Najnowsze informacje
anal pump

Co nas boli, co cieszy?

tel. (024) 262-70-60  |  e-mail: rednaczelny@tp.com.pl

Temat śmieci ciągle aktualny
Z dzisiejszego artykułu w jednej z gazet dowiedziałem się, że wysypisko w Kobiernikach ma możliwości przyjmowania śmieci jeszcze do 2012 r. Nie wiem, na jakiej podstawie sformułowano taką ocenę, bo już teraz widać, że śmieci są tam upychane na siłę. Dawna niecka została już dawno wypełniona i teraz robi się sztuczne. Najpierw ustawia się na brzegach sprasowane śmieci, potem przysypuje się je warstwą ziemi a następnie do takiej sztucznej niecki wali się przez kilka miesięcy niesegregowane śmieci. Właśnie niedawno, kiedy i tę nieckę wypełniono, podnosi się jej brzegi w identyczny sposób, tj. poprzez ustawianie drugiej warstwy sprasowanych śmieci. Jeżeli będzie się to tak dalej odbywało, to wkrótce na mapach trzeba będzie zaznaczyć nowo powstałą górę w Kobiernikach. Wszystko to robi się w pobliżu drogi publicznej. Przy większym wietrze robi się tam krajobraz księżycowy – na okolicznych polach, ogrodzeniach i drzewach wiszą śmieci, najczęściej plastikowe torby. Do tego straszny odór, przedostający się nawet do wnętrz samochodów. Teraz mówi się o konieczności budowy spalarni śmieci i znowu używa się takich samych argumentów, jak przed uruchomieniem segregacji śmieci. Mam wrażenie pojawienia sie kolejnych niejasności w tej kwestii. Mam też wrażenie, że nieliczne artykuły czy reportaże o sytuacji w Kobiernikach w płockich mediach są robione na „zamówienie” i dlatego apeluję do Redakcji TP o rzetelność w informowaniu o tej, tykającej już „bombie ekologicznej” w Kobiernikach.

Pasażer bez rozkładu
Ja wiem, że wy bardzo często piszecie o tym problemie, ale pasażerowie wciąż są bezradni. Myślę więc, że o braku kultury (delikatnie rzecz biorąc) u niektórych pasażerów Komunikacji Miejskiej pisać trzeba na okrągło, bo my – „normalni” pasażerowie jesteśmy w takich sytuacjach bezradni. Moim zdaniem kierownictwo Komunikacji powinno bardziej o pewne elementy zadbać. Nie mówię już o zdezelowanych przystankach czy powybijanych szybach, bo naprawa tego typu uszkodzeń niesie za sobą spore koszty. Jednak na braki w rozkładach jazdy powinno sie szybciej reagować. Bo człowiek pędzi w ten straszliwy upał na przykład do przystanku przy ulicy Sienkiewicza, a tam ani śladu rozkładu. Nie wiadomo, czy pędzić dalej do starego dworca PKS, czy czekać jednak na autobus. Nowe rozkłady tak dużo nie kosztują, a może warto pomyśleć nad lepszym ich zabezpieczeniem, by osoby bez wyobraźni nie mogły się do nich dobierać.

Łyżka dziegciu…
Podczas remontu ulicy Wyszogrodzkiej płocczanie znajdują sobie różne ciekawe skróty, dzięki którym łatwiej można dojechać do pracy. A mnie ostatnio pokazano jak szybko, jadąc do miasta, przedostać się z ulicy Piłsudskiego w rejony ulicy Wyszogrodzkiej i dalej w kierunku Starówki. Otóż wystarczy zawrócić ze 200 metrów za torami, by szybko odbić w prawo w ulicę Jesienną i doskonałą wyremontowaną jezdnią dotrzeć do ulicy Wyszogrodzkiej w okolicach ulicy Gęsiej. Faktycznie, świetny to skrót, choć w każdej beczce miodu znajdzie sie łyżka dziegciu. W tym przypadku chodzi o końcowy odcinek dojazdu do Wyszogrodzkiej. To skandal, żeby w środku miasta były jeszcze takie drogi. A raczej klepisko z powybijanymi płytami przypominające drogę. Czy miasta nie stać na wyremontowanie kawałka jezdni o wymiarach 10×20 metrów?

Usychają drzewa
Meteorologiczny czas może nie ku temu, ale o temacie uschniętych drzew i ogólnie – braku drzew w Płocku – pisać się powinno jeszcze częściej. Bo póki co, mogę sypać jak z rękawa przykładami, że w Płocku niewiele się robi, żeby drzew przybywało. Albo żeby uschnięte jednostki,a takich jest pełno, wymieniać na nowe nasadzenia. Oto przykłady: przy Grobie Nieznanego Żołnierza mamy uschnięte kasztanowce – powinny być wycięte i posadzone nowe drzewa. Z kolei na ulicy Miodowej posadzono młode drzewa, ale część z nich uschła i straszy kikutami. Na ulicy Mostowej za katedrą w ogóle nic się nie sadzi. Przy sądach obok biblioteki Zielińskich był uschnięty kasztanowiec. Został wycięty, ale nie widzę, żeby w to miejsce coś nowego posadzono. Przy Jachowicza uschniętych drzew znajdzie się całe mnóstwo, choćby przy Młynie. Zielony Jar – ulica Armii Krajowej (prawa strona) – od apteki aż do do osiedla Monte Cassino nie ma przy drodze ani jednego drzewa, mimo, że to stosunkowo młoda arteria i aż się prosi, żeby mieszkającym tam ludziom coś posadzić, żeby w przyszłości był cień na bloki przy ulicy Batalionu „Parasol”. I tak można wymieniać w nieskończoność. Czy naprawdę nie ma nikogo w Płocku, kto na poważnie zajmie się tym tematem?

Zadowolona z P-4
W Tygodniku Płockim zamieszczony był tekst interwencyjny na temat różnego rodzaju niedociągnięć na prywatnej podmiejskiej linii autobusowej P-4. Trochę się zdziwiłam wymową tego tekstu, i doszłam do wniosku, że musiały to chyba być przypadki incydentalne. Jeżdżę tą linią praktycznie codziennie i jestem z tego powodu bardzo zadowolona, chociażby ze względu na bardzo miłą obsługę.

Sienkiewicza czeka na remont
Długo trwał remont ulicy Kwiatka, który spowodował ogromne utrudnienia w ruchu kołowym, ale myślę, że ostatecznie warto było znieść te trochę uciążliwości. Bo teraz mamy szeroko jezdnię bez wybojów. Mam jedynie nadzieję, że to nie koniec inwestycji na głównych arteriach drogowych w mieście. O generalny remont aż się prosi cała ulica Sienkiewicza, bo wybój pogania tam kolejny wybój. Jeszcze gorzej chyba wygląda Plac Dąbrowskiego połączony z jednej strony z ulicą Warszwską, z drugiej z ulicą Kościuszki. Tam już praktycznie nie ma co łatać, bowiem jezdnia jest mieszaniną samych łat. Wreszcie ulica Dworcowa; taksówkarze mówią, że takich dziur jak na tej arterii nie ma nigdzie. Zatem czas na kolejne remonty. Miejmy nadzieję, że być może jeszcze w tym roku.

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …

Co nas boli, co cieszy?

tel. (024) 262-70-60  |  e-mail: rednaczelny@tp.com.pl

Spalona ziemia w Wiśle
Dlaczego media w ogóle nie piszą, kto tak naprawdę przyczynił się do spadku płockiej Petrochemii, przepraszam – Wisły, do II ligi. Bo przecież przyczyny nie leżą w wydarzeniach, które miały miejsce wczoraj, miesiąc temu, czy nawet rok temu. Ten balon był niebezpiecznie nadmuchiwany już od kilku lat. Odchodzenie od wychowanków płockich i szerzej – młodych piłkarzy polskich, zaczęło się od chwili objęcia sterów w tym klubie przez człowieka z Warszawy – Krzysztofa Dmoszyńskiego. Stąd najpierw była kolonia litewska, potem kolonia bałkańska, wreszcie kolonia czeska. W tym samym czasie systematycznie odsuwano od zespołu zarówno trenerów, jak i piłkarzy mających jakiekolwiek związki z Płockiem. Pozbywano się najzdolniejszych Polaków. Matusiaka wpuszczano na końcówki, Łobodzińskiego na kilka minut. No bo z jakiegoś powodu w pierwszym składzie musieli grać Litwini czy Serbowie (kto odpowie: z jakiego powodu?). W efekcie takiej polityki najzdolniejszych młodych polskich piłkarzy sprzedano bądź wypożyczono, zlikwidowano drużynę rezerw (gdzie piłkarze po kontuzjach i młodzi wychowankowie mogli się ogrywać), a żadnemu z młodych trenerów z Płocka nie dano możliwości uzyskania odpowiednich uprawnień do prowadzenia zespołu. Krótko mówiąc zostawiono spaloną ziemię. Kibice przestali się utożsamiać z zespołem, no bo z kim z drużyny można się utożsamiać, skoro poza Gevorgianem nikt nie miał z tym miastem nic wspólnego. Trybuny opustoszały, przybysze z innych klubów, w dużej części spoza Polski, grali za grubą kasę z takim zaangażowaniem, że aż się płakać chciało i nastąpiła katastrofa. Ciekawe tylko, czy ktokolwiek z decydentów wyciągnie z niej wnioski, jeśli oczywiście będzie taka możliwość, bo na razie mamy spaloną ziemię… A wnioski nasuwają się same. Dmoszyńskiego zdymisjonowano. Ale czy tylko on był przez te ostatnie lata zawiadującym w tym klubie? Co z pozostałymi?

Chłodnia gratis – reklama dla zwłok…
Jestem lekarzem pracującym w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Płocku. Chciałabym redakcję Tygodnika Płockiego zainteresować następującym tematem. Na budce pod szpitalem zauważyłam ogłoszenie takiej mniej więcej treści: „Zakład pogrzebowy pana Frydrysiaka, usługi całodobowe, chłodnia gratis!”. Przyznam, że sama początkowo nie wiedziałam: czy śmiać się, czy płakać. Uważam, że ogłoszenie jest wyjątkowo niesmaczne, a szczególnie sformułowanie „chłodnia gratis”. Byłam u dyrektora szpitala w tej sprawie, ale się okazało, że budka nie jest naszą własnością i nic w tej sprawie nie można zrobić. A może redakcja zechciałaby nagłośnić tę sprawę, żeby właściciel sam przemyślał, czy wywieszanie takich ogłoszeń nie kłóci się z ogólnie przyjętymi normami etycznymi.

Źle oznakowane objazdy
Piszecie o tirach, które rzekomo rozjeżdżają Radziwie w związku z usytuowaniem objazdów na czas remontu drogi do Włocławka, a tymczasem to nie tury są w tym przypadku największą zmorą płocczan, a źle, wręcz fatalnie oznakowane objazdy, przez co płoccy kierowcy muszą pokonywać więcej kilometrów niż można by w rzeczywistości. Po pierwsze informacja o objeździe powinna się pojawić jeszcze przed rondem po zjeździe z mostu. Tymczasem nie ma tam ani jednej tablicy. Ta pojawia się dopiero po zjechaniu z ronda. Jeśli natomiast na Włocławek pojadę skręcając z ronda, to dostanę się w taki gąszcz wąskich uliczek, że odechce mi się do końca życia. A przecież wystarczy na Włocławek jadąc skręcić w ulicę Zieloną – zdecydowanie bliżej i szybciej. Rozumiem, że w odwrotnym kierunku nie da się tego uczynić, bo nie będzie możliwości wyjazdu z Zielonej, ale takie rozwiązanie wyjazdu z Płocka jest zdecydowanie wygodniejsze dla kierowców. Po co było to utrudniać?

Skarpa gorsza niż Kobierniki
Proszę się przyjrzeć skarpie zewnętrznej Płocka nad Wisłą od strony zoo. Dla mnie jest to jedna wielka tragedia. Wysypisko wobec tej skarpy to po prostu szpital uzdrowiskowy. Takiego śmietnika dawno nie widziałem. Czy dla odpowiednich służb oczyszczania miasta skarpa koło zoo nie jest częścią Płocka? Aż wstyd tam ze znajomymi chodzić na spacery.

Wisła z Orlenem i Kasztelanem
Jestem kibicem piłki nożnej, więc chciałbym oczywiście porozmawiać na temat naszej nieszczęsnej Wisły Płock. Stało się najgorsze i nikt już tego nie zmieni. Z obszaru wielkiej piłki wylądowaliśmy na peryferiach. Teraz zamiast płakać nad rozlanym mlekiem, powinniśmy się zastanowić, co uczynić, żeby Wisła jak najprędzej znowu grała w I lidze. Oczywiście najwięcej w tej kwestii zależy zarządzających płockim kombinatem naftowym. To Orlen jest przecież głównym sponsorem. Mam nadzieję, że kombinat dobrze rozumie swoją misję w Płocku. Jednym z jej elementów jest przecież wspieranie rodzimego sportu, w tym piłki nożnej. Nic nie mam przeciwko szczypiorniakowi, bardzo to ciekawa dyscyplina (cudowne ostatnie mistrzostwa świata), ale jednak niszowa. W rankingu popularności w porównaniu do nożnej to przysłowiowy Kopciuszek. Zatem Orlen powinien dalej inwestować w zespół piłki nożnej Wisły. Wbrew temu, co życzy sobie Przegląd Sportowy, który najchętniej zachęciłby płocką firmę do inwestowania w warszawską Legię. Wbrew woli tych, którzy zadecydowali o wyrzucaniu milionów w błoto, czyli sponsorowaniu jakichś tam motocyklistów w rajdzie Dakar. Bo kombinat leży w Płocku i smród z kominów szkodzi płocczanom a nie mieszkańcom Warszawy czy Krakowa. Mam nadzieję, ż ktoś w Orlenie pójdzie w końcu po rozum do głowy i zrozumie, że za 10 mln złotych rocznie to można sobie pograć w koszykówkę na poziomie trzecioligowym. A jeśli się chce mieć zespół, wyniki oraz dobrą reklamę, należy myśleć o zainwestowaniu większych pieniędzy. Oczywiście Orlen nie może być jedynym sponsorem. Zupełnie na przykład nie rozumiem, dlaczego na koszulkach zespołu Wisły nie ma znaku firmowego naszego rodzimego Kasztelana. Przecież to się wydaje wręcz oczywiste, nieprawdaż?

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …

Co nas boli, co cieszy?

tel. (024) 262-70-60  |  e-mail: rednaczelny@tp.com.pl

Promocja czy wyprzedaż?
Chciałam zwrócić uwagę na nadużywanie słowa „promocja”, z którym stykam się w płockich sklepach. Tym słowem bowiem załatwiane jest wszystko, czego wcześniej nie udało się sprzedać, bądź gdzie kończy się termin ważności. Najczęściej jest to widoczne w sklepach spożywczych, głównie tam, gdzie sprzedaje się mięso. Przykłady? Proszę bardzo! Sklep Biedronka przy ul. Otolińskiej w Płocku, stoisko Peklimaru. W oczy kłuło ogłoszenie o 50-procentowej (!!!) promocji na schab. Takiej promocji na mięso jeszcze w życiu nie widziałam, więc pomyślałam, że to pewnie towar, któremu za jakiś czas kończy się data ważności i spytałam, czy mogę ten schab powąchać. Usłyszałam odpowiedź: nie! Na moje pytanie: dlaczego „nie”, padło: „nie, bo nie”! Spytałam zatem panią, czy zna z języka wyrazów ekonomicznych znaczenie słowa: promocja. „Niech pani mnie nie uczy” – padła odpowiedź, w efekcie czego dałam spokój. Żeby była jasność: ja wcale nie mam pretensji do tej pani zza lady, w końcu jest ona ekspedientką a nie magistrem nauk ekonomicznych. To szefostwo firmy powinno się zastanowić, zanim umieści wywieszkę z napisem „promocja”. Z podobną sytuacją zetknęłam się ostatnio także w sklepie Zakładów Mięsnych koło Bombonierki na Kolegialnej. Tu dla odmiany promocja dotyczyła podgardla. Ja rozumiem, że każdy ma prawo lepiej wyeksponować towar, który się chce szybciej sprzedać. Skoro jest to towar z ważną datą przydatności do spożycia, to dlaczego by tego nie robić. Tyle, że nie jest to żadna promocja. W takim przypadku powinno się wystawiać wywieszkę: „wyprzedaż” bądź „przecena”. Słowo promocja skorelowane jest tylko i wyłącznie z wprowadzeniem do sprzedaży produktu nowego. Tak to przynajmniej wynika ze słownika ekonomicznego… Proszę mnie zatem przeko-nać, że schab i podgardle to produkty dopiero co wprowadzane do sprzedaży.

Ochroniarz od reklamy
Zastanowiła mnie mocno pewna sytuacja, którą zaobserwowałem na wielkim parkingu przed hipermarketem w Płocku. Otóż jeden z zatrudnionych przez hipermarket ochroniarzy chodził od samochodu do samochodu i spod wycieraczki każdego z nich wyjmował ulotki wkładane tam wcześniej przez przedstawiciela jednej z firm. Jak zdążyłem zauważyć podczas wsiadania do samochodu, zanim ochroniarz zdążył błyska-wicznie wyrwać ulotkę spod wycieraczki mojego auta, chodziło o jakąś firmę z artykułami elektrycznymi, bodajże Elgal. Samego mnie bardzo drażnią wszelkie ulotki czy to wkładane za wycieraczkę samochodu, czy to kładzione pod drzwi mojego mieszkania, których nigdy nie czytam, a kiedy depczę po już odpowiednio wysokiej kupce, to wówczas wrzucam wszystko jak leci do kosza (skądinąd wiem, że tak robi większość z nas, więc dziwię się firmom, które wybierają ten sposób reklamy). Może więc działanie tego ochroniarza powinno mi przypaść do gustu. Z drugiej jednak strony zadaję sobie pytanie, jakie prawo miał dotykania mojego samochodu, czy setek innych, które parkowały obok ochroniarz z Auchan. Skoro ktoś te ulotki roznosił, a przepisy tego nie zabraniają, to dlaczego ktoś inny zabierał? Czy to nie jest karalne? Przecież te ulotki stanowiły czyjąś własność… Rozumiem, że ochroniarz nie miał tutaj nic do gadania, a takie polecenie otrzymał od zarządzających hipermarketem, któremu konkurencja jest zapewne nie w smak. Tak czy siak, trochę to wszystko przypomina dziecięcą zabawę w chowanego. Czy tak postępują poważne firmy?

Fachowcy – dyletanci
Dziury w nowych szafkach, blat nie trzyma się pionu, a wszystko krzywo przycięte – tak wygląda moja kuchnia po wizycie tak zwanych fachowców. Zamówiłam w „profesjonalnej” firmie zabudowę kuchni i wszystko byłoby w porządku, gdyby ta sama firma nie przysłała mi do montażu współpracujących z nią „specjalistów”. Okazali się analfabetami w branży, nie potrafili wykonać najprostszej rzeczy. Co z tego, że nie zapłaciłam im za usługę, skoro muszę teraz znaleźć nową ekipę, która za podwójną cenę uporządkuje moje rozgrzebane mieszkanie – pyta retorycznie Czytelnik, radząc innym, aby bacznie przyglądali się podwykonawcom.

Którędy do szpitala?
Na ulicy Bielskiej przed skrzyżowaniem z Jachowicza stoi tablica informacyjna wskazująca drogę do szpitala wojewódzkiego w Płocku. Cóż z tego, skoro ramię owego znaku skierowane jest w środek wysokiego bloku. Czy mamy wjechać na trawnik, rozwalić blok i w ten sposób zacząć się leczyć?

Brudny jar Brzeźnicy
To mogłaby być wizytówka Płocka – uporządkowany jar Brzeźnicy ze starym drzewostanem, ładnymi alejkami spacerowymi i ścieżką rowerową. Onegdaj był tam nawet oświetlony stok narciarski. Niestety, jar Brzeźnicy przypomina wysypisko śmieci. Omija go nawet akcja sprzątania świata. Widocznie płocki jar to nie świat, tylko fragment zapomnianej przez wszystkich Skarpy. Jeśli dodać do tego częste wizyty tam raczących się wysokoprocentowymi trunkami, nikomu nie polecamy spacerów w tej części miasta.

Co winna ławka?
Winna, bo straciła 2/3 długości i nogę. Teraz jest przeznaczona wyłącznie dla jednej uprzywilejowanej osoby, która chociaż usiądzie to i tak torby z zakupami nie postawi. Osoby z klatki z grupami inwalidzkimi – a takie są – nie usiądą, chyba że na ziemi obok, a i to dobrze, bo można się chwycić kikuta ławki przy wstawaniu z ziemi. Otóż to nieszczęsne krzesełko stoi naprzeciw bloku przy ul. Rembielińskiego. O kalectwie ławki zadecydował zarząd Płockiej Spółdzielni Mieszkaniowej osiedla Rembielińskiego. Spółdzielnia „poszła na rękę” niektórym lokatorom, nie pytając o zdanie inwalidów w tejże klatce. A przecież na tej ławce siadali nie tylko pijacy, ale i matki z dziećmi, zmęczone zabawą dzieci, zakochani oraz osoby chore.

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …

Co nas boli, co cieszy?

tel. (024) 262-70-60  |  e-mail: rednaczelny@tp.com.pl

Tak się niestety złożyło, że od kilkunastu lat muszę często podróżować pomiędzy Płockiem i Wrocławiem liniami PKP lub PKS. Nigdy nie było to zbyt komfortowe, lecz teraz po likwidacji prawie wszystkich pociągów z i do Płocka to już całkiem tragiczne. Czy 150–tysięczne, bogate miasto o wielkim znaczeniu przemysłowym ma zostać bez kolei? Byłoby to jakieś kuriozum w skali kraju, gdyż znacznie mniejsze ośrodki miejskie, w tym z przemysłem chemicznym (takie jak np. Kędzierzyn, Puławy), leżą przy liniach kolejowych o pierwszorzędnym znaczeniu, z kursującymi pociągami pośpiesznymi. Z Płocka jeździły przez ostatnie lata tylko jednostki elektryczne w kierunku Kutna. Z upływem czasu było z tym coraz gorzej; pogarszały się połączenia, dekapitalizował sprzęt. Wszystko szło w kierunku likwidacji, która się właśnie prawie dokonała. Można zapytać, dlaczego Płock stał się stacją terminalną, zamiast stacją na linii przelotowej łączącej Łódź z północno – wschodnimi regionami kraju, tj. Olsztynem i Trójmiastem. Nie byłoby wówczas problemu z nierentownymi połączeniami lokalnymi, a istnienie dalekobieżnych zapewniałoby komunikację Płocka z resztą kraju. Kiedyś podobno jeździły pociągi pośpieszne na tej trasie i wystarczyłyby stosunkowo niewielkie inwestycje w infrastrukturę (nie takie były niegdyś realizowane), aby ten stan rzeczy przywrócić. Ale nawet w dotychczasowym układzie, tzn. jedynego połączenia z Kutnem, z i do Płocka powinny jechać przynajmniej trzy pociągi: w godzinach rannych, popołudniowych i wieczornych. Nie sześć, jak poprzednio, ale chociaż trzy, i przy tym dobrze skomunikowane w Kutnie z pociągami dalekobieżnymi. Przy niewielkiej liczbie pasażerów można by pomyśleć o wykorzystaniu autobusów szynowych, które kursują już między Łodzią a Kutnem. Aż przykro teraz patrzeć na opustoszały, niszczejący płocki dworzec kolejowy i pomimo uznania, jakie ogólnie żywię do obecnego prezydenta Płocka, muszę powiedzieć, że to wstyd dla władz miasta, iż do takiej sytuacji dopuściły. Ale żeby goryczy nie było jeszcze zbyt mało, to trzeba się przyjrzeć jedynemu pociągowi, który pozostał, tzn. pociągowi pośpiesznemu Koziołek, jadącemu z Poznania. Nie wygląda on na pociąg pośpieszny; poprzednio kursująca jednostka była o wiele przyzwoitsza. Teraz nie dość, że bardzo zwyczajny i lichy (podobny do zwykłego pociągu podmiejskiego), to jeszcze często okazuje się zepsuty po podstawieniu w Poznaniu. Skutkiem tego są prawie godzinne opóźnienia, czego osobiście już dwa razy doświadczyłem. Zachęcam zatem rajców miejskich Płocka do przejażdżki pociągiem „Koziołek” z Poznania. Przyjemnej podróży!

Borowicka po deszczu..
Zapraszam zainteresowanych do Borowiczek na ulicę Borowicką, przy tak zwanym basenie i na pierwszy przystanek autobusowy jadąc od pętli. Po każdym deszczu tworzą się ogromne kałuże na jezdni, pieszy nie ma możliwości takiego przejścia chodnikiem, żeby nie zostać ochlapanym przez jadące samochody. Proszę jednocześnie sprawdzić, jakie mamy chodniki w centrum Borowiczek, czyli na ulicach: Harcerskiej i Borowickiej. Trzeba przyjechać koniecznie po deszczu – wtedy na pewno będzie co oglądać.

Wycinać co trzecie!
Chciałbym zainteresować Redakcję wycinką drzew wokół Płocka.
Nie jestem mieszkańcem Państwa miasta ani gminy, więc niestety mogę tylko poinformować o zajściu. A w tej sprawie pokusiłem się nawet o przesłanie listu do władz wojewódzkich. Jestem bowiem zbulwersowany zaobserwowaną wycinką drzew (zdrowych i niezagrażających otoczeniu), jaką zaobserwowałem ostatnio przy trasie Płock – Wyszogród. Obserwując liczne, wybiórcze działania drwali pokusiłem się o dopytanie ich, czemu wycinają zdrowe drzewa. Usłyszałem taką odpowiedź,
że wycinają je, bo są stare, a wybierają owe „stare” według własnego uznania (cytat: „co trzecie lub czwarte”). Nasuwa się tylko jedno słowo: litości. Przecież w dobie ekologii, dziury ozonowej, obrony – na poziomie Komisji Europejskiej – Doliny Rospudy nie można tak traktować drzew, a w szerszym aspekcie całej zieleni. Nasuwa mi się jeszcze jedna refleksja. Byłem przejazdem na obrzeżach Płocka (okolice Auchan). Wasze miasto wygląda na smutne i brzydkie właśnie poprzez brak drzew. Na wielkim, smutnym, szarym i zapylonym osiedlu rośnie tylko kolejne centrum handlowe, nomen omen o nazwie Wisła…..
Ciesze się, że nie mieszkam w mieście, gdzie są tak bezduszne władze, że dążą do przerobienia miasta w pustkowie.

W nocy żółta jak biała
Tak jak Tygodnik Płocki pisał w swoim czasie o uruchomieniu
 sygnalizacji świetlnej na próbę na ulicy Wyszogrodzkiej w okolicach dróg dojazdowych do mostu, to były pieniądze wyrzucone w błoto.
Żeby nie było wątpliwości – nasze pieniądze… Poruszam ten temat w kontekście pozostałości po tej sygnalizacji i po wysepce. Pojawiły się tam teraz specjalne elementy, które mają zmuszać kierowców do ostrożności. Ja jednak radziłbym zastanowić się nad oznakowaniem poziomym w tym miejscu. Tak się bowiem składa, że z różnych przyczyn namalowano tam zarówno linie poziome żółte, jak i białe. Oczywiście
te żółte są niby ważniejsze i dany kierowca je powinien mieć na uwadze. Nie ma problemu w dzień, bo wszystko jest doskonale widoczne. Gorzej jest w nocy; w świetle reflektorów trudno ocenić, która przerywana linia jest żółta, a która biała. W porządku, płocczanie jeżdżą najczęściej na pamięć i dadzą sobie radę. Co jednak ma zrobić kierowca przyjezdny? Kilkukrotnie już zaobserwowałem, że prowadzący auto, mylony krzyżującymi się liniami, przejeżdżał na sąsiedni pas bez zasygnalizowania tego manewru kierunkowskazem. Moim zdaniem
trzeba jak najszybciej jedną linię po prostu zetrzeć, póki jeszcze
nie doszło do poważniejszego wypadku.

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …

Co nas boli, co cieszy?

tel. (024) 262-70-60  |  e-mail: rednaczelny@tp.com.plPraca nie dla wszystkich
Chciałbym nawiązać do artykułu bodajże sprzed trzech tygodni, tytułu dokładnie nie pamiętam, ale chyba „Bezrobotni z wyboru“. Piszecie państwo tam, iż w Płocku nie pracują osoby, którym się nie chce, lub nie opłaca, bo mają zasiłek z opieki itp. Może to i prawda, ale są również osoby, dla których ciężko jest znaleźć pracę, a pracować by chciały. Mam na myśli na przykład osoby około pięćdziesiątego roku życia bez jakichś konkretnych kwalifikacji. Takim osobom naprawdę jest ciężko znaleźć sobie pracę, a osobiście wiem coś o tym, bo mam ojca właśnie w takiej sytuacji. Gdzie nie pójdzie pytać o pracę to mówią: „my potrzebujemy młodych ludzi”, albo każą zostawić cv tak na odczepnego, a i tak wiadomo że nie zadzwonią. Naprawdę myślę, iż to jest poważny problem naszego społeczeństwa. Mam wrażenie, iż takie osoby mają odczucie, że są chyba niepotrzebni, a nie każdy ma tak małe ambicje, żeby żyć do końca życia z opieki. Chciałby, póki jeszcze zdrowy, sam na swoje i swojej rodziny utrzymanie zapracować, a także wyrobić sobie lata do emerytury, których brakuje tak niewiele. Pozdrawiam.
Od redakcji: Zgadzamy się z naszym czytelnikiem. Myśmy pisali o takich osobach, a w Płocku ich nie brak, dla których bezrobocie jest kwestią osobistego wyboru, z różnych przyczyn. Niemniej zdajemy sobie sprawę, jak trudno znaleźć pracę ludziom po pięćdziesiątce. Mamy nadzieję, że z powodów chociażby demograficzno – emigracyjnych, i dla takich osób – w pełni wartościowych i przydatnych społeczeństwu – znajdzie się praca.
***
Rolnicy sami usuną drzewa
Szanowna Redakcjo! Jak wszyscy dokładnie pamiętamy, nad naszym krajem przeszły silne wichury, wiatr spowodował wiele szkód. Jestem mieszkańcem gminy Staroźreby i sam doznałem ich skutków. W naszej wsi z powodu powalonych drzew nie było prądu przez 4 dni, były z tego powodu spore kłopoty i straty. Myślę jednak, że o ile kataklizmu nie da się przewidzieć, to zapobiegać jego skutkom można. Chciałbym na Waszych łamach publicznie zapytać panów Dyrektorów od energetyki i dróg, dlaczego przez cały rok nic nie robią, aby przygotować się na taką okoliczność, mam tu na myśli usuwanie starych drzew i obcinanie gałęzi. Przecież to bardzo łatwo ocenić, które drzewa są stare i spróchniałe. Wystarczy takie drzewa oznaczyć, a właściciele gruntów przy których rosną, za darmo i bardzo szybko je usuną.
***
Niszczą okolice Sobótki
Mam dużo czasu i korzystając z niego dużo spaceruję, podziwiając piękno Płocka i okolic. Są bardzo ciekawe miejsca wokół zalewu Sobótka: piękna plaża, zadbane tereny trawiaste, w miarę czysto, ale chyba dla niektórych zbyt ładnie, bo jakiś idiota czy idioci ujeżdżają sobie te tereny czterokołowcami, żłobiąc i trawę i plażę, robiąc wstrętne ślady. Niszczą to, co dodaje uroku tym terenom. Można sprawdzić wiarygodność moich słów, bo tej dewastacji nikt nie zakamufluje, jest zbyt widoczna.
Od redakcji: Polecamy przeanalizowanie spostrzeżenia naszego czytelnika funkcjonariuszom Straży miejskiej.
***
Postęp na poczcie
No i zaczynamy powoli być coraz bliżej normalności. Mam na myśli procedurę obsługi klientów Poczty Polskiej, a chodzi mi o system doręczania listów poleconych. Jak wszyscy doskonale wiemy, najczęściej wygląda to tak: listonosze chodzą do południa, „całują klamki”, bo wszyscy są w pracy, wkładają awizo do skrzynki i mają z głowy. Problem ma za to adresat przesyłki poleconej. Bo po pracy – około 18.00-20.00 udaje się do najbliższego urzędu pocztowego i tam stoi w sporej kolejce, by odebrać przesyłkę. I tak ten kulawy sposób wygląda. Były różne postulaty zmiany tej sytuacji. Proponowano, żeby listonosze roznosili pocztę po 16.00 zamiast do południa, bo wówczas domownicy najczęściej są w domu. Tego, przynajmniej w Płocku, nie wprowadzono. I oto nagle jestem któregoś dnia z samego rana, około 8.30 w urzędzie pocztowym na Podolszycach (to chyba Wyszogrodzka 197 czy jakoś tak) i widzę wywieszone ogłoszenie następującej treści: kto chce, by listy polecone (z wyjątkiem oczywiście tych z sądu, policji, prokuratury i urzędu skarbowego) były wrzucane do skrzynki, powinien napisać podanie. I wystarczy… To żeby znaleźć takie proste rozwiązanie, trzeba było tak długo czekać? No, ale niech tam! Najważniejsze, że poczta w końcu wprowadziła niezłe udogodnienie dla klientów. Miejmy nadzieję, że tym samym zmniejszą się kolejki, chociaż… Tego ranka na poczcie stało przede mną troje petentów, a czynne było tylko jedno okienko. Stałem pół godziny! Na coraz mocniejsze prośby kolejkowiczów, żeby pani, która siedziała z boku, sama zaczęła obsługiwać klientów, usłyszeliśmy jedynie: Druga osoba przyjdzie o dziewiątej”. Więc może na poczcie jest jeszcze coś do poprawienia?
***
Okulistę znajdę innego…
Postanowiłem napisać o sprawie, która mnie bardzo zbulwersowała. Chodzi mi o stosunek lekarzy do pacjentów. Czasami mam wrażenie, że nic się nie zmieniło od czasów ciemnego PRL-u. Jak pacjenci byli przedmiotowo traktowani, tak są w dalszym ciągu. Jest pewna przychodnia w Płocku, powiedzmy w Śródmieściu, która kiedyś była ukierunkowana na pewne grupy zawodowe. Teraz przyjmuje wszystkich. Ostatnio zapisałem tam dzieci do okulisty na wizytę kontrolną (poprzednio były na koniec 2005 roku). Pani okulistka, o której wcześniej mój kolega lekarz (tyle że innej specjalizacji), mówił, że jest najlepszym fachowcem w Płocku, co chwilę praktycznie mieszała mnie z błotem zastanawiając się głośno: po co ja do niej przychodzę i zawracam jej głowę problemami wzrokowymi moich dzieci. Na koniec się zorientowała, że jest to wizyta kontrolna, że nie byłem u niej, jak przypuszczała i mi ciągle imputowała 2 miesiące temu, tylko ponad rok. Niestety, nie usłyszałem nawet najcichszego słowa przepraszam, tylko głupie żarciki, które miały zrekompensować własną pomyłkę. Pytam: czy lekarze są innymi ludźmi niż inni? Czy są z wyższej kasty? A może tak zamiast rozstawiać pacjenta po kątach, uśmiechnąć się czasami do niego. Tak czy siak, okulistę sobie na pewno znajdę innego.

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …

Co nas boli, co cieszy?

tel. (o24) 262-70-60  |  e-mail: rednaczelny@tp.com.plTylko wiadukt i estakada
Droga Redakcjo, jestem jednym z wściekłych mieszkańców Płocka, który musi korzystać z ulicy Wyszogrodzkiej. Czy ktoś w Płocku myśli? Chyba raczej nie. Kto widział takiego „pacana”, który na trasie 62, wylotowej z Płocka, uruchamia sygnalizację bez wiaduktu, chociażby na próbę? Płoccy inżynierowie boją się wiaduktów i estakad? Przecież to jedyne sensowne rozwiązanie dla i tak zakorkowanych płockich ulic. Kto widział lub słyszał, by jechać Wyszogrodzką (od Zakładu Energetycznego do Salonu SEATA) ponad godzinę? Czy ktoś znajdzie sensowne rozwiązanie dla Wyszogrodzkiej i przeprawy?
Operacja się nie udała…
Nie mam słów dla bezmyślności tego, kto wymyślił „operację na żywym organizmie”. Mam na myśli próbę uruchomienia sygnalizacji świetlnej na skrzyżowaniu Wyszogrodzkiej z drogą na nowy most. Nikt mnie nie przekona, że tak trzeba było, żeby stwierdzić, czy to się wszystko jakoś ułoży. Bo każdy średnio rozgarnięty kierowca, niekoniecznie organizator ruchu w mieście, wie bez włączania sygnalizacji, że to nie zda egzaminu. Przecież żeby dodać dwa do dwóch, nie trzeba kupować kalkulatora. Przy takiej ilości samochodów w Płocku i okolicach nie ma szans na to, by nie tworzyły się potężne korki przy czynnej sygnalizacji. Wysiadłem, jak wielu innych z autobusu Komunikacji Miejskiej na przystanku na wiadukcie przy Piłsudskiego. Pieszo doszedłem do Podolszyc i po drodze zdążyłem minąć 3 autobusy tej samej linii. Krótko mówiąc, operacja „na żywym organizmie” doprowadziła do kompletnego bałaganu w rozkładach jazdy. Tak nie można! Aha, jeszcze jedno: kto zapłaci za zamontowane, ale bezużyteczne sygnalizatory świetlne?
Nie ma się co spieszyć
Rację miał „Tygodnik Płocki”, który lansował tezę, że nie ma co się spieszyć z otwarciem ruchu kołowego na nowym moście. Ostatnie wydarzenia (próbne włączenie sygnalizacji świetlnej) pokazały, że kiedy się człowiek spieszy, to diabeł się cieszy. Teraz słyszę, że do podobnych wniosków dochodzą władze miasta. No i dobrze. Wytrzymaliśmy bez nowego mostu tyle lat, wytrzymamy kolejne pół roku. A ruch kołowy na most puści się dopiero wtedy, kiedy będzie druga nitka Wyszogrodzkiej i oba ronda. Inne rozwiązania nie mają najmniejszego sensu. I jeszcze jedno. Po raz kolejny potwierdza się opinia, że ten urzędnik miejski, który wymyślił nowy most w tym akurat miejscu, powinien być podwójnie pokarany. Za to, że powoduje to określone utrudnienia drogowe to na pewno. A po drugie za kilkuletnie opóźnienie w oddaniu mostu do użytku. Dlaczego tak? Gdyby most był zaprojektowany w tym miejscu, którego oczekiwała większość płocczan, czyli w okolicach Wykowa za Płockiem, jego finansowanie od początku przejąłby budżet państwa (bo poza terenem miasta), a most byłby oddany w tym czasie, kiedy oddawano most w Toruniu i most siekierkowski w Warszawie. I najważniejsze: nie byłoby żadnych utrudnień w ruchu. No, ale most zaprojektowano w tym nieszczęśliwym miejscu. Chyba po to, żeby zarobić na handlu działkami.
Bezrobotni z wyboru
Chciałbym nawiązać do artykułu o bezrobotnych, który ukazał się w ostatnim numerze „Tygodnika Płockiego”. Co do tego tematu, to mam mieszane uczucia. No bo z jednej strony zdaję sobie sprawę, że autor tego tekstu pisząc o „bezrobotnych z wyboru” ma dużo racji. Są bowiem tacy, których wołami do pracy się nie zaciągnie, niezależnie od ustroju, w jakim im przyjdzie żyć. I tacy faktycznie zawyżają wskaźniki bezrobocia. Kolejna grupa bezrobotnych, która ma ten status, a na niego nie zasługuje, to niektóre żony przedsiębiorców, które dla czystej wygody (dostępność do publicznej służby zdrowia itp.) rejestrują się jako osoby bezrobotne. Jednak nie należy zapominać, że niektórym naprawdę nie opłaca się podejmować pracy, bo koszty dojazdu i inne okażą się niewiele mniejsze niż osiągane wynagrodzenie. I jak tu takich ludzi potępiać? Przecież w tym czasie mogą się choćby zająć lepszym wychowaniem dzieci. Reasumując, faktycznego bezrobocia, patrząc choćby na liczbę ogłoszeń o przyjęciach do pracy, praktycznie po prostu nie ma, niemniej żenujący jest poziom niektórych zarobków, jakie pracodawcy oferują zatrudnianym przez siebie osobom, stąd niektórzy wolą być bezrobotnymi.
A dobro pacjenta?
Obok Izby Przyjęć w Szpitalu Wojewódzkim w Płocku rzuca się w oczy hasło w stylu dobrej peerelowskiej szkoły, że „dobro pacjenta dobrem najwyższym…“ itp., itd. Na ścianie można także zauważyć dyplom, że Szpital Wojewódzki znajduje się w złotej setce najlepszych szpitali w Polsce. Nie zamierzam kwestionować osiągnięć płockiego szpitala. Z tym dobrem pacjenta to chyba jednak lekka przesada. Bo czasami odnosi się wrażenie, że pacjent jest nie podmiotem a przedmiotem. A wynika to chociażby z tego, że nie ma przejrzystych, jedno-
znacznych przepisów, które obowiązywałyby wszystkich zatrudnionych w szpitalu. W efekcie pracujący w jednym pokoju wysyłają cię do drugiego pokoju, a tam mówią coś zupełnie innego. Przykład? Proszę bardzo. Syn doznał urazu na zajęciach wychowania fizycznego. Udałem się z nim zatem późnym popołudniem do przyszpitalnej poradni urazowej. Tam zrobiono wszystko co potrzeba (oględziny, zdjęcie, konsultacja na Izbie Przyjęć z dyżurnym lekarzem oddziału ortopedii) i zdecydowano, że syn powinien nosić kołnierz ortopedyczny, bo kontuzja jest dosyć bolesna. W urazówce nie było odpowiedniego rozmiaru kołnierza, więc lekarz wypisał odpowiednie zlecenie i stwierdził, że z tym zleceniem następnego dnia wystarczy wrócić z synem do szpitala do pokoju obok, bo tam za sumę około 17 złotych taki kołnierz będzie można przymierzyć i kupić. Tego dnia do obsługi lekarsko – pielęgniarskiej nie miałem żądnych zastrzeżeń. Lecz następnego dnia już tak słodko nie było. Udałem się z chorym synem do szpitala taksówką, żeby mu nie przysparzać dodatkowych cierpień. Niestety, tam dowiedziałem się, że najpierw to ja muszę wrócić do miasta i udać się do Narodowego Funduszu Zdrowia na Padlewskiego, żeby podbić jakąś pieczątkę na zleceniu. Nieważne, że rodzinną, ważną legitymację ubezpieczeniową miałem przy sobie. Szkoda, że nikt mi tego dzień wcześniej nie powiedział. Bo kiedy przeanalizowałem sens kilkukrotnej jazdy w tę i z powrotem, zdecydowałem o kupnie tego kołnierza bez NFZ, za sumę około 37 złotych. To już nie chodzi o pieniądze, ale o przebieg informacji. Dlaczego w urazówce nie ma takiego samego przebiegu informacji jak w sklepie rehabilitacyjnym, położonym praktycznie przez ścianę? Pani ze sklepu powiedziała, że faktycznie, jeszcze rok temu to ona sama martwiła się o odpowiednią pieczątkę z NFZ, ale to się zmieniło. I lekarze nie dostali o tym żadnej informacji?

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …

Co nas boli, co cieszy?

Najpierw budowlane…
Przy ulicy Kwiatka w Płocku firma Arsen dokonywała ostatnio odnowienia elewacji zewnętrznej kamienic. Uznano, że to jest rzecz najpilniejsza do wykonania, choć w późniejszym czasie mają być wykonane remonty kompleksowe dachów. To ja już nic z tego nie rozumiem. Moim zdaniem jest to wydawanie pieniędzy trochę bez sensu. Bo przecież, kiedy się będzie naprawiało dach, na pewno farba na elewacji ulegnie zabrudzeniu, jak nie uszkodzeniu. Chyba najpierw powinno się robić prace budowlane, potem malarskie…Po co się spieszyć?
Pogoda w tym roku wyraźnie rozpieszcza budowlańców. Mogą spokojnie, bez pośpiechu wykonywać te prace, które wymagają dobrych warunków atmosferycznych. W efekcie całą nawierzchnię ulicy Tumskiej udało się odnowić przed nadejściem zimy, a na drogach dojazdowych do mostu prace mogą postępować pełną parą. Chyba jednak nie postępują, bo znowu słychać o opóźnieniu. Przy okazji jednak chciałbym zauważyć, że chyba nie warto się spieszyć z puszczeniem ruchu tylko jedną nitką mostu. Po co robić prowizorkę? Poczekajmy do dokończenia budowy drugiej nitki. A może w ogóle zrezygnować na razie z jazdy mostem (bo potworzą się korki na dojazdach) i poczekać na oddanie rond i północnego odcinka ulicy Wyszogrodzkiej? Czekaliśmy tak długo, poczekamy jeszcze pół roku. Byle do wiosny, przepraszam – do września…

Parkowanie przed Orkiestrą
Zastanawiam się czasami, które służby mundurowe odpowiadają za konkretny wycinek naszej rzeczywistości. Kto za jazdę niezgodną z przepisami, kto za parkowanie, kto za przestępstwa, a kto za przysłowiowy handel pietruszką? A pytam o to dlatego, że nie mogę w Płocku znaleźć odpowiedzialnego za przypadki parkowania niezgodnego z prawem. Straż Miejska skupiła się na Starym Mieście: czy słusznie, czy nie – nie mnie o tym stanowić. Zapomniała jednak przy okazji o innych newralgicznych miejscach. A chyba najbardziej charakterystyczne i utrudniające przejeżdżającym kierowcom miejsce to okolice szkoły muzycznej przy ulicy Kolegialnej. Usytuowane tam znaki wyraźnie pokazują, że poza wolnymi chodnikami nikt nie ma prawa się tam zatrzymywać. Tymczasem przepisy łamane są nagminnie, szczególnie przez taksówkarzy podczas koncertów Płockiej Orkiestry Symfonicznej. Ja rozumiem specyfikę tego zawodu, ale czy taksówkarze muszą być świętymi krowami? Czy ich przepisy nie obowiązują?

Migające przejście
Popadamy powoli w paranoję przy ustanawianiu kolejnych przepisów i obostrzeń, które niby mają zwiększyć bezpieczeństwo poruszających się pieszych po wyznaczonych pasach. Jestem zawodowym kierowcą i chyba moje doświadczenie upoważnia mnie do zabierania głosu w tej sprawie. Na ulicy Kobylińskiego, niedaleko „Marynarza” Miejski Zarząd Dróg postanowił siekierkę zamienić kijkiem. Otóż przejście dla pieszych nie dość, że zostało doświetlone (i dobrze), to jeszcze postanowiono przy okazji zamontować w asfalcie rząd migających jak policyjne koguty światełek. Kiedy w tej sytuacji jadę wieczorem przez to przejście, to kakofonia różnych świateł w znacznej ilości i kolorze powoduje, że ostatnią osobą, którą bym zauważył, byłby nagle wybiegający na jezdnię pieszy. Powiem szczerze, jeżdżę tyle lat, ale takiego idiotyzmu jak te migające z asfaltu światła to jeszcze nie widziałem. Pytałem się innych, także osób spoza Płocka, którzy pierwszy raz poruszają się autem ulicą Kobylińskiego. Opowiadają, że mało zawału nie dostają, bo w jednej chwili wydaje im się, że nie zauważyli karetki, albo straży, bo nagle zaczyna im światło migać. Jeśli się chce bardziej zadbać o bezpieczeństwo pieszych, to należy maksymalnie doświetlić przejście z góry. Jest to najlepszy sposób jaki wymyślono, bo nawet kierowca z wadą wzroku w skrajnych warunkach pogodowych dojrzy osobę doświetloną z góry. I Zarząd Dróg Miejskich właśnie w tym kierunku powinien kierować swoje działania. A nie w migające oczka, bądź inne „migadła”, choćby te, jakie ustawiono na skrzyżowaniu na Podolszycach. Chyba ktoś tu się powinien zastanowić…

Propozycje dla prezydenta
Po przeczytaniu Tygodnika Płockiego nr 51/52, m.in. artykułu: „Tramwaj, stok narciarski i remonty dróg” przedstawiam panu Prezydentowi Milewskiemu moje propozycje odnośnie obiecywanych inwestycji na 2007 r. Nie wiem czy Pan Prezydent przeczytał artykuł „Widziane ze Skarpy” Jerzego Ogonowskiego z tego samego numeru gazety, a jeśli tak, to pierwszym zadaniem inwestycyjnym powinno być rozładowanie korków, które tworzą się na ul. Wyszogrodzkiej od Zakładu Energetycznego do skrzyżowania z drogą dojazdową do nowego mostu i z ulicą Jana Pawła II-go. Trzeba pilnie wykonać następne dwa pasy jezdni na ul. Wyszogrodzkiej tak, aby w każdym kierunku były po trzy pasy jezdni. Następnie albo równocześnie – zbudować nową jezdnię przedłużając ulicę Czwartaków do trasy nowego mostu, co odciąży w/w skrzyżowania na ul. Wyszogrodzkiej, gdyż część samochodów jadących od mostu do Podolszyc Południowych, „Auchan”, a nawet dalej w stronę Warszawy może skręcać w prawo z trasy mostowej do w/w ulicy. Również w odwrotną stronę pojazdy mogłyby chyba korzystać z w/w jezdni. Nadmieniam, że po wyremontowaniu ulicy Gościniec, częściowo odciążono ruch na ul. Wyszogrodzkiej, ale należałoby wybudować jak najszybciej nową jezdnię przed cmentarzem, łączącą ulicę Grabówka z Gościńcem, o czym było pisane w jednym z poprzednich numerów Tygodnika Płockiego, co skróciłoby dojazd m.in. do Podolszyc Południowych i zmniejszyłoby uciążliwość zamieszkiwania osiedla domków jednorodzinnych przy ulicy Gościniec. Poza tym należałoby dokończyć ułożenie płyt betonowych na ulicy Gościniec, celem połączenia ich z ułożonymi już na ulicy Czerwonych Kosynierów, a wtedy dojazd do Podolszyc Południowych byłby jeszcze szybszy i wygodniejszy. Przecież tymi dwoma ostatnimi odcinkami dróg przechodzą m.in. pogrzeby do pobliskiego cmentarza. W związku z powyższym proszę odpowiedzialne służby miejskie o wypowiedzenie się na ten temat w jednym z najbliższych numerów Tygodnika Płockiego.

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …

Co nas boli, co cieszy?

tel. (024) 262-70-60  |  e-mail: rednaczelny@tp.com.pl27 11 06r. nie było odbioru telewizji kablowej w Płocku przy Gawareckiego 3 w ostatniej klatce, wobec czego zadzwoniłem na nr 024 263 67 83. Głos z automatu poinformował mnie o zmianie nr. tel. na inny – 0801 706 666. Pod tym numerem automat informował, że usługa chwilowo niedostępna, powtarzałem kilka razy. Następnie próbowałem dodzwonić się na nr 029 645 76 00, tu miły męski głos udzielił informacji, który nr mam wcisnąć, żeby porozumieć się z konsultantem. Niestety, kilkakrotne próby kończyły się wiadomością, że wszyscy konsultanci zajęci i trzeba czekać. W ten sposób Multimedia zabrały mi ponad 5zł, nie dając nic w zamian (każda rozmowa kosztowała minimum 37gr). No niezupełnie nic, bo w międzyczasie pani roznosiła rachunki za telewizję z dołączoną informacją, że podnoszą abonament – „miłe” to i „sympatyczne”. Podobno przysłowia mądrością narodu, więc ja podsumuję to tak: bogatemu to i byk się ocieli, a biednemu wiatr w oczy wieje.
Brak dwu par
W numerze 40 z 3 października 2006 roku „Tygodnik Płocki” na str. 4 umieścił artykuł zatytułowany „Złote wesele dziesięciu par”, z podtytułem: „Naśladujcie swoich rodziców i dziadków”, podając do wiadomości czytelników, iż pary te zostały obdarzone medalami za długoletnie pożycie małżeńskie. Chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że Urząd pomylił się co do ilości par obchodzących złoty jubileusz o co najmniej dwa małżeństwa z Płocka. Państwo Celina i Kazimierz Pora, zamieszkali przy ulicy Kochanowskiego, oraz państwo Krystyna i Kazimierz Kuriga, mieszkańcy ulicy Gościniec w tym roku obchodzili wspólnie swoje złote gody, a odnowienie ślubów kościelnych odbyło się w kościele p.w. św. Wojciecha na Podolszycach Południe, przy udziale całej rodziny i znajomych. Osobiście brałem udział w tych uroczystościach i czuję żal, iż pary te zostały pominięte przez Urząd Miasta oraz w państwa artykule. Czyż nie są przykładem dla innych mieszkańców naszego miasta? Czyż nie zasługują na wyróżnienie tak jak inne pary?
Czym do pracy?
Chciałbym poruszyć sprawę autobusów PKS, którymi do pracy w Płocku dojeżdżają mieszkańcy takich podpłockich miejscowości jak: Blichowo, Łubki, Nadułki, Rogowo. A przynajmniej chcą dojeżdżać, lecz niestety nie zawsze im się to nie z ich winy udaje. A wszystko przez źle zorganizowany rozkład jazdy autobusów. Dzwoniłem w tej sprawie do płockiego PKS, obiecali się rozejrzeć, ale efektów żadnych – totalna „olewka”. Chodzi o to, że są dwa autobusy: jeden o 5.00, drugi o 7.00. Nie ma za to żadnego kursu o godzinie 6.00 – najlepszej dla dojeżdżających do pracy. To jedna kwestia. Druga jest taka, że kiedy kierowca ma już trochę więcej ludzi w autobusie, to w ogóle się nie zatrzymuje. Co z tego, że mamy bilety miesięczne. Kłopot w tym, że dwie – trzy osoby stoją przy kierowcy, nie przejdą na tył, a kierującemu autobusem wydaje się, że auto jest całkowicie zapełnione. Wreszcie sprawa najważniejsza. W dni zwykłe jak te autobusy kursują, tak kursują, dobrze jednak, że w ogóle czymś można dojechać. Niestety, w soboty i niedziele jest tragedia. Autobus do Płocka mamy o godzinie 10.00. A to już przecież nie te czasy, że można sobie pozwolić na wolne. Pracodawca często oczekuje od nas gotowości do pracy w soboty i niedziele i guzik go obchodzi, jak działa PKS. Może weźmie to ktoś pod uwagę…?
999 nie za darmo?
Kto odpowiada za konserwację budek telefonicznych? I za to, żeby prawidłowo działały? Na każdej z nich napisane jest, że bezpłatnie można łączyć się z tych budek z tak zwanymi służbami alarmowymi: pogotowiem, policją, strażą pożarną. Tymczasem na przykład z niektórych budek przy ulicy Bielskiej czy Dobrzyńskiej ta usługa nie jest możliwa do wykonania.
Całodobowa poradnia urazowa
W Płocku jest kilka poradni urazowych. Narodowy Fundusz Zdrowia zawiera kontrakty z wieloma z nich, nie tylko z tą największą – na Winiarach. Niestety, inne placówki poza tą wymienioną nie pracują po godzinie 18.00, a i w ciągu dnia jest często problem, żeby się dostać do lekarza. Gdzie tu jest zatem zachowany rozsądek? Bo moim zdaniem trzeba albo większy nacisk położyć na tę przychodnię na Winiarach, czynną cały czas, albo utworzyć kolejną przychodnię urazową, ale taką z prawdziwego zdarzenia, dwudziestoczterogodzinną.

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …

Co nas boli, co cieszy?

tel. (024) 262-70-60  |  e-mail: rednaczelny@tp.com.plWolne od pacjentów
W Szpitalu Wojewódzkim w Płocku (Winiary) lekarze i personel pielęgniarski zrobili sobie 10 listopada wolne od pacjentów. Pojechaliśmy z żoną na Winiary na rehabilitację po zdjęciu gipsu ze złamanej nogi (koszt taxi 10,50 PLN). Na miejscu okazało się, że w szpitalu personel odbiera sobie wolne za święto 11 listopada właśnie w piątek. Przyjmowani byli tylko pacjenci z wypadków. Pocałowaliśmy więc przysłowiową klamkę i wróciliśmy do domu (ponownie koszt taxi 10,50 PLN). A czy nie można było rozwiązać inaczej tej sytuacji, np. rozdzielając wolne pielęgniarkom na piątek i poniedziałek biorąc pod uwagę dobro pacjentów, a nie załogi!!!? Kto zwróci nam koszty dojazdu? A czy tam w szpitalu pomyślano wcześniej o jakiejś informacji w prasie, radiu, że zamierzają zrobić sobie wolne? A jeśli ktoś przyjechał spoza Płocka, np. Bielska – to kto pokryje koszty podróży na próżno. Czyżby wracało stare porzekadło – Polaku lecz się sam…, bo ja właśnie wolne mam?

Niepełnosprawność z nalepką
Mówi się, że Płock stał się oficjalnie miastem przyjaznym dla osób niepełnosprawnych. Chodzi mi konkretnie o kierowców, którzy przewożą osoby niepełnosprawne. Oczywiście kierowcy ci posiadają na swoim samochodzie odpowiednią nalepkę. I w efekcie wydaje im się, że z powodu tej nalepki są wyjątkowi zawsze i wszędzie. To znaczy nie tylko wtedy, kiedy faktycznie przewożą niepełnosprawnego, ale także wówczas, kiedy jeżdżą sobie w swoich prywatnych sprawach. Poruszam ten temat dlatego, że w efekcie takich zachowań coraz częściej zdarza się, że w pełni sprawni ludzie nie chcą sankcjonować udogodnień stworzonych dla niepełnosprawnych. Ci ludzie widzą po prostu, że osoba z odpowiednią nalepką na samochodzie zatrzymuje się na miejscu dla niepełnosprawnych. A gdzie niepełnosprawny? Sama odwożę do szkoły samochodem dziecko niepełnosprawne. Jest przed szkołą wydzielone miejsce specjalnie dla takich osób. Niestety, nie mogłam podjechać pod samą szkołę, bo zatrzymał się tam samochód z nalepką, oczywiście bez osoby niepełnosprawnej… Doszło do tego, że nalepka stała się wyznacznikiem prawdziwej czy udawanej niepełnosprawności. A tak być nie może, bo każdy powinien mieć odpowiednią kartę inwalidzką. I tylko karta powinna uprawniać do pewnych ułatwień w ruchu komunikacyjnym. Zbliża się okres świąteczny – coraz więcej będzie jeżdżenia po sklepach, parkowania. Niepełnosprawnych jest wśród nas sporo. Pamiętajmy zatem, że nie zawsze trzeba korzystać z tego miejsca oznaczonego kopertą. Jeśli ktoś ma tak zwane lekkie inwalidztwo, to przecież nie zrobi mu różnicy, czy pokona 100 czy 105 metrów. I jeszcze jedno. Dlaczego w hipermarkecie Champion zginęła nalepka: „Kasa szybkiej obsługi”?. A kiedy podchodzę z córką, która porusza się na wózku inwalidzkim, ekspedientka za każdym razem pyta osoby w kolejce, czy mogą mnie przepuścić. Przecież jest w polskim prawie zapis odnośnie kolejek, specjalnych kas i osób niepełnosprawnych, z widocznym kalectwem. Wpisałam się w tej sprawie do odpowiedniej książki w Championie i póki co od pół roku czekam na odpowiedź.

Gdzie jest urząd celny?
Chciałbym poruszyć sprawę bardzo kiepskiego oznakowania urzędu celnego przy ulicy Sierpeckiej w Płocku. Ten stan rzeczy powoduje określone perturbacje. Bo do wielu instytucji na tej ulicy porobiono odpowiednie szyldy, choćby do stacji paliw, a do urzędu celnego nie. A problem powstaje wtedy, kiedy nocą jadą kierowcy Tirami. Dzwonią do domów, pytają, zawracają na tej niezbyt szerokiej drodze. A najczęściej okazuje się, że stoją właśnie obok urzędu celnego i nie mogą do niego trafić. Czy urzędu celnego nie stać na odpowiednie oznakowanie?

Wieczni kandydaci?
Od 12 listopada, czyli od 1 tury wyborów, upłynęło już sporo czasu. A ja wciąż czuję się tak, jakbym kolejny raz musiał chodzić do urny. Bo z każdego narożnika ulicy, z każdego słupa straszą mnie swoimi podobiznami kandydaci na radnych i prezydentów. Rozumiem, że od drugiej tury wyborów nie upłynęło zbyt wiele czasu, ale co robią ci, którzy do drugiej tury nie weszli albo ci, którzy już do rady zostali wybrani? Czy nie ma jakiegoś prawa, żeby zmusić niesfornych do usunięcia resztek plakatów o wielkich bilbordach nie mówiąc. Co w tym temacie robi straż miejska?

Basen bez parkingu
Ktoś z czytelników Tygodnika Płockiego pisał ostatnio do tej rubryki o kwestii sygnalizacji świetlnej przy basenie na Podolszycach. A ja chciałbym poruszyć inną kwestię związaną z tym miejscem. Otóż ktoś wpadł na kolejny „genialny” pomysł. Postanowił zlikwidować parking dla samochodów tuż przy basenie, bo uważał pewnie, że jest niepotrzebny, chociaż samochody na ogół nie mieściły się na dwóch parkingach (tym, o którym mówię, i tym po drugiej stronie ulicy – naprzeciwko hipermarketu Auchan). Nie rozumiem sytuacji, dlaczego burzy się coś, co doskonale zdaje egzamin? Była zatoczka autobusowa obok basenu, a następna zatoczka służyła jako parking dla aut. Teraz autobus przeniesiono do zatoczki po parkingu, a była zatoczka autobusowa do parkowania się nie nadaje. Więc gdzie korzystający z basenu mają parkować? Robią to wzdłuż ulicy mimo linii ciągłej.

Wystarczyło powiadomić…
Szedłem do biura Petrotelu, by zrezygnować z internetu, bo znalazłem dużo tańszy w Hiperionie. Okazało się, że w Petrotelu też może być nie tylko tani, ale także szybki. Tylko dlaczego nikt mnie wcześniej o tym nie poinformował? To tak się szanuje swoich klientów wiernych od kilku lat? Gdybym nie trafił do Petrotelu z zamiarem rezygnacji, to od nikogo bym się nie dowiedział, że zamiast 128 kb/s za 67 zł mogę mieć w promocji 512 kb/s za 49 złotych. I za wolny internet płaciłbym nie wiadomo dokąd. Czy to jest nowoczesne podejście do klienta? W swoim czasie, kiedy zmieniano jeszcze wolniejszy internet na 128 kb/s, były telefony z biura Petrotelu do swoich użytkowników, w których powiadamiano o takiej możliwości. Teraz nikt do mnie nie dzwonił. A ulotek informacyjnych dokładanych do rachunku i tak nikt nie czyta, bo każdy, jak wiadomo, na ulotki jest uczulony i wyrzuca je natychmiast bez czytania.

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …

Co nas boli, co cieszy?

Polityczne wybory ławników
Jakie kryterium kierowało radnymi podczas dyskusji nad wyborem ławników do poszczególnych organów Sądu? Ja spełniłam bowiem wszystkie kryteria, ale odpadłam. W publikacji, która przeczytałam w Tygodniku Płockim była informacja, że wybory ławników to szansa dla osób bezrobotnych. Tymczasem czytam listę w waszej gazecie i widzę, że przeważają na niej osoby pracujące, byli radni, dyrektorzy. Mam wrażenie, że zastosowano klucz partyjny, przeważały koterie a przecież Sąd ma być apolityczny i niezawisły. Czy Tygodnik nie zechciałby zapytać o te kwestie Prezesa Sądu Okręgowego w Płocku?Limit do lekarza wyczerpany…
Od lekarza pierwszego kontaktu otrzymałam skierowanie do specjalisty gastrologa. Jest połowa listopada. Dzwoniłam w 3 miejsca, które poleciła mi moja przychodnia na ul. Jasnej. Wszędzie otrzymywałam mniej więcej taką odpowiedź: “My już nie zapisujemy, nie mamy terminów. Poza tym limit przyjęć został wyczerpany”. Tyle piszecie o staraniach służby zdrowia o poprawę swojego wizerunku u pacjenta, a ja nie widzę żadnej różnicy pomiędzy Funduszem Zdrowia i Kasą Chorych. I tak pacjent musi za wszystko zapłacić: czy to w szpitalu czy prywatnej przychodni.

Dla kogo sygnalizacja?
W Płocku na skrzyżowaniu ulic: Miodowa, Tysiąclecia, Łukasiewicza funkcjonuje jedyny w mieście sygnał dźwiękowy na przejściu dla pieszych. Zastanawiam się, dlaczego akurat w tym miejscu. Nie widzę w tym większego sensu, bo ruch taki jak wszędzie indziej a obok nie ma ani szkoły, ani dzieci, ani niewidomych. Mieszkam w bloku obok i czasami to cholery (przepraszam za to wyrażenie) można dostać od tego pikającego sygnału. Czy można coś z tym zrobić?
Od redakcji: zamieszczamy tę opinię Czytelnika, ale się z nią nie zgadzamy…

Przycinanie czy wycinanie?
Do tej pory były w mieście dwa okresy, w których podcinało się drzewa. Tymczasem w Płocku wygląda na to, że drzewa podcina się całym rokiem. Widać to szczególnie na takich osiedlach jak Dobrzyńska czy Bielska. Są też takie dzielnice, gdzie drzewa się po prostu wycina! Ostatnio 2 drzewa padły pod akademikiem. Z jakiego powodu? A swoją drogą moje wątpliwości budzi sposób przycinania. Bo po tym zabiegu zostają w Płocku w zasadzie kikuty drzew a nie drzewa. Na starych pocztówkach można oglądać Płock jako miasto ogrodów i zieleni. Na nowych podobne jest do pustyni.

Niebezpieczne przejście
Chciałbym uczulić służby miejskie, drogowców i policjantów na wyjątkowo niebezpieczne przejście dla pieszych. Pewnie policjantom jest ono doskonale znane, bo zanotowano w tym miejscu kilka wypadków, w tym także śmiertelne. Niestety, mimo tych przykrych wydarzeń, nic (albo prawie nic) się w tym miejscu nie zmienia. Mam na myśli przejście dla pieszych na ul. Piłsudskiego, tuż obok Liceum Społecznego. Przechodzi tamtędy, przez oba pasy jezdni oddzielone trawnikiem, mnóstwo osób, szczególnie lekkomyślnej młodzieży. Niby droga prosta, ale pieszych widać dopiero tuż przed przejściem. Ostatnio sam miałem taki przypadek, że zauważyłem ich dopiero, kiedy weszli na jezdnię; nie widziałem momentu, kiedy zbliżali się do przejścia. Tylko dobre hamulce pozwoliły wszystkim wyjść cało z tej niebezpiecznej sytuacji, chociaż samochodem moim zarzuciło tak, że stanąłem bokiem do przejścia. A swoja drogą piesi też mogliby trochę pomyśleć. Nawykiem (niestety bardzo złym) stało się ostatnio wymuszanie pierwszeństwa. Piesi wychodzą na ulicę tuż przed samochodem wychodząc z założenia, że na przejściu są nietykalni, bo tak przecież stanowią przepisy. Tymczasem, gdyby niektórym nie brakowało wyobraźni, zrozumieliby, że jeszcze latem, przy dobrych warunkach, można się zatrzymać z piskiem hamulców, ale jesienią jezdnia przypomina taflę lodową. O wypadek nietrudno!
Za ciężki tornister
Tyle się mówi i pisze o zbyt ciężkich plecakach szkolnych, które nasze dzieci muszą sobie codziennie zakładać na ramiona. Tyle się mówi i pisze o następstwach takiego traktowania dziecięcego kręgosłupa. Ze 2-3 miesiące temu jedna z płockich gazet poświęciła temu tematowi całą kolumnę. Dyrektorzy szkół wypowiadali się, że uczynią wszystko, żeby ta sytuacja uległa zmianie. Że będą uczulać nauczycieli, że będą zwracać uwagę dzieciom, które noszą niepotrzebne książki czy zeszyty. I co się od tego czasu zmieniło? Dosłownie nic. W dalszym ciągu moja córka (V klasa szkoły podstawowej) co drugi dzień każe mi przekornie sprawdzić wagę swojego tornistra. Kiedy zaskoczony próbuję jej wmówić, że zapewne zabrała mnóstwo niepotrzebnych rzeczy, wyjmuje książki z teczki i udowadnia, że to wszystko kazano jej przenieśc ze sobą. Myślę sobie, że z tej sytuacji nie będzie wyjścia do tego czasu, aż rodzice (a nie nauczyciel związany w różny sposób z rozprowadzającymi podręczniki), nie będą mieli decydującego wpływu na to, który zestaw podręczników kupić. Tylko czy takie rozwiązanie ma szanse urzeczywistnienia?

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.