Najnowsze informacje
anal pump

Bez powideł nie wejdziesz

Trzy miesiące przygotowań, jazda autostopem przez Europę, chwile zmagań i załamań. Walka z własnymi słabościami i potężną naturą trwała kilkanaście dni. Ale dwójka sierpczan nie poddała się. Chwilami już tylko siła woli pozwalała pokonywać kolejne metry trasy. Na odcinku ostatnich stu metrów przed szczytem, przystanki trzeba było robić co dziewięć kroków, aby wyrównać oddech i  uspokoić serce. – W chwili, kiedy u kresu była siła woli, osiągnęliśmy szczyt. Rozejrzeliśmy się wokół i stwierdziliśmy, że warto było powalczyć. Wrażenie było nie do opisania, nie do porównania z niczym innym. Staliśmy na dachu Europy mając pod nogami bezkresne morze chmur – mówili Jacek Majorowski i Piotr Szewczuk z gminy Sierpc, którzy wrócili w wyprawy na Mont Blanc.
Pomysł wyprawy był bardzo spontaniczny. – Może to się wydawać zaskakujące, ale rzeczywiście tak było. Idąc kiedyś wczesnym rankiem do pracy stwierdziłem, że w moim życiu nie dzieje się nic ciekawego. Wtedy postanowiłem, że pojadę na Mont Blanc. Do mnie dołączył Jacek i zaczęły się ostre treningi – powiedział Piotr Szewczuk, student II roku biotechnologii UMK.
Sam do górskich warunków aklimatyzował się w Zakopanem. Jego kolega musiał radzić sobie w warunkach miejskich. – Wyglądało to tak, że prawie codziennie chodziłem z wypchanym plecakiem w górę i w dół kilkanaście razy po klatce schodowej – mówił Jacek Majorowski, student I roku geografii UMK.
Po trzech miesiącach udało się zebrać odpowiednie fundusze, przygotować psychicznie i fizycznie do czekającej wyprawy. Swoją przygodę rozpoczęli od wizyty w Tczewie. Jak mówią, obowiązkowo trzeba było się zatrzymać po króliczą łapkę, czyli powidła śliwkowe przygotowane przez mamę zaprzyjaźnionego alpinisty. – Od kilku lat powidła pani Ani są niezbędnym elementem wyposażenia podczas licznych wypraw wysokogórskich. Zatem nie mogło ich zabraknąć podczas wyprawy na Mont Blanc – powiedział Jacek Majorowski.
Jak Orla Perć
Po ostatniej nocy spędzonej na polskiej ziemi ruszyli do Frankfurtu, Bazylei, Lyonu. Tu opuszczają, jak mówią miejską dżunglę i szóstego dnia wyprawy zaczynają prawdziwą wspinaczkę. Od podstawy do wierzchołka szczytu idzie się cztery dni. Im bliżej szczytu, tym trudniejsze warunki i coraz większa chęć, aby jak najszybciej dojść do celu. Dziewiątego dnia podróży sierpeccy podróżnicy rozpoczynają najważniejszy dzień swojej wyprawy – atak szczytowy. Rozpoczynają bardzo wcześnie. O trzeciej nad ranem do plecaków wrzucają najpotrzebniejsze rzeczy. – Na ten dzień przypadło załamanie pogody, która wcześniej była bez zarzutu. Kolejne metry pokonywaliśmy związani liną, szliśmy wydeptanymi w śniegu przez poprzednie ekipy ścieżkami. Cały czas zmagaliśmy się z silnymi podmuchami wiatru, by po chwili wejść w chmury. Widoczność spadła do 2 metrów. Nie widzieliśmy już świateł ludzi idących przed nami. Nie wiedzieliśmy, jak daleko przed nami jest szczyt, ani jak wysoko jesteśmy. Pogoda z każdą chwilą była coraz gorsza, zaczynał padać śnieg, a wiatr ciskał nam w twarz drobinki lodu. Wyczerpani zmaganiami z naturą przeczekaliśmy chwilę w schronie Vallot (ok. 45000 m). Po godzinie wyszliśmy dalej – wspominał ostatni, najważniejszy etap wyprawy Jacek Majorowski.
Spadała koncentracja, coraz trudniej oddychało się, coraz trudniej było robić kolejne kroki. – Zatrzymywaliśmy się co dziewięć kroków, aby wyrównać oddech i uspokoić serce. Na domiar złego spadała koncentracja, która podczas wspinaczki po grani nad przepaścią jest niezbędna. Każdy z nas dawno by już zawrócił, gdyby nie myśl, że za sto – pięćdziesiąt – dwadzieścia metrów jest oczekiwany finał – powiedział Piotr Szewczuk.
Kiedy za parę chwil rzeczywiście stanęli na dachu Europy byli pewni, że cały trud wart był tego wysiłku. Po czterech dniach wspinaczki stanęli na najwyższym szczycie Europy – Mont Blanc, przez niektórych (od strony wejścia technicznego) porównywanym do Orlej Perci. Najważniejsze było to, żeby sam szczyt pokonać wcześnie rano, kiedy słońce jest z drugiej strony zbocza, aby uniknąć starcia ze spadającymi kamieniami uwalnianymi spod roztapiającego się od słońca lodu, kiedy robi się niebezpiecznie.
Cała wyprawa trwała trzynaście dni i chociaż dała w kość naszym uczestnikom, to nie zrezygnowali z kolejnych. Jak mówią był to wstęp do kolejnej planowanej tym razem na Kilimandżaro, który jest tylko o kilometr wyższy od Mont Blanc.
Teresa Radwańska-Justyńska

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …