Najnowsze informacje
anal pump

Kto ponosi winę?

– Kto zabrał mojemu mężowi życie i dlaczego płocki sąd z winnych robi niewinnych? – pyta z żalem Ewa Liśkiewicz. Od kilku lat płocki sąd boryka się bowiem z ustaleniem, kto powinien odpowiedzieć za śmierć 62-letniego płocczanina. Raz oskarżone w tej sprawie osoby dostają wyrok, innym razem są uniewinniane. Obecnie sprawa rozpatrywana jest po raz kolejny.Do tragicznego wypadku doszło 12 października 2000 roku. Kazimierz Liśkiewicz jechał na rowerze ulicą Otolińską. Zaczął wyprzedzać go samochód ciężarowy z wyładowaną drewnem przyczepą. Nagle przyczepa stoczyła się na prawą stronę jezdni, nie dając żadnych szans rowerzyście. 62-letni płocczanin zginął na miejscu, zaledwie 300 metrów od własnego domu.
Po najechaniu na rowerzystę, przyczepa wypięła się z ciągu. Zatrzymała się 50 metrów dalej, na rosnącej na poboczu lipie. Wysypało się drewno, blokując na 5 godzin ulicę.
Dlaczego do tego doszło? Otóż, urwała się skorodowana część dyszla, łączącego przyczepę z naczepą.
– Tego dnia mąż wracał właśnie od lekarza. Kiedy dotarłam na miejsce wypadku, zasłabłam. Zabrała mnie karetka pogotowia – wspomina pani Alina.
Ten wypadek drastycznie pokazał w jak fatalnym stanie firmy przewozowe wypuszczają na polskie drogi samochody. 12 października na ulicy Otolińskiej mogło być więcej ofiar. Widząc wyprzęgającą się naczepę, kierowca jadący polonezem w ostatniej chwili zdążył się przed nią wycofać.
Prokuratura postawiła zarzuty niedbalstwa diagnoście – 45-letniemu Jerzemu M., który 4 miesiące wcześniej przed wypadkiem wydał zaświadczenie iż naczepa jest sprawna. Przez ten czas niemożliwe było tak dalekie posunięcie się korozji. Oskarżony został również kierowca – 23-letni Marian G., który świadomie kierował niesprawnym technicznie samochodem z przyczepą.
Sprawa trafiła w 2001 roku do Sądu rejonowego w Płocku. Okazało się, że rowerzysta jechał prawidłowo, nie był pod wpływem alkoholu, w żadnym stopniu nie przyczynił się do wypadku.
Podczas rozprawy kierowca przekonywał, że nie zauważył na umazanym smarem dyszlu żadnych pęknięć. Natomiast diagnosta obejrzał zdjęcia dyszla po wypadku i zeznał, że to na pewno nie jest ten, który zatwierdził do dalszego użytkowania. Właściciel steyera, wezwany jako świadek w sprawie, powiedział, że dyszel miał jedynie drobne zadrapania i pęknięcia. Jednak w tym momencie biegli sądowi przedłożyli swoją opinię, że dyszel już na pierwszy rzut oka był w fatalnym stanie i stwarzał zagrożenie.
Sąd Rejonowy w Płocku skazał kierowcę na dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5, a diagnostę na rok więzienia w zawieszeniu na 3 lata. Dodatkowo obydwaj mieli zakaz wykonywania swoich zawodów przez trzy lata. Kierowca zobowiązany został zapłacić 2 tys. zł a diagnosta 1600 zł grzywny. Obydwaj mieli też pokryć koszty sądowe.
Wydawałoby się, że to już koniec historii i że sprawiedliwości stało się zadość. Jednak, obrońcy oskarżonych odwołali się od wyroku. Ich zdaniem przyczyną wypadku był zły stan ucha dyszla. Marian G. w codziennej obsłudze samochodu, nie mógł zauważyć tego typu usterki. – Nie ma więc związku między wypadkiem a jego postawą – argumentował adwokat kierowcy. Wtórował mu obrońca diagnosty. Ich zdaniem prokuratura i sąd pierwszej instancji nie wykazali solidności. Nie sprawdzili, czy właściciel firmy przewozowej, do którego należała ciężarówka, po prostu nie wymieniał jej elementów na czas badania diagnostycznego. Sąd przyznał rację obrońcom, uchylił wyrok i skierował sprawę do powtórnego rozpatrzenia.
Zamienił tylko dyszel?
Kolejny wyrok w tej sprawie zapadł w czerwcu 2004 roku. Tym razem jednak kierowca i diagnosta byli już niewinni. Biegli wykazali, że od dyszla oderwały się mocno skorodowane uszy mocujące go do przyczepy. Tego żaden człowiek bez specjalistycznego sprzętu nie byłby w stanie zauważyć. Sąd więc uznał, że choć kierowca miał obowiązek sprawdzać stan techniczny, to byłoby absurdem wymaganie, by kierowcy przed wyjazdem w trasę wkraczali w kompetencje diagnostów i bez odpowiednich narzędzi badali wszystkie, szeroko pojęte problemy techniczne pojazdu. Od tego są bowiem badania techniczne pojazdu, by postępować w zaufaniu do zapisów poczynionych w dowodzie rejestracyjnym przez diagnostę.
Jerzy M. nadal podtrzymywał swoje zdanie, że kiedy badał naczepę, była ona w zadowalającym stanie i najprawdopodobniej doszło w późniejszym czasie do podmiany na wadliwy element.
W ten sposób sąd uznał, że wcześniej winni są niewinni. Nie mogła się z tym pogodzić żona zmarłego rowerzysty. Wyrok z 2004 roku podważyła wkrótce prokuratura. Sąd apelacyjny znów dostrzegł błędy w postępowaniu i sprawa zaczęła się od nowa.
Teraz już jednak Marian G. odmówił składania zeznań. Razem z Jerzym M., który wciąż pracuje w tej samej stacji diagnostycznej, nie przyznają się do winy. Powołani zostali kolejni świadkowie – kierowcy z firmy transportowej, w której pracował Marian G.
– Dlaczego na ławie oskarżonych nie ma właściciela zardzewiałej naczepy. Skoro dzięki biegłym wiadomo, że część dyszla mogła być podmieniona, więc w pewien sposób przyczynił się do tego wypadku. Dlaczego, skoro czuje się niewinny, pociął naczepę na złom – pyta Ewa Liśkiewicz, która podczas całego procesu występuje w charakterze oskarżyciela posiłkowego. Postuluje o wezwanie tego człowieka na rozprawę, w ostateczności nawet pod nadzorem policyjnym. Z drugiej strony rozumie kierowcę, który musiał jechać sprzętem, który wyznaczył mu pracodawca.
Kobieta będzie się odwoływać dotąd, dopóki nie zostanie ukarany winny śmierci jej męża. Od tego tragicznego momentu znacznie pogorszyła się jej sytuacja materialna.
– Mąż był opiekuńczy i pracowity. Bez niego jestem zdana tylko na siebie. Od lat choruję. Sama nie daję rady prowadzić gospodarstwa domowego, rąbać drzewa na opał – tłumaczy Ewa Liśkiewicz. Dodatkowo ponosi koszty kolejnych adwokatów. – Jednak się nie poddaję. Będę się starać o odszkodowanie do końca mego życia za śmierć męża. Wciąż nie może się pogodzić z tym, że płocki sąd mając tyle dowodów i tak klarowną sytuację nie potrafi ustalić, kto ponosi winę za śmierć rowerzysty. Kolejna rozprawa wyznaczona jest na koniec października.
Blanka Stanuszkiewicz

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …