyk 4, J. Sieczka, P. Sieczka.
Wisła: Góral, Marszałek – Niedzielski, Ilin 5, Titov 4, Szyczkow 2, Witkowski 1, Paluch 2, Wiśniewski, Kuptel 1, Wuszter, Zołoteńko 1, Szczucki 3, Jankowski.

Jola Marciniak

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …

Na tarczy

Ostatni raz płoccy kibice byli szczęśliwi 3 maja, po zwycięstwie 2:0 nad Świtem Nowy Dwór Mazowiecki. Był to dziewiąty mecz bez porażki, pod adresem Wisły wszyscy fachowcy słali tylko pochwały, a Ireneusz Jeleń w każdym meczu strzelał bramkę i zbliżał się do Macieja Żurawskiego, który liderował w tej klasyfikacji.
Po trzech tygodniach od tamtego wydarzenia nastroje w Płocku zmieniły się zupełnie. Wisła nie wygrała żadnego meczu, a na dodatek gra fatalnie, bez woli walki, jakby to, co wywalczyła do tej pory, w zupełności wystarczyło drużynie. Na dodatek piłkarze nie zdobywali bramek.
Mecz z Widzewem mógł odmienić nastroje płockich kibiców. Zespół już jest w II lidze, choć w Łodzi jeszcze liczą, spekulują, mają nadzieję. W podobnej sytuacji Wisła była wiele razy. Też przyjeżdżaliśmy do Widzewa licząc na jakiś punkt, który pomógłby utrzymać się w lidze. Niestety, w całej historii spotkań obu drużyn, Wisła w Łodzi nie zdobyła ani jednego punktu.
Zwycięstwo Wisły w Łodzi zabrałoby tej drużynie wszelkie szanse na utrzymanie. Na dodatek w 20 min., a była to chyba trzecia składna akcja Wisły, Klaudiusz Ząbecki wykorzystał podanie Jelenia i zdobył bramkę. Niewielka ekipa płocka była w tym momencie pewna, że kolejne bramki są tylko kwestią czasu.
I rzeczywiście były kwestia czasu, tyle, że na listę strzelców wpisywali się tylko piłkarze Widzewa. W 27 min. po rzucie wolnym Radosław Becalik pokonał Pawła Kapsę, ku radości łódzkich kibiców.
Tak się składa, że w tym sezonie odwiedziłam niemal wszystkie stadiony polskiej ekstraklasy. Owszem, wspaniale dopingują piłkarze Lecha, Wisły Kraków, Legii Warszawa, ale to co działo się na łódzkim stadionie, to przeszło moje wszelkie wyobrażenia. Choć musiałby się stać cud, by łodzianie utrzymali się w I lidze, a na dodatek musieliby cudem zdobyć licencję PZPN, przez 90 min. z sektora “pod zegarem” dopingowali swój zespół kibice. To było coś niesamowitego, śpiewy, oklaski, zachęcanie pozostałych widzów do wspólnego zagrzewania do walki.
Płockich kibiców w Łodzi nie było. Klub wycofał się z organizacji wyjazdu, a było to w odwecie za chamskie zachowanie podczas meczu ze Świtem Nowy Dwór i niewybredne okrzyki pod adresem trenera i piłkarzy gości.
Od kiedy płocczanie stracili gola, całkowicie przestali walczyć. Na dodatek gdzieś podziała się obrona, nie było pomocy, a każdy stały fragment gry wykonywany przez gospodarzy powodował wielką obawę. A przecież miało być odwrotnie.
Jeszcze mieliśmy nadzieję, że po przerwie coś się zmieni w sposobie gry piłkarzy, okazało się jednak, że nie. Nasi nadal prezentowali fatalną postawę, co skwapliwie wykorzystali goście. W 46 min. na boisko zamiast Ferro Leandro Liry wszedł Andrzej Rybski, młodziutki blondynek, który poderwał drużynę do walki. To co wyprawiał, jak radził sobie z Adamem Majewskim, Andrzejem Kobylańskim, a przede wszystkim z Marcinem Janusem, to wprawiało w zdumienie nawet łódzkich kibiców.
Jego akcje jeszcze bardziej podrywały do walki piłkarzy, a do dopingowania kibiców. W efekcie w 73 min. Rybski chciał zdobyć bramkę, wyszedł do niego daleko Kapsa, Rybski końcem buta zmienił lot piłki w kierunku Łukasza Masłowskiego, a ten umieścił piłkę w pustej bramce. Po meczu jeden z łódzkich dziennikarzy powiedział, że Rybski i Masłowski to “hokejowy duet”. Ojcowie obu przed laty grali w hokeja na lodzie, a teraz ich synowie są podporą Widzewa.
Zdobyty gol “wisiał” w powietrzu od początku II połowy, wszak Widzew oddał 16 strzałów w kierunku bramki. To co wyczyniali piłkarze Widzewa na murawie i jak wielkiego pecha mieli przy trafianiu do bramki, to było niesamowite. W końcu się jednak udało i zgodnie z wyliczeniami łódzkich kolegów, po tym zwycięstwie, Widzew ma cień szansy na utrzymanie.
– Zagraliśmy zdecydowanie słabiej – powiedział po meczu trener Mirosław Jabłoński. – Martwi mnie postawa niektórych zawodników. Będziemy musieli wyciągnąć konsekwencje. Bardzo szczęśliwy był Franciszek Smuda, który swoich zawodników pochwalił za ambicję, wole walki i za determinację, z jaką zagrali przeciw Wiśle. Te pochwały były całkowicie zasłużone.
Widzew: Tyrajski – Kaliszan, Ława, Cichoń, Pawlak, Masłowski, Nazaruk, Cesar, Lira (46 Rybski), Becalik, Rachwał.
Wisła: Kapsa – Wasilewski (81 Gęsior), Duda, Branfiłow, Janus, Romuzga, Majewski, Gevorgyan (14 Matusiak), Kobylański (56 Mierzejewski), Ząbecki, Jeleń.
żółte kartki: Masłowski, Nazaruk oraz Kobylański
Pozostałe wyniki: Górnik Łęczna – Wisła Kraków 0:1, Groclin Grodzisk – Legia Warszawa 2:2, Odra Wodzisław – Górnik Zabrze 1:2, Polonia Warszawa – Górnik Polkowice, Świt Nowy Dwór – Lech Poznań 1:0, Dospel Katowice – Amica Wronki 0:0.

Jola Marciniak

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.