Najnowsze informacje
anal pump

500 zł za pietruszkę

W ydaje się, że płoccy radni przekroczyli granicę absurdu. Uchwalili, że każda osoba, handlująca poza przeznaczonym do tego miejscem, a więc na przykład na ulicy, będzie musiała zapłacić 500 zł tzw. opłaty targowej za jeden dzień handlu. Kwota ta przekracza wyobraźnię osób, z którymi rozmawialiśmy. Przyjechali z Radziwia albo okolicznych wsi. Zarabiają grosze, często po dniu handlu wystarcza im jedynie na powrotny bilet. Na razie wiele wskazuje na to, że przepis nie będzie respektowany, a skoro tak, stanie się kolejnym urzędniczym papierem bez pokrycia.
Uchwała z 28 czerwca 2004 r. jest sroga – każdy, kto handluje w „miejscach zabronionych”, musi zapłacić strażnikowi miejskiemu 500 zł opłaty targowej. Otrzyma za to pokwitowanie i może stać sobie na ulicy nawet do wieczora. Pieniądze trafią do miejskiego referatu podatków i budżetu. Jeśli jednak handlujący się nie podporządkuje, na odwrocie kwitu strażnik wypisuje dane opornego delikwenta, notuje, że odmówił opłaty i oddaje to do tego samego referatu. Urzędnicy najpierw wysyłają upomnienie, a jeśli upomniany nie zareaguje, sprawa trafia do komornika. Możliwe więc jest, że za handel jajami komornik zajmie babci-emerytce kury.
Handlować można tylko na rynkach, czyli miejscach do tego przeznaczonych. Oczywiście po uiszczeniu stosownej opłaty na rzecz administratorów płockich targowisk: – Podjęta uchwała ma na celu przeniesienie obwoźnego handlu na tereny do tego przystosowane. Powinna wyeliminować sytuacje, które utrudniają ruch pieszy – mówi Jolanta Głowacka, rzecznik prasowy w Straży Miejskiej w Płocku, egzekwującej decyzje rajców.
Wiceprzewodniczący Rady Miasta Tomasz Korga z PiS-u, jest za. Uważa, że opłata nie jest zbyt wysoka: – Może się najpierw wydać szokująca, ale ma spowodować, że handlujący wejdą na targowiska. To, że stoją na ulicach, jest tylko kwestią przyzwyczajenia.
Kwestią przyzwyczajenia, tyle tylko że zwykłych przechodniów, jest kupno śliwek czy jabłek od niepozornej kobiety stojącej gdzieś w jednej z bram miasta. Ale przyzwyczajenia trzeba będzie zmieniać, ponieważ radni nie popuszczą: – Miasto nie powinno być „zapaprane” – utrzymuje radny Zygmunt Buraczyński z SLD. – Owszem, kiedy były początki wolnego rynku, stoiska ustawione na ulicach nikomu nie przeszkadzały, ale z czasem stwierdzono, że to jednak źle wygląda. Radny przyznaje jednak, że tak wysoka opłata targowa dla ulicznych sprzedawców to kara.
Zapytane o wiedzę na temat decyzji rajców miejskich kobiety, sprzedające warzywa i kwiaty przy ul. Jachowicza (przed wejściem na targowisko Targ-Polu) łapią się za głowę: – Pięćset złotych? Tyle to się nawet przez miesiąc nie zarobi!
Oczywiście, gdyby nie musiały, to by tu nie stały. Ale jak utrzymać rodzinę za 640 zł? Albo przeżyć miesiąc za rentę w wysokości 400 zł? Po prostu się nie da: – dzisiaj stanęłam pierwszy raz – mówi kobieta, która trzyma w ręku cztery bukiety suszonych kwiatów. – Nic nie sprzedałam, ale może jeszcze się uda.
Owszem, jeśli nie będzie „nalotu”. Ci, którzy stoją tu częściej, mówią, że zdarzają się przykre sytuacje, kiedy trzeba zabierać przysłowiowy majdan i jechać do domu, bo strażnicy nie popuszczą. Przez pierwsze miesiące po wejściu w życie wspomnianej uchwały pouczali, ale teraz już działają i nie ma lekko. Do tej pory jednak nikt nie zapłacił 500 zł za jeden dzień handlu. Zresztą to chyba najwyższa opłata targowa w całym kraju.
Nie wiadomo, w jaki sposób zostaną potraktowani rolnicy, którzy o tej porze roku przyjeżdżają na płockie osiedla z ziemniakami i warzywami z własnych gospodarstw, a latem handlują truskawkami, wiśniami i czereśniami: – Jeśli rolnik puka od drzwi do drzwi, żeby sprzedać ziemniaki, to nie zajmuje pasa drogowego, więc opłata targowa go nie dotyczy. Jeżeli jednak ustawi się gdzieś na ulicy, będzie musiał zapłacić – wyjaśnia radna PiS Wioletta Kulpa. – Uchwała ma doprowadzić do tego, że wyeliminuje się takie miejsca sprzedaży, ale w zamian za to na osiedlach mogą powstawać mini-targowiska. Rady osiedlowe już mogą zgłaszać propozycje takich miejsc. Przykłady mini-targowisk znajdują się na przykład przy ul. Miodowej i Gierzyńskiego. Może tam handlować każdy, kto zapłaci zwykłą opłatę targową w takiej samej wysokości jak na targowiskach miejskich.
Radna uważa, że chodzi o to, aby nie dopuścić do handlu tam, gdzie sprzedający mają na to ochotę, chociażby na Tumskiej czy przy fontannie na Starym Rynku.
Ciasno i nieestetycznie?
Poczucie estetyki na wolnej przestrzeni z pewnością mieszkańcom Płocka jest potrzebne. Śmiesznie brzmią jednak opinie, że Królewiecką nie można przejść, a rozłożone na chodniku towary budzą odrazę: – Zawsze tam kupuję. Jest taniej. Jeśli na rynku pęczek rzodkiewki kosztuje 1,80 zł, to u kobiet ze wsi tylko 1 zł – deklaruje zapytana sondażowo kobieta.
Fakt, latem, kiedy sprzedawano tu truskawki, jagody, maliny, było ciasno, ale przecież zawsze można przejść drugą stroną ulicy. Poza tym gdzie, jeśli nie w takim miejscu, można kupić jeszcze odchodzące do historii kosztelki czy stare odmiany malinówek? Przy Królewieckiej, Bielskiej, Ostatniej, ale i na nowoczesnych Podolszycach, zazwyczaj blisko sklepów spożywczych, ustawiają się mini-stoiska z żywnością wyprodukowaną w małych, więc ekologicznych gospodarstwach: – Ja tam nie mam nic przeciwko – deklaruje mężczyzna, który ma całkiem pokaźne stoisko z warzywami i chryzantemami, umiejscowione między dwiema kamienicami na Królewieckiej. Jest producentem, ma zarejestrowaną działalność, płaci podatki, ale wie, że innym trudniej: – niech sprzedają, mają za to tylko parę groszy. Opowiada, jak latem handlarze z Targ-Polu przeganiali konkurencję z kąta w kąt. Ale to przeszłość. Targ-Pol ustawił dla handlujących z terenu specjalne stoły, w przejściu z głównego targowiska do ul. 1. Maja (blisko BGŻ): – We wtorki, środy i soboty stoły są zajęte przez handlujących z jajami, drobiem, śmietaną. Średnia opłata to 4 zł, pobiera ją inkasent. Dzielimy się tą kwotą z miastem po połowie – wyjaśnia Małgorzata Kwiatkowska, prezes zarządu w Targ-Pol-u.
Dodaje, że mimo to i tak część kobiet uporczywie stoi przy ul. Jachowicza. Powód jest prosty – tam są bardziej widoczne. Podobnie jak ich koleżanki z ul. Bielskiej i Ostatniej, obok targowiska Ryneksu, który jest jedną ze spółek miasta. Tu cennik jest podobny: sprzedaż na stole kosztuje 4 zł, a „naręczna i obnośna” około 3 zł.
Czy musimy pożegnać świeże jaja prosto od kury, jabłka z sadu, w którym rośnie dziesięć starych drzew? Truskawki z 10-arowych działek? Wreszcie, czy w Płocku będzie jak na Białorusi, gdzie kobiety ze wsi muszą płacić milicji mandaty za handel czosnkiem i pietruszką na ulicy? Już wcześniej można było usłyszeć komentarze, że strażnicy nie mają chyba co robić, tylko „biegają za babami z jajami”. Mieszkańcy Płocka chwalą sobie zakupy na ulicy z czterech powodów: jest taniej, zdrowiej, szybciej i łatwiej, bo nie trzeba wchodzić na targowiska. Teraz, za sprawą decyzji radnych, strażnicy będą przetrzebiać płockie ulice z handlujących grzybami, jabłkami i marchewką. Z kijem?
Elżbieta Grzybowska
Fot. (e)

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …