Najnowsze informacje
anal pump

Moje dziecko mieszka w Rwandzie

Emil Hatangimana ma 7 lat i mieszka w Burundi. Valerie Houle z Kamerunu ma lat 16. Denyse Mukeshimana z Rwandy liczy sobie 19 wiosen. Dziesięcioletnia Karolina Zangue Ndanga z Kamerunu w tragicznych okolicznościach straciła rodziców. Siedemnastoletni Jean Baptiste z Rwandy lubi pisać listy. Co łączy te afrykańskie dzieci? Wszystkie uczą się dzięki finansowemu wsparciu płocczan i mieszkańców okolic Płocka. Objęte opieką przez Fundację „Watoto” czy ruch „Maitri” mogą sobie pozwolić na luksus chodzenia do szkoły.
To, co dla dzieci w Polsce jest oczywistością, dla młodych Afrykańczyków jest luksusem. Niewielu może sobie na niego pozwolić. A brak wykształcenia to dla afrykańskich dzieci brak jakichkolwiek perspektyw. Dlatego od kilku lat w Polsce organizacje charytatywne i zakonne prowadzą akcję, którą najczęściej określa się jako „adopcję serca” czy też „adopcję na odległość”. Na początku chodziło przede wszystkim o zapewnienie adoptowanym dzieciom wyżywienia, teraz najważniejsza jest ich edukacja: – Po okresie ludobójstwa, przyszedł czas względnego spokoju. Warunki w Afryce uległy zmianie. Gdy dochodzi do klęski głodu, interweniują organizacje w rodzaju Polskiej Akcji Humanitarnej. My skupiamy się przede wszystkim na tym, żeby dzieci i młodzież mogła się uczyć. Wykształcenie zapewni im lepsze życie – mówi Magdalena Słodzinka z Fundacji „WATOTO – Dzieci Afryki” (nazwa pochodzi od słów „watoto wa Afrika”, co w języku suahili oznacza „Dzieci Afryki”), wcześniej działającej pod szyldem „Adopcja Serca. Pomoc dzieciom w Afryce“: – Przede wszystkim opiekujemy się dziećmi w szkołach podstawowych i średnich, ale mamy też jednego studenta medycyny i 5 osób w pomaturalnej szkole pielęgniarskiej w Kamerunie i Kongo.
Podopieczni płocczan są sierotami, mają jednego z rodziców albo pochodzą z rodzin wielodzietnych, egzystujących w skrajnej nędzy. Gdyby nie przysyłane datki na naukę, nie mogłyby sobie na nią pozwolić. Najdrożej kosztuje nauka studenta – 50 euro miesięcznie, najmniej, bo 10 euro w miesiącu, nauka dziecka w szkole podstawowej. W Afryce w przekazywaniu pieniędzy pośredniczą placówki misyjne: siostry dominikanki, Służki NMP, ojcowie Marianie i Pallotyni. Za przesłane pieniądze opłacane jest czesne, kupno podręczników i zakwaterowanie w internacie (szkoły średnie są tylko w mieście).

Wojna, głód i malaria
Dla płocczanki Ewy G. (adopcyjni rodzice niechętnie podają swoje nazwiska, mówią, że pomagają nie dla sławy, ale z potrzeby serca) wszystko zaczęło się od lektury artykułu w „Tygodniku Powszechnym”: – Płakałam, czytając tamten artykuł. Niesłychanie sugestywnie przedstawiono tam tragiczną sytuację małych mieszkańców Afryki, wciąż głodnych i uciekających przed kolejną wojną domową. Pomyślałam, że muszę coś z tym płaczem zrobić. Napisałam list na podany w artykule adres – opowiada podczas rozmowy z nami. Po miesiącu razem z siostrą dostały dziecko – 13-letniego wówczas Babungę Nkubonage z Kongo. Na przysłanym z Afryki zdjęciu Babunga ubrany był w podarte, uszyte z worka spodnie. Serce się wprost krajało. Chłopiec z Konga z miejsca stał się członkiem rodziny. Jego zdjęcie stanęło na widocznym miejscu: – Artykuł z gazety kilkakrotnie skierowałam i rozdałam przyjaciołom. Chciałam i ich wciągnąć w tę akcję. Z grona siedmiu rodzin zareagowała jedna – przypomina sobie nasza rozmówczyni.
To była rodzina Edyty i Krzysztofa K. z Płocka. Od 2003 r. łożą na naukę Jeana Baptiste z Rwandy: – To była potrzeba serca. Wzruszyliśmy się czytając o tym, że inni żyją w tak strasznej biedzie. Bo jak to, mamy dobrze, a nie będziemy robić nic, żeby pomóc innym? Teraz nasze dwie córeczki i synek mają braciszka w Afryce. Jego zdjęcie stoi w kuchni, za szybką szafki, codziennie na nie patrzymy. Jean Baptiste przysyła nam po dwa listy rocznie. Pisze w nich na przykład, że był chory na malarię, a jego rodzice uprawiają niewielkie pole. Wstrząsnęła nami też informacja o tym, że dostaje porcje jedzenia na cały tydzień i musi mu to wystarczyć – opowiada pani Edyta.
Korespondencja z Afryką wymaga czasu i cierpliwości. Listy najpierw są tłumaczone w Polsce na francuski, potem lecą do Afryki, na miejscu zakonnicy tłumaczą je na język miejscowy. Poza tym można w nich przesyłać jedynie kolorowe kartki czy naklejki, a więc coś, czym dziecko może się podzielić z innymi. Co ważne, koordynatorzy „adopcji serca” przestrzegają, żeby na wysyłanych tam zdjęciach nie było naszych europejskich budynków, ponieważ dla tamtejszych dzieci byłoby to zbyt dużym szokiem…

Świniary pomagają Valerie

W Szkole Podstawowej w Świniarach (w gminie Słubice) wszyscy żyją „adopcją serca” – od dyrektor Jolanty Sokołowskiej, poprzez opiekunki akcji – nauczycielki Ewę Krajewską i Marię Berebecką, po 86 uczniów szkoły. To zresztą jedna z wielu akcji pomocowych w tej placówce. Ewa Krajewska o akcji „Watoto” przeczytała w „Świecie Kobiety”, inicjatywę w swoje ręce wziął szkolny Klub Europejski: – Powiedziałyśmy dzieciom, że będą miały siostrę lub brata z Afryki, że można im będzie pomóc za niewielką kwotę – wysyłamy 7 euro na kwartał. Pieniądze pochodzą z loterii czy zbiórek do puszek. Mamy wsparcie rodziców i proboszcza ks. Stanisława Pakieły z Zycka, który ogłosił ją na mszy – opowiada Ewa Krajewska, a dyrektor Jolanta Sokołowska dodaje, że dzięki tej akcji wyrabia się w dzieciach wrażliwość, a to bardzo ważne w ich wieku. Na szkolnym korytarzu wisi osobna gazetka poświęcona 16-letniej Valerie Houle z Kamerunu i jej wielodzietnej, żyjącej w ubóstwie rodzinie. Ciemnoskóra dziewczynka patrzy w obiektyw nadzwyczaj radośnie. Cała szkoła zbiera teraz informacje o Kamerunie, umieszcza je na gazetce i w kronice szkolnej. Uczniom ze Świniar jest smutno, gdy dowiadują się, że ich afrykańscy rówieśnicy potrafią jedyny zeszyt wymienić na pataty do jedzenia, a do okładania książek służy zdobyczny worek po cemencie. Wysłały Valerie zdjęcie śniegu i ulepionych z niego bałwanów oraz własnoręcznie wykonane kartki świąteczne. Spontanicznie reagują na listy z Afryki, chcą o swej koleżance wiedzieć jak najwięcej. Maria Berebecka 10 sierpnia tego roku pojechała do Warszawy na spotkanie z Magdaleną Słodzinką – koordynatorką akcji „Watoto”. Finansowo stara się też pomagać starszemu bratu Valerie, który nazywa się Jean Claude Dawe i ma 23 lata.

„Ekonomik” wspiera Emila
Siedmioletni Emil Hatangimana mieszka w Burundi. Dopóki nie został zaadoptowany, brakowało mu wszystkiego – żywności, lekarstw, odzieży, przyborów szkolnych. Rok temu jego los się odmienił – został adoptowanym dzieckiem klasy IV B Technikum Ekonomicznego w Zespole Szkół Ekonomiczno-Kupieckich w Płocku. Stało się to dzięki współpracy polonistki Moniki Niedźwiedzkiej (założycielki Szkolnego Koła Wolontariatu) z „Maitri – Ruchem Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata” z Gdańska. Początkowo młodzież łożyła na pomoc dla placówek misyjnych. Najpierw zainicjowała akcję „Złotówka dla Afryki”: – Pani od polskiego przyniosła kiedyś na lekcję broszurki o Afryce, opowiadała o trudnej sytuacji tamtejszych dzieci, o głodzie i biedzie. Na Emila czekaliśmy 5 miesięcy, teraz składamy się na niego po 3 zł w każdym miesiącu. Dla nas to równowartość kupna jakiegoś batonika – porównują osoby najbardziej w akcję zaangażowane, czyli: Sylwia Wiśniewska (to ona zbiera składkę na Emila), Emilia Kornas, Łukasz Zasada, Minka Staskiewicz, Sylwia Raniszewska i Martyna Grudna.
Tu też dziecku z Afryki poświęcono gazetkę na korytarzu i cyklicznie wydawaną gazetkę szkolną „Szoł Mi Ekonomik”. Młodzież z IV TE czeka właśnie na odpowiedź na swój list do Afryki. Monika Niedźwiedzka, spirytus movens wolontariackich przedsięwzięć w „Ekonomiku”, już postarała się o następców IV B, która po maturze odejdzie ze szkoły. Zastąpi ich jedna z klas pierwszych.

Dani od Boga
Emerytowana Janina Zawadzka z Płocka w styczniu 2006 r. postanowiła pomóc 10-letniej Karolinie Zangue Ndanga. Kamerunka uczy się w szkole podstawowej. Miesięczny koszt jej szkoły to około 40 zł. Janina Zawadzka pisze listy, a jej wnuczka wkłada własne rysunki.  Dzięki pieniądzom z Polski mogła sobie kupić plecak, zeszyty, książki, długopisy: – Uderzyła mnie panująca tam nędza, skutek wieloletnich wojen plemiennych. U nas dziećmi interesuje się państwo, w Kamerunie państwo tego nie robi. Ta pomoc to w pewnym sensie spełnienie zasad mojej wiary – mówi pani Janina. Ponad 20 lat temu została sama z dwójką dzieci. Pomógł jej wikary z „Górek”, ofiarowując paczki dla dzieci: – Wtedy postanowiłam, że kiedyś ja też komuś będę pomagać.
Ewa G. i jej siostra przez 4 lata pomocy Babundze nie dostały od niego żadnego listu zwrotnego. Przyszła za to informacja, że chłopiec zaginął w wyniku działań wojennych. Przełom nastąpił w czerwcu 2005 r., kiedy to dowiedziały się, że Babunga Nkubonage ożenił się i znalazł pracę: – Chyba dopiero wtedy dotarł do mnie sens tej pomocy – mówi Ewa G. – Teraz z siostrą adoptowałyśmy już drugie dziecko, 19-letnią Denyse Mukeshimana z Rwandy. Jej nazwisko oznacza „dana od Boga”. Znowu będziemy czekać na list z Afryki…
Elżbieta Grzybowska

Fundacja „WATOTO – Dzieci Afryki”
ul. Poranku 6
05-540 Zalesie Górne
k/ Warszawy
tel./fax (0-22) 756-58-50
e-mail:
fundacja@DzieciAfryki.org
www.DzieciAfryki.org

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …