Reklama

Jeśli nie zdejmiesz nogi z gazu - Policja zrobi fotkę

29/11/2002 11:39
Od początku listopada, kiedy wiadomo już było, ze na ulicach miasta instalowany jest wideoradar, słyszało się fantastyczne opowieści. – Chyba mnie namierzyli, jak jechałem ul. Wyszogrodzką, zaświeciło mi w oczy, pewnie zrobili mi zdjęcie; to nieporozumienie, żaden kierowca nie jedzie na odcinku, gdzie łatwo się rozpędzić 60 km/godz; podobno złapali kogoś, kto jechał 130 km/godz., nie był przypięty pasami i na dodatek rozmawiał przez komórkę; ciekawe, czy mnie znajdą, jechałem służbowym samochodem, którym jeździ sporo osób, rozpoznają mnie, czy zapłaci mandat szef?Wideoradar był tematem rozmów wielu kierowców, bo kilkaset osób zobaczyło błysk lampy, a jeśli nie oni sami, to ktoś znajomy. Czy jego zainstalowanie poprawi bezpieczeństwo kierowców i pieszych. Wideoradar został sprowadzony do Płocka z inicjatywy ówczesnego prezydenta miasta Wojciecha Hetkowskiego. Nieco wcześniej stale docierały do nas informacje o szaleństwach kierowców na drogach wylotowych z Płocka, którzy chętnie na tych odcinkach sprawdzali moc swoich stalowych rumaków. Docierały informacje o potrąceniach pieszych, którzy w starciach z szybko jadącymi samochodami, nie mieli żadnych szans. Zdarzały się także potrącenia śmiertelne, a w starciu auto i człowiek, ten drugi zwykle nie ma najmniejszych szans. W pierwszym okresie pracy wideoradaru zanotowano ponad 200 spraw. Ponad 100 kierowców już zapłaciło mandaty, niemal 100 mandatów zostało rozesłanych po całym kraju. Bo jak łatwo się domyślić, dopuszczalną prędkość przekraczają w Płocku także kierowcy z innych miast. Na razie wszystkie sprawy załatwiane są na bieżąco. Policja otrzymuje zdjęcie, ustala właściciela pojazdu i jest on wzywany do Komendy, by zapłacić mandat za popełnione wykroczenie. Policja musi wezwać delikwenta w ciągu 14 dni od popełnienia wykroczenia. Jeśli nie zdąży, wtedy sprawa kierowana jest do sądu rejonowego. Tak stanowią przepisy kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia. W Płocku takiego problemu nie ma, wszystkie sprawy są załatwiane na bieżąco. Zupełnie inaczej jest w Warszawie, gdzie na ulicach rozstawionych jest kilka takich urządzeń i one co kilka sekund robią zdjęcia. Bo wideoradar to takie urządzenie, które uruchamia się w momencie, kiedy popełniane zostaje wykroczenie. Trudno się zatem dziwić, że w Warszawie policja nie może sobie poradzić z ilością wystawianych mandatów i tam kierowcy są odsyłani do sądu. Efektem tego będą najprawdopodobniej całkowicie zapchane sądy, które już teraz nie radzą sobie z ilością spraw, a w obecnej sytuacji będzie jeszcze gorzej. Kierowcy warszawscy już sobie robią nadzieję, że sprawy się przedawnią i nie zapłacą mandatu za popełnione wykroczenie. Sto albo 500 zł A ile trzeba zapłacić za przekroczenie prędkości. Najniższy mandat to 100 zł i najwięcej kierowców musi taki zapłacić. Dotyczy to przede wszystkich tych osób, które jechały do 20 km/godz. więcej niż pozwalają przepisy. Wtedy policjant ma prawo wymierzyć mandat w wysokości od 100 do 200 zł i oczywiście punkty karne. Mandat w wysokości 200 – 300 zł i 6 pkt. karnych należy się kierowcy, który będzie jechał z prędkością większą o 30 km/godz. niż dozwolona. Między 300 i 400 zł oraz 8 pkt. karnych otrzyma osoba, która na liczniku miała więcej o 40 km/godz. niż dopuszczają przepisy, żeby zaś zarobić mandat w wysokości między 400 i 500 zł oraz 10 pkt. karnych trzeba było przekroczyć dozwoloną prędkość o 50 km/godz. Rekordzistą był właściciel bmw, który 11 listopada o godz. 12.18, jechał ul. Piłsudskiego 133 km/godz. Na razie ten rekord nie został poprawiony i jest ogromna nadzieja, że już nie zostanie pobity. Bo tak się dzieje, że kierowcy, którzy wiedzą o ustawianiu w kilku punktach miasta wideoradaru, starają się jeździć bezpieczniej i zgodnie z przepisami. - Cel zainstalowania wideoradaru – wyjaśnia rzecznik Komendy Miejskiej Policji Jarosław Brach – został osiągnięty. Jesteśmy bardzo zadowoleni, bo praktycznie od początku listopada nie wiemy, co to potrącenia pieszych, a przed zainstalowaniem tego urządzenia, były one na porządku dziennym. Wiele z nich miało miejsce w obrębie przejścia dla pieszych, a to oznacza, że nawet tam nikt nie może czuć się bezpieczny. Dodatkowo jeszcze, z czego także się cieszymy, stale zmniejsza się ilość ukaranych. Apelujemy do kierowców, by wreszcie do nich dotarło, że jeśli będą przekraczać przepisy, to odczują to na własnej kieszeni. Nie tylko będą musieli zapłacić mandat, ale także dostaną punkty karne. Wideoradar ma wiele zalet. Wcale nie musi stać w jednym miejscu, bardzo łatwo jest go przestawić na zupełnie inną ulicę, zgodnie z potrzebami. Ulice są monitorowane i dokładnie wiadomo, w którym momencie, oraz gdzie najlepiej postawić to urządzenie. Na dodatek z daleka nie jest widoczny. Błysk lampy widać tylko wtedy, gdy zostanie popełnione wykroczenie, bo tylko w takich przypadkach jest robione zdjęcie. Co widać na foto Zdjęcie jest zwykle ostre, czytelne i widać na nim mnóstwo szczegółów. Bywa i tak, że samochodem nie jedzie jego właściciel, ale wtedy praktycznie nie ma żadnych problemów z ustaleniem kierowcy. – Mandat otrzymuje tylko ta osoba, która popełni wykroczenie – tłumaczy J. Brach. Jeśli są jakieś wątpliwości, jeśli właściciel nie chce powiedzieć, kto jechał jego samochodem, są możliwości by to ustalić. Właściciel nie może odmówić odpowiedzi na pytanie, kto jest na zdjęciu. No chyba, że dotyczy to najbliższej rodziny. Ale i wtedy są sposoby, by określić dokładnie kto kierował pojazdem. Wideoradar wykonuje zdjęcie w każdym momencie, gdy popełnione zostanie wykroczenie. Do ukarania kierowcy może jednak nie dojść, ale tylko w jednym przypadku. – Bywa, że na jednym zdjęciu widać dwa samochody i nie wiadomo, kierowca którego popełnił wykroczenie. A my wszystkie wątpliwości interpretujemy na korzyść obwinionego. Na zdjęciach widać dokładnie mnóstwo szczegółów. Na razie jednak, wbrew temu, co opowiadają sobie kierowcy, nikt nie zapłacił za jazdę bez zapiętych pasów bezpieczeństwa, czy za rozmowę przez telefon komórkowy w trakcie jazdy. Urządzenie nadal pracuje, wbrew radości niektórych kierowców, którzy sądzili, że po trzech tygodniach testowania wideoradaru, zniknie on z naszych ulic. Na razie nie ma ostatecznej daty, mówi się tylko nieoficjalnie, że będzie pracować do końca grudnia. Wszystko jednak wskazuje na to, a ceną jest przede wszystkim bezpieczeństwo pieszych i kierowców jeżdżących zgodnie z przepisami, że urządzenie pozostanie w Płocku na czas nieokreślony. Być może przyjdzie taki moment, kiedy wszyscy kierowcy zaczną jeździć zgodnie z przepisami. To na pewno utopia. Kierowcy nie są zadowoleni, że wykroczenia rejestruje urządzenie, z którym nie można negocjować, wytłumaczyć się. Trzeba zapłacić i koniec, a potem starać się, by nie zostać złapanym drugi raz. Tacy delikwenci, którzy już dwukrotnie odwiedzali komendę, zdarzają się. Nie wystarczy im jedna nauczka, nadal jeżdżą zbyt szybko. Więcej pracy z powodu wideoradaru mają policjanci. Muszą wystawiać mandaty, ale robią to chętnie, widząc efekty pracy urządzenia. Natomiast błędne jest przeświadczenie, że im więcej mandatów, tym bogatsza policja. Pieniądze z mandatów absolutnie nie trafią bezpośrednio do policji, wszystkie idą do Skarbu Państwa. – Panuje takie przekonanie – mówi rzecznik, - że mandaty zasilają kasę policji, co jest nieprawdą. To pokutuje od dawna, a jest nieporozumieniem. Wszystkie pieniądze są od razu kierowane na konto Urzędu Wojewódzkiego i policja ani przez chwilę nimi nie dysponuje. Kierowcy rozumieją, że wideoradar w Płocku przyniesie efekt, cieszą się piesi, bo mogą spokojnie przechodzić przez ulicę, ale może obok postawienia urządzenia są także inne sposoby na to, by było bezpiecznie. Może warto naprawiać drogi, a nie w miejscu gdzie jest dziura postawić znak – ograniczenie prędkości, a potem postawić policjanta, by łapał tych przekraczających przepisy. Warto też przyjrzeć się znakom drogowym ustawionym w dziwnych miejscach. Wszystko jednak wskazuje, że dzięki wideoradarowi, ustawianemu na ulicach, na których kierowcy najczęściej popełniają wykroczenia, jadąc z niedozwoloną prędkością, kierujący pojazdami zdejmą nogę z gazu. A zatem bezpieczniej będą się czuć piesi. I o to chodzi. A że przy okazji wiele osób otrzyma najdroższe swoje zdjęcia, za które trzeba zapłacić minimum 100 zł, to już zupełnie inna sprawa. Jola Marciniak Fot. D. Ossowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości